Widziadło

Dodano:
ABW, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Jacek Turczyk
Płk Jacek Gawryszewski | Tajne służby demaskując zamiary przeciwnika równocześnie maskują własną aktywność. Dla dobra sprawy mówią jedno, a robią drugie. To ich odruch i nawyk.

Dbając o pozory, celowo utrwalają popkulturowe stereotypy. Czyni to także nasz aparat, skutecznie wzmacniając przekonanie, że polskie służby są specjalne. Tymczasem około 70% kapitału ludzkiego nie ma nic wspólnego ze ściganiem zła, a inwigilacją po prostu się brzydzi. Dla większości to rutynowa praca biurowa. To coraz bardziej naturalny żywioł, także dla tych nielicznych, którzy faktycznie usiłują coś wykryć i czemuś zapobiec. Figurant wyposażony w „urządzenie końcowe” sam wpada w globalną sieć. Nie staroświecki podstęp, ale uprawniony dostęp do jej zasobów stwarza przewagę konkurencyjną. Najlepszym przyjacielem funkcjonariusza nie jest już budzący odrazę TW, ale raczej klacz rasy Pegasus. Biuro, biurko i biurokracja to pole bitwy wojny podjazdowej.

Oficerowi trzeba zatem zapewnić odpowiednio okablowaną substancję lokalową w postaci pomieszczeń służbowych z zapleczem socjalnym. Tą funkcję pełnią centrale, czyli gmachy pełne tajniaków. Kilka z nich to obiekty rozpoznawalne nawet dla tych, których los tajnych służb niewiele obchodzi. Kto bowiem nie zna wzniesionego w brutalistycznym stylu budynku J. Edgara Hoovera, waszyngtońskiej siedziby FBI. Czy ktoś mógł przeoczyć scenografie hollywoodzkich produkcji w postaci modernistycznej centrali CIA w Langley lub architektonicznego gargamela tj. kwatery głównej brytyjskiej MI6 w Londynie? Nie inaczej w przypadku klasycystycznej siedziby służb bezpieczeństwa ZSRR i FR, czyli złowieszczej Łubianki w Moskwie, mrocznego przedmiotu pożądania większości wywiadów świata.

Rodzimy przypadek jest nieco odmienny, bo część naszych służb oprócz central posiada także siatkę jednostek terenowych. Taką formę organizacji ma mniej więcej połowa tajnych służb w Europie. Podobnie działa wywiad, choć ich delegatury to rezydentury. Organy administracji chcąc być bliżej obywatela działają za pośrednictwem lokalnych urzędów. Służby szukając styku z figurantem prowadzą pracę operacyjną z baz w interiorze. I choć ich historia sięga epoki Jaruzelskiego to pewnego, sierpniowego poranka 2017 roku o sporej ich części słuch zaginął.

WUSW/SUSW/DUOP/DABW

Gdy w 1983 roku przy okazji obchodów kolejnej rocznicy powstania PKWN wojskowa junta zniosła obowiązywanie stanu wojennego, klika Czesława Kiszczaka zreorganizowała aparat przemocy reżimu. W miejsce Komend Wojewódzkich Milicji Obywatelskiej powstały Wojewódzkie Urzędy Spraw Wewnętrznych. W ten sposób zalegalizowano istnienie w zasadzie konspiracyjnej SB, bo przedtem funkcjonowała na mocy uchwał i dekretów. Milicja i bezpieka działały od tej pory w ramach jednej instytucji, co wydatnie zwiększyło możliwości rozpoznania wroga ludu. Ustrój prawie padł, a WUSW-y zwane „kiszczakówkami” zostały. Wybór wariantu „zero opcji” zamiast „opcji zero” utrwalił dokonania reform komunistycznego generała. Usankcjonowano je ponownie w lipcu 2002 roku, kiedy niewdzięczni esbecy zlikwidowali Urząd Ochrony Państwa. Zrobili to, pomimo że UOP im wszystko wybaczył, a nawet zrekompensował ból po stracie macierzystej formacji. Pod koniec swojego krótkiego, operacyjnego żywota Urząd przy Rakowieckiej miał 15 delegatur i coś około 37 innych placówek, w tym tzw. posterunki oficerskie. Wywiad zagraniczny pozbył się „ogona” w postaci wywiadu krajowego, a wywiad krajowy kompleksu niższości. Wizjonerski pomysł bohatera stanu wojennego przetrwał kilkanaście kolejnych rządów, siedmiu prezydentów, dziesięć kadencji Sejmu, restauracyjny zamach stanu, wejście do NATO i zrzeszenie z Unią. Nie straszna mu żadna dobra zmiana.

Struktura jednostek terenowych jest wiernym odwzorowaniem komórek centrali. Tym samym większość funkcjonariuszy w trakcie ośmiogodzinnego dnia służby prowadzi czynności, które nie mają wiele wspólnego z bezpieczeństwem państwa. Realizując postulat środowisk twórczych, żeby było tak jak było jest tak jak jest, bo te służby tak mają. Podobnie jak w przypadku WUSW i SUSW „zamiejscówki-kiszczakówki” funkcjonują głównie w obiektach byłej MO. Ciekawe, że Brytyjczycy już w XIX w. wpadli na ten pomysł. MI5 wspiera bowiem policyjny Special Branch, w skrócie SB.

Jak przystało na organy administracji rządowej obiekty te są oznaczone czerwoną tablicą, co ułatwia obcym służbom ich lokalizację i potencjalne rozpoznanie. Odpowiednie „pinezki” naniesiono zapewne na mapy sztabowe w centralach obcych wywiadów, które za cel wzięły sobie Polskę. Jawne obiekty tajnej służby to może być element maskowania, ale tak nie jest. Nie mają nic od ukrycia?

Jednostki terenowe oprócz realizacji niezliczonych zadań ustawowych odgrywają także istotną rolę w urzeczywistnianiu polityki kadrowej. Funkcjonariusze różnych specjalności pielgrzymują od jednostki do jednostki w poszukiwaniu awansów w stopniach, stanowiskowych przeszeregowań oraz jeszcze lepszych przełożonych. Przegrupowania są szczególnie intensywne w okresach przełomów politycznych, które najczęściej przybierają formę doraźnych audytów, przejściowych czystek i chwilowych przetasowań. Jednak pewnego dnia wszystko się skończyło. Część jednostek terenowych nagle zniknęła z radaru. Ktoś nawet wyłączył transponder i szukaj wiatru w polu.

Zielone ludziki

Mieszkańcy i mieszkanki dziesięciu polskich miast, którzy 9 sierpnia 2017 roku udali się na spacer, po zakupy, do zakładów pracy czy przychodni zdrowia dokonali makabrycznego odkrycia. W ich miastach nie ma już służb specjalnych. Jak kamfora zniknęły znane wszystkim budynki, wartownie, śluzy bezpieczeństwa i maszty antenowe. Jak we mgle rozpłynęli się funkcjonariusze i pracownicy cywilni, których jeszcze wczoraj pozdrawiali zdawkowym „miłej i bezpiecznej tajnej służby”. Kataklizm, pandemia, nieoczekiwana zmiana miejsc u steru władzy, czy może głupi dowcip? Ci sympatyczni „agenci” byli z nami tyle lat. Aby związać koniec z końcem najęli się do kontrwywiadu i od ósmej do szesnastej tropili hybrydowego wroga. Komu to przeszkadzało?

Odpowiedź wygenerowała formacja znana wówczas jako Platforma Obywatelska. Zdezorientowani Szczecinianie, Rzeszowianie, Łodzianki i Olsztynianki poznali prawdę. Nastąpiła podstępna likwidacja jednostek terenowych ABW. W dalszej części komunikatu podkreślono, że był to element kombinacji operacyjnej, mającej na celu paraliż aktywności polskich specsłużb. Sprawcy to „zielone ludziki” działające under cover. Treść komunikatu zawierała końską dawkę negatywnych emocji. Dodano bowiem, że to zdrada, kolaboracja, spisek i sabotaż. Wszystkich zaczęło nurtować pytanie: kim są „zielone ludziki”? Kogo reprezentuje ta kadrowa szumowina polskich służb? Kto za na nimi stoi? Pytania jak najbardziej zasadne, bo ostatnia znana akcja „zielonych ludzików” to przyłączenie bez strat własnych ukraińskiego Krymu do Rosji.

Następnego dnia tubylcy z ośrodków, w których miały miejsca tajemnicze zniknięcia przekonali się, że to nie fatamorgana. Delegatur jak nie było tak nie ma, a wszyscy którzy twierdzą coś innego są w zmowie. Zatem „zielone ludzki” to ludzie z krwi i kości, a nie z mchu i paproci jak twierdzi PiS. Odpowiadając na zarzuty, sprawcy nieudolnie próbowali odwrócić kota ogonem, pokazując aktualizowane na bieżąco zdjęcia zlikwidowanych przed chwilą jednostek i zanimizowane fotografie personelu. Kolejne nikczemne kłamstwo, w które wkręcili także Premier Beatę Szydło. Prezes RM, broniąc polityki swojego rządu w obszarze bezpieczeństwa, mówiła, że nikt nie rozformował żadnej jednostki ABW, a tylko je zreorganizował. Żałosne. W reakcji na to prowokacyjne wystąpienie, PO zorganizowała pikiety przed nieistniejącymi już delegaturami. W ich trakcie odczytywano listy zaginionych w akcji likwidacyjnej oficerów, a rodziny przedstawiały liczne dowody represji, jakim poddano ich bliskich tuż przed siłowym wydaleniem ze służby w terenie.

Aktyw PO opublikował w sieci dokumenty dotyczące pokątnej sprzedaży majątku nieruchomego rozformowanych jednostek. Kupującymi okazały się podmioty powiązane przez kpr. Piątka i ppor. Rzeczkowskiego z kremlowskim syndykatem przemocy. Część budynków wynajęli imigranci z Azji, którzy zaadoptowali je na studia tajskiego tatuażu i wietnamskie kebaby. Po tym dowodowym ciosie „zielone ludziki” już się nie podniosły. Jeszcze tylko Min. Błaszczak próbował odwrócić celną narrację Platformy mówiąc, że w zamian za zdemolowane delegatury kupił nowiutkie czołgi, ale nikt w to już nie wierzył. „Zielone ludziki’ przyznały się wreszcie do likwidacji z premedytacją. Dalszy opor nie miał sensu, tym bardziej, że w okolicach Gostynina odnaleziono jednego ze zwolnionych oficerów „kontry”, który cudem dostał pół etatu w straży miejskiej.

Iluzjoniści

Jak mawiają dochodzeniowcy, kłamstwa broni się z większą determinacją niż prawdy. Ta śledcza reguła w sam raz pasuje do wysiłków liderów uśmiechniętej Polski, którzy z grymasem na twarzach bronili fantastycznej dematerializacji. W latach 2017-2026 przedstawiciele najbardziej radykalnych nurtów konspiracjonizmu prawie 3500 razy rwali online włosy z głowy z powodu zdradzieckiej likwidacji. W oskarżycielskim tonie i z elementami gróźb karalnych zapowiadali zemstę. W czołówce parady blagierów maszerowali Ministrowie Kierwiński i Siemoniak. W przekazach nie ograniczyli się do enigmatycznej dezinformacji czy przaśnego kłamstwa. Sięgnęli do finezyjnej psycholingwistyki, bo rzeczownik „likwidacja” niesie megawaty negatywnego ładunku. W ramach cenzury prewencyjnej zbanowali rzeczownik „reorganizacja”, aby w ten sposób zachować spójność i czystość przekazu.

Co zawierał? Brak dziesięciu delegatur miał osłabić zdolności, uśpić czujność, odsłonić wschodnią flankę NATO, spowodować kadrową lawinę i narazić lokalne wspólnoty na niebezpieczeństwo. Czego nie zawierał? Dziesięć delegatur to teraz dziesięć wydziałów zamiejscowych. Nie sprzedano, nie wydzierżawiono ani nie wynajęto żadnego ze składników majątku nieruchomego. Nikogo nie zwolniono. Nikogo nie wydalono. Nie odebrano kompetencji. Nie pozbawiono autonomii, bo nigdy jej nie miały. Nie wprowadzono ręcznego sterowania, bo zawsze takie było. Iluzjoniści wyczarowali coś czego nie ma, a to najwyższy poziom prestigitatorstwa. Tymczasem jedynym celem tej zupełnie zwyczajnej reorganizacji było zwiększenie liczby poruczników kosztem liczby pułkowników, czyli zwiększenie liczby „liniowców” kosztem liczby „sztabowców”.

Aby wzmocnić przekaz o organizacyjnej targowicy iluzjoniści w maju 2024 roku powołali rządową komisję typu „wpływomierz”. Jej dowództwo powierzono gen. Jarosławowi Stróżykowi, który uparcie podawał się za oficera wywiadu NATO, choć Sojusz wywiadu nie ma. Siedmiu ministrów plus Premier oddelegowało do Komisji jedenastu swoich wybrańców, wśród których znalazł się jeden były funkcjonariusz ABW, oficer białego wywiadu w stopniu pułkownika. Pozostali to zupełni ignoranci w materii, którą mieli badać. Epatując czerwienią skarpetek Szef SKW przedstawił tzw. cząstkowy raport, który zawierał całą prawdę o masakrze delegatur. Eksperci Komisji, w tym np. były Prezes UOKiK określili ją mianem przestępczej i złożyli doniesienie do prokuratury. W treści donosu podkreślono, że była to wyrafinowana, bo nie w syberyjskich walonkach tylko w baletkach z teatru „Bolszoj” operacja GRU, która położyła na obie łopatki i złamała kręgosłup ABW. Prokuratorzy Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji PK nie mieli w tej sytuacji innego wyjścia i wszczęli czynności przygotowawcze.

Wykrycie sprawców i ich motywów jest jednak niemożliwe, bo likwidacja to imaginacja, a zebranie dowodów winy w przypadkach magicznych jest niewykonalne. Nikogo nie zaskoczyło, że pod doniesieniem nie podpisał się Szef ABW. Po prostu znał całą prawdę o tajemniczym zniknięciu. Za to wśród przesłanek, świadczących o poczuciu humoru samej Komisji znalazł się dowód rzeczowy w postaci pokwitowania wypłaty kilkunastu tysięcy złotych dla jej doradców. Wśród beneficjentów byli agent ps. „Piąty Element” i agentka ps. „Mata Hari”, lepiej znana jako Klementyna „Piorun” Suchanow. Tego Tusk już nie wytrzymał. Pod osłoną krótkiej lipcowej nocy zlikwidował powołane niespełna rok wcześniej gremium, a o brzasku utajnił jego raport. Światło dzienne ujrzał tylko wątek o wyparowaniu organów administracji, o których KO pisało w żałobnych trenach i na figlarnym TikTok-u.

Zgodnie z słownikiem języka polskiego „likwidacja” oznacza, że coś przestało definitywnie istnieć. Trzymając się tej definicji PO/KO wraz z koalicjantami zlikwidowała ponad 620 jednostek Sił Zbrojnych, 14 ambasad RP, 12 konsulatów generalnych, ponad 150 placówek Poczty Polskiej, piętnaście komórek organizacyjnych jednej ze służb specjalnych, Ministerstwo Przemysłu w Katowicach oraz Centrum Prewencji Terrorystycznej ABW i departament tej służby odpowiedzialny za ochronę gospodarki. Likwidują media publiczne i nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Zjawa

Rząd, który siłą perswazji zlikwidował dziesięć delegatur, postanowił w magiczny sposób zwrócić je przerażonemu społeczeństwu. Problemem okazał się dobór odpowiedniej nomenklatury. Nie można ich przecież „sformować”, bo jak były tak są, tylko pod inną nazwą. Podobnie w przypadku „odtworzenia”, „regeneracji”, „rewitalizacji”, czy „recyklingu”. Ale od czego jest Koordynator i jego sztab, w którym bezpieczną przystań znaleźli rozbitkowie po operetkowej komisji od wpływów. Brakujące w operacyjnej krzyżówce słowo to „przywrócenie”. W lipcu 2024 roku Premier podpisał stosowny dokument i zanim zdążył coś ćwierknąć na „X” w polskich miastach zdarzył się cud. W tych samych lokalizacjach, w tych samych obiektach, z tym samym personelem, z tymi samymi zadaniami i tylko z częściowo nowym kierownictwem pojawiły się delegatury. Jak żywe. Liczba funkcyjnych pułkowników znów wzrosła, bo trzeba było „przywrócić” około 25 stanowisk dyrektorskich z zapleczem w postaci sekretariatów, sekretarek/sekretarzy, kierowców oraz dyspozycyjnych aut służbowych. Odzyskano zdolności, wzmożono czujność, pogłębiono rozpoznanie, figuranci zaczęli jeść z ręki. Służbowa strefa komfortu.

Przy okazji historycznego procesu „przywracania” zapominano tylko o jednej jednostce. W 2011 roku ówczesny Szef ABW Krzysztof Bondaryk, doświadczony biurokrata i koneser publicznych spółek powołał do życia delegaturę stołeczną (SDABW). Nikt nigdy nie wiedział po co. Premier Tusk w lipcu 2024 roku nie „przywrócił” właśnie tej jednej, którą faktycznie zlikwidowano osiem lat wcześniej. I tak w Radomiu delegatura jest, a w Warszawie nie ma. Prowokacja, przejaw zdrowego rozsądku, czy może zrobiono na złość ojcu założycielowi.

Gdyby tak błyskawicznie rząd „przywracał” pozostałe rzeczy w Polsce byłoby inaczej niż w obscenicznych fraszkach Ministra Bartłomieja Sienkiewicza. W kolejce po cud czekają między innymi: połączenia kolejowe, żłobki, porodówki, ambasady, konsulaty, jednostki wojskowe i urzędy pocztowe. Są także tacy, którzy w obliczu eskalacji wrogich działań ze strony Moskwy liczą na „przywrócenie” Centrum Prewencji Terrorystycznej ABW. Jak wynika jednak z treści odpowiedzi na interpelację poselską CPT, w którego powstaniu miała udział UE wcale nie zostało „zlikwidowane”, a tylko „zniesiono odrębność organizacyjną tej jednostki”. Psycholingwistyka w służbie partii. Identycznie w przypadku kilkunastu komórek organizacyjnych pewnej polskiej służby specjalnej, które amputowano w okresie rządów PO-PSL. Według informatorów zbliżonych do AW, nikt tym epizodem na Miłobędzkiej się nie zajmuje, donosów nie pisze, a autor reformy na jakiś czas służbowo opuścił terytorium RP. Tak samo w przypadku departamentu ABW, który dbał o ekonomiczne interesy państwa. Teraz rozliczamy VAT tak jak my rozumiemy rozliczenia.

Bardziej dociekliwi historię denominacji delegatur przyrównują do rozformowania UOP. Pierwszą i przedostatnią, cywilną służbę III RP pod koniec czerwca 2002 roku złożono do archiwum. Stało się to zaledwie kilka miesięcy po zamachach Al Qaedy w Stanach Zjednoczonych i w trakcie wojny w Iraku, z udziałem jednostek polskich Sił Zbrojnych. Z UOP-em rozprawili się pozytywnie zweryfikowani funkcjonariusze SB, których z takim pietyzmem zrekonstruowali Ministrowie Milczanowski i Kozłowski. Sprawcom reorganizacji delegatur usiłuje się dziś postawić zarzuty niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień. Tak chce gen. Stróżyk, były oficer WSI. W przypadku esbeków, którzy przez dekady prześladowali wątpiących w przewodnią role PZPR i sojusz z ZSRR takiej próby nie podjęto. Nie przekraczali żadnych uprawnień i zawsze dopełniali wszystkich obowiązków. Aniołki Czesława.

Gdy Minister Sikorski, w związku z koniecznością „racjonalizacji kosztów służby zagranicznej” zlikwidował 14 ambasad RP i 12 konsulatów generalnych, przy okazji rozformował co najmniej kilka rezydentur polskiego wywiadu. Być może osłabił w ten sposób zdolności operacyjne służby. W niektórych miejscach świata mógł je nawet sparaliżować, bo gdzie miała się podziać rezydentura, skoro placówka dyplomatyczna się zwinęła. Radosław Sikorski w latach 2017-2025 co najmniej czterdzieści razy, publicznie zarzucił „zielonym ludzikom” sprzyjanie Rosji, czego przejawem miała być prozaiczna zmiana nazwy delegatur na wydziały zamiejscowe. Jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich obiecywał kiedyś, że nie będzie niczego. Obecna administracja wzięła ten postulat całkiem na serio, bo nie ma nawet tego co jest.

Najnowszą generacją manipulacji jest decepcja. Ukrywamy własne zamiary i przy użyciu subtelnej dezinformacji naprowadzamy przeciwnika na fałszywy trop. Istnieje zatem nano szansa, że Kierwiński i Siemoniak konfabulując nt. likwidacji chcieli zniechęcić GRU do penetracji terenowych struktur ABW. Skoro to tylko widziadła to szkoda operacyjnej fatygi.

Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...