Woyciechowski: Senatorowie i dziennikarze dali się wykorzystać niczym dzieci
DoRzeczy.pl: Poinformował pan o wyniku sprawy sądowej przeciwko Andrzejowi Malinowskiemu, b. prezydentowi Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej. Sąd uznał Malinowskiego winnym składania fałszywych zeznań na okoliczność jego współpracy z wywiadem wojskowym PRL. Takie rozstrzygnięcie chyba może pana satysfakcjonować?
Piotr Woyciechowski: Uporządkujmy przebieg wypadków. 12 maja br. przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia zapadł wyrok przeciwko Andrzejowi Malinowskiemu. Sprawa dotyczyła zarzutu składania przed prokuratorem pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej fałszywych zeznań na okoliczność jego współpracy z Wywiadem Wojskowym PRL. Inną sprawą jest, że wyrok ten zapadł dwa tygodnie po publicznym wysłuchaniu Andrzeja Malinowskiego przed nadzwyczajną komisją senacką ds. Pegasusa.
Jakie słowa tam padły?
Oprócz bełkotu na temat rzekomej inwigilacji Malinowskiego przez polskie służby specjalne za pomocą szpiegowskiej aplikacji „Pegasus”, sformułował on oszczercze wobec mnie zarzuty, jakobym go szantażował artykułem, który trzy lata wcześniej został opublikowany na łamach tygodnika "Do Rzeczy", a dotyczył jego współpracy z komunistycznym wywiadem wojskowym, w ramach tzw. Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego. Komizm sytuacji polega na tym, że wiekowa agentura wojskowej bezpieki podpuściła, wydawałoby się rasowych polityków i dziennikarzy.
Kogo dokładnie?
Senatora Koalicji Obywatelskiej Marcina Bosackiego, przewodniczącego tej komisji ds. Pegasusa oraz jego koleżankę redaktor "Gazety Wyborczej" Agnieszkę Kublik, która niczym pelikan połknęła tanią sensację. Już pięć godzin po zakończeniu zeznań, opublikowała oszczerczy pod moim adresem artykuł, wierząc w to, co Andrzej Malinowski podał przed komisją odnośnie okoliczności domniemanego szantażu i mojego w nim udziału. Przez kilka kolejnych dni, "Gazeta Wyborcza" na łamach papierowego wydania gazety i portalu internetowego Gazeta.pl, grzała ten temat.
Po upływie dwóch tygodni Sąd Karny pierwszej instancji, skazuje b. agenta wojskowej bezpieki za kłamstwo i ta sama "Gazeta Wyborcza" w osobie redaktor Kublik – milczy o tym jak zaklęta. Podobnie milczy senator Bosacki. Moim zdaniem mamy do czynienia z sytuacją taką, że dawna komunistyczna agentura cynicznie i skutecznie wykorzystała zapotrzebowanie polityczne wrogich środowisk wobec lustracji, dekomunizacji, czy działalności Instytutu Pamięci Narodowej.
Czyli wykorzystano senacką nadzwyczajną komisję, do ochrony prywatnych interesów komunistycznej agentury?
Otóż to. Dano możliwość nagłośnienia zdarzenia odnośnie tzw. domniemanego szantażu, by tenże Andrzej Malinowski mógł polepszyć sobie pozycję procesową przed wyrokiem, którego oczekiwał. Tak się złożyło, że Sąd najprawdopodobniej nie słuchał jego bajdurzenia przed senacką komisją i nie czytał tekstu redaktor Kublik, tylko oparł się w sposób rzetelny na zebranym przez prokuratora materiale dowodowym i uznał Andrzeja Malinowskiego winnym składania fałszywych zeznań. Mamy tutaj klamrę. Środowisko, które przez lata ochraniało złogi komunistyczne, psujące polską politykę i narażające nas na niebezpieczeństwo, dało się zmanipulować przez 75-letniego współpracownika Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego, który posłużył się nimi tylko w celu ochrony własnych interesów.
Czyli mówiąc wprost, Malinowski wykorzystał komisj,ę, bo od początku miał na celu mówić o sprawie dotyczące pana publikacji?
Przesłuchanie przed komisją było pretekstem. Lewarem do tego, żeby móc nagłośnić jego brednie na temat domniemanego szantażu. Za pudło rezonansowe posłużyła „Gazeta Wyborcza”. Przecież to wszystko, co mówi Malinowski kupy się nie trzyma. Przez trzy lata milczał o domniemanym szantażu. A jest to przecież czyn spenalizowany. Prokuratury do chwili obecnej nie zawiadomił. Wniosku o autolustrację, wbrew publicznym zapowiedziom nie złożył. Pozwu cywilnego wobec mnie lub redakcji "Do Rzeczy" nie wytoczył. Członkom komisji ds. Pegasusa odmówił podania danych personalnych rzekomego pośrednika. Każdy nawet przeciętnie inteligentny obserwator dostrzeże szereg niekonsekwencji i znaków zapytania w zachowaniu Malinowskiego.
Zwrócił pan uwagę na fakt, że Gazeta Wyborcza milczy na temat wyroku, który zapadł.
Milczy Gazeta Wyborcza, portal wyborcza.pl, czy gazeta.pl. Milczy także onet.pl. Co najważniejsze, że nawet gazeta „Rzeczpospolita”, której stałym felietonistą był Andrzej Malinowski, gdy jeszcze przewodził organizacji Pracodawcy RP, także milczy. Wszyscy nabrali wody w usta i uznają, że sprawy nie ma. Nie dziwię się im. Ponieważ to ich kompromituje, nie tylko pod względem profesjonalizmu dziennikarskiego, ale również dlatego, że dali się podpuścić i wykorzystać niczym dzieci. Dali się podejść przez TW „Romana” bez jakiejkolwiek weryfikacji, a teraz próbują to przemilczeć.
Czy sprawa z Andrzejem Milanowskim jest zamknięta?
Nie. Złożyłem wobec niego prywatny akt oskarżenia z art. 212 KK z tytułu popełnienia przestępstwa zniesławienia. Cierpliwie czekam na wyznaczenie terminu pierwszej rozprawy. Podobnie ma się sprawa z redaktor Agnieszką Kublik. I przeciwko niej złożyłem prywatny akt oskarżenia. Na proces cywilny o ochronę dóbr osobistych, czeka wydawca Gazety Wyborczej, spółka Agora S.A. Z mojego punktu widzenia, zrobiłem wszystko to, co umożliwia mi prawo. Choć wiem, że należy się spodziewać kolejnych „rewelacji” i kontynuowania tematu ze strony red. Agnieszki Kublik. Mogę jeszcze tylko apelować, do opinii publicznej i mediów, żeby dokładnie przyjrzeć się sprawie.
Dlaczego?
Kilka dni temu opublikowałem na moim profilu w serwisie Twitter informację z dokumentem, która wskazuje, że na dwa lata przed moją publikacją nt. agenturalnej współpracy Andrzeja Malinowskiego z wywiadem wojskowym PRL, z teczką TW „Roman”, zapoznał się redaktor Grzegorz Jakubowski. Jak wieść niesie przedstawiciel stajni red. Jana Pińskiego. Jakubowski tekstu na temat współpracy Malinowskiego z AWO nie opublikował, natomiast niedługo potem został przytulony do kierowanej przez Malinowskiego organizacji pracodawców. Tu należy zadać pytanie, czy, a jeżeli tak, to w jaki sposób stajnia Jana Pińskiego, skonsumowała znajomość zawartości teczki TW „Roman”? Tu mamy punkt zaczepienia, w którym dziennikarze powinni ruszyć pełną para do pracy. Co ciekawe, ten sam Jakubowski, zadawał pytanie Rafałowi Trzaskowskiemu, podczas słynnej debaty prezydenckiej. Mało kto wiedział wówczas o tym, że dziennikarz ten, w tym samym czasie był…pracownikiem warszawskiego ratusza. Niezła z tego wybuchła afera.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.