Mer Lwowa o wybuchu w Przewodowie. "Rozumiem żal Polaków"
We wtorek we wsi Przewodów w powiecie hrubieszowskim (woj. lubelskie) doszło do eksplozji, w wyniku której życie straciły dwie osoby. MSZ poinformowało, że na terytorium Polski spadł pocisk produkcji rosyjskiej.
Według informacji przekazanych przez prezydenta Andrzeja Dudę i premiera Mateusza Morawieckiego, najprawdopodobniej mieliśmy do czynienia z pociskiem wystrzelonym przez ukraińską obronę przeciwlotniczą w kierunku rosyjskiej rakiety.
Mer Lwowa o eksplozji w Przewodowie
W wersję wydarzeń przedstawioną przez polski i amerykański rząd nie wierzy Kijów. W środę prezydent Wołodymyr Zełenski oświadczył, że jest pewien, iż nie był to ukraiński pocisk. Domaga się również dopuszczenia Ukrainy do śledztwa prowadzonego na miejscu tragedii. W czwartek ukraiński przywódca zmienił nieco retorykę, oświadczając, że "nie wie na 100 procent", co stało się w Przewodowie.
O rozbieżności dotyczące wydarzeń na granicy polsko-ukraińskiej dziennikarz RMF FM zapytał mera Lwowa Andrija Sadowego.
– Jestem przekonany, że musi być maksymalna otwartość, żeby poznać prawdę – tłumaczył polityk.
– Rozumiem ten żal Polaków, ale musicie zrozumieć, że my w samym tylko Lwowie mamy po trzy, cztery ceremonie pogrzebowe dziennie. Podczas tej wolny zginęło już ponad 200 mieszkańców miasta, a w całej Ukrainy – już tysiące – dodał mer Lwowa.
Sadowy: Jesteśmy jak Dawid, który walczy z Goliatem
Sadowy podkreślił następnie, że gdyby Zachód szybciej zaczął dostarczać Ukrainie pomoc militarną, nie byłoby tylu ofiar.
– Teraz pomoc jest mocniejsza, ale jeszcze nie jest taka, jakiej potrzebujemy. Powinniśmy mieć nowsze uzbrojenie – dziś mamy broń zdolną strzelać na 70 km. Gdybyśmy mieli rakiety o zasięgu 300-400 km, wojna byłaby już skończona – mówił gospodarz Lwowa.
– Jesteśmy jak Dawid, który walczy z Goliatem, nikt nie wierzył, że osiągniemy przewagę nad Rosją. Musimy jednak dobić tego "niedźwiedzia", bo on nie daje żyć ani nam, ani wam – dodał polityk.