Historyk: Żołnierze wyklęci nie byli szaleńcami

Dodano:
Zdjęcie ilustracyjne Źródło: Flickr / Piotr Drabik / CC BY 2.0
Kiedy dowództwo zaapelowało do Witolda Pileckiego, żeby uciekał z kraju, rotmistrz odpowiedział: "Ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje". Dla mnie to kwintesencja postawy żołnierzy wyklętych – mówi nam Piotr Dmitrowicz, historyk.

Damian Cygan: Dziś obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Czy wiemy, ilu ich tak naprawdę było?

Piotr Dmitrowicz: Nie wiemy i jest to bardzo trudne do określenia. Proszę zwrócić uwagę, że pod nazwą "żołnierze wyklęci" kryją się nie tylko ci, którzy walczyli z bronią w ręku, ale również ci, którzy walczyli słowem i wspierali tych ludzi. Są oczywiście pewne szacunki mówiące, że po zakończeniu II wojny światowej działalności antykomunistycznej poświęciło się około 200 tys. osób. To jest liczba pokazująca skalę zaangażowania, porównywalną z powstaniem styczniowym. Jak spojrzymy na mapę Polski, to zobaczymy, że miejsca, gdzie zaangażowanie w walkę z komunistami było największe, pokrywają się z tymi z czasów powstania styczniowego.

Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych obchodzimy już po raz dziesiąty, ale sam temat niezłomnych jest wciąż w wielu miejscach na cenzurowanym. Skąd bierze się ta niechęć?

Ona wywodzi się przede wszystkim ze środowisk komunistycznych, które przez całe lata pluły na żołnierzy wyklętych i fałszowały ich historię. Parafrazując pewne powiedzenie: partia może wyjść z komunisty, ale komunista z partii nigdy. Ten sposób myślenia powoduje, że często wraca się do argumentów i obelg z czasów stalinowskich. Tymczasem przez ostatnie dziesięć lat ten 1 marca stał się naprawdę bardzo ważnym elementem budowania świadomości i pamięci historycznej. Potwierdza to choćby ogromne zaangażowanie młodych ludzi w różnego rodzaju akcje, biegi czy marsze upamiętniające żołnierzy wyklętych. Niestety, ciągle atakują ich już nie tylko stare postkomunistyczne środowiska, ale również tzw. nowa lewica.

Żołnierzy antykomunistycznego podziemia nazywamy wyklętymi, bo zostali wyklęci z pamięci kilku pokoleń?

Tak, dlatego zawsze podkreślam, że powinny funkcjonować dwie nazwy. Z jednej strony "żołnierze wyklęci", żebyśmy pamiętali, co komuniści próbowali z nimi zrobić, czyli zabić ich nie tylko w sensie eliminacji fizycznej, ale również kompletnie zniszczyć pamięć o nich i ich bliskich, którzy przez całe lata z tego powodu cierpieli. Z drugiej strony mamy określenie "niezłomni" dotyczące ich postawy. Oni byli nie tylko wyklęci i niezłomni, ale dokonywali też dramatycznych wyborów. Nie jest przecież tak, że ci ludzie nie chcieli wrócić do normalnego życia, zakładać rodzin czy kończyć studiów. Nie byli szaleńcami, którzy za wszelką cenę chcieli tylko walczyć. Po prostu często nie mieli wyboru. Widzieli, że po kolejnych amnestiach w roku 1945 i potem 1947 ci, którzy się ujawniali, trafiali do więzień, byli torturowani i mordowani.

Zwrócił pan uwagę, że w kultywowanie pamięci o wyklętych chętnie angażują się ludzie młodzi. Dlaczego właśnie oni?

Do pewnego momentu temat żołnierzy wyklętych był dla młodych czymś w rodzaju tabula rasa. Nagle zaczęli odkrywać piękne historie poszczególnych chłopaków z lasu. Z historią jest zwykle tak, że każdy człowiek w jakiś sposób identyfikuje się z tymi, o których czyta i słucha. Wyklęci byli w pewnym sensie rówieśnikami tych młodych – ludźmi z krwi i kości, którzy mieli swoje marzenia i emocje. Myślę, że właśnie te postawy żołnierzy niezłomnych – z jednej strony bardzo dramatyczne, z drugiej bohaterskie – ujmują młodych ludzi.

Najważniejszym dla pana żołnierzem wyklętym był?

Nie mam takiej ulubionej postaci, bo każda z nich była na swój sposób wyjątkowa. Jednak zawsze, kiedy myślę o żołnierzach wyklętych, szukam jakiegoś motto. Wtedy przychodzi mi do głowy rotmistrz Witold Pilecki i jego słowa. Kiedy dowództwo zaapelowało do niego, żeby uciekał z kraju, bo grozi mu niebezpieczeństwo, on miał wtedy powiedzieć: "Ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje". Dla mnie to jest kwintesencja postawy wszystkich tych ludzi, którzy zdecydowali się na walkę po 1944 roku.

Myśli pan, że wydarzy się cud i zespół prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN odkryje kiedyś szczątki rotmistrza?

Bardzo chciałbym w to wierzyć, natomiast szanse są raczej minimalne. Pilecki był tak znienawidzony przez swoich oprawców, że oni zrobili wszystko, aby zatrzeć po nim wszelkie ślady. Ale dopóki jest szansa, to trzeba szukać, bo cuda jednak się zdarzają.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...