Chińska twierdza w sercu Londynu. "Mega-ambasada” i cena brytyjskiego resetu
20 stycznia minister Steve Reed, formalnie w roli „quasi-sędziego” od planowania, zatwierdził inwestycję Pekinu na terenie Royal Mint Court, dawnej mennicy, kilka minut od City i symbolicznego Tower. Projekt to nie zwykły budynek z flagą, lecz kampus: biura, zaplecze konsularne, mieszkania dla personelu, centra kultury. Skala robi wrażenie: dokumenty planistyczne mówią o kompleksie rzędu ok. 52-55 tys. m², czyli prawie dziesięciokrotnie większym niż obecna chińska ambasada w Londynie. To ma być największa chińska placówka w Europie.
Historia tej „mega-ambasady” jest długa i mówi o relacji Londyn-Pekin więcej niż setki uprzejmych komunikatów. Chiny kupiły teren w 2018 r. za ok. 255 mln funtów, a plan nowej siedziby uzasadniały prosto: stara ambasada jest za mała, a praca i tak rozlana jest po kilku budynkach w mieście. Potem przyszło otrzeźwienie i lokalna polityka. W grudniu 2022 r. rada Tower Hamlets odmówiła zgody na budowę m.in. z obawy, że okolica utknie w korku protestów i napięć. W dzielnicy mieszka duża społeczność muzułmańska, a wątek represji wobec Ujgurów w tym czasie był szczególnie żywy. Chiny w 2023 r. wstrzymały sprawę i wróciły do niej dopiero wtedy, gdy pojawiła się perspektywa interwencji rządu centralnego.
Dziś to już nie jest tylko kwestia architektury. To element większej układanki: „resetu” relacji Wielkiej Brytanii z Chinach. Reuters napisał wprost, że zgoda na Royal Mint Court zapadła tuż przed długo oczekiwaną wizytą Keira Starmera w Pekinie. To pierwszą wizytą brytyjskiego premiera od 2018 r., a część urzędników po obu stronach miała sugerować następującą zależność: bez zielonego światła dla ambasady nie ma politycznego otwarcia. Jeśli tak, budynek staje się walutą w negocjacjach.
Najostrzejszy spór dotyczy bezpieczeństwa: w sensie dosłownym i komunikacyjnym. Krytycy tej decyzji ostrzegali, że lokalizacja przy historycznej dzielnicy finansowej i w pobliżu infrastruktury telekomunikacyjnej może ułatwiać podsłuch oraz działania wywiadowcze: od „słuchania” światłowodów po bardziej klasyczne operacje HUMINT (metoda wywiadowcza polegająca na pozyskiwaniu informacji poprzez kontakt z ludźmi). Do tego dochodzi prosta logika, którą rozumie każdy oficer kontrwywiadu: większa ambasada to więcej ludzi, a więc i więcej możliwości do prowadzenia „dyplomacji” w wersji operacyjnej. Reuters przytaczał też kontekst: MI5 od lat ostrzega przed próbami werbunku osób z dostępem do brytyjskich instytucji.
Rząd odpowiada: ryzyko jest realne, ale da się nim zarządzać. W Izbie Gmin minister ds. bezpieczeństwa Dan Jarvis podkreślał, że służby i administracja przygotowały pakiet środków ograniczających zagrożenia, w tym związane z okablowaniem. Komisja parlamentarna ds. wywiadu i bezpieczeństwa uznała, że całość da się „satysfakcjonująco” zmitigować. MI5 i GCHQ w nietypowym, wspólnym stanowisku przyznały, że nie da się „wyzerować” każdego ryzyka związanego z obcą misją dyplomatyczną, ale państwo wypracowało zestaw proporcjonalnych zabezpieczeń. Jarvis dorzucił konkrety: rząd miał wgląd w nieocenzurowane plany, a publicznie dostępny dziedziniec na terenie ambasady nie ma być objęty immunitetem dyplomatycznym. Co więcej, Chińczycy zgodzili się skonsolidować aż siedem swoich londyńskich lokalizacji w jednym miejscu, co rząd przedstawia jako „plus” operacyjny (jedna placówka ma być łatwiejsza do obserwowania niż kilka rozproszonych).
Jest jednak drugi, mniej wygodny wymiar bezpieczeństwa: presja na ludzi, nie na kable. Dla społeczności hongkońskiej, ujgurskiej czy tybetańskiej „mega-ambasada” to nie neutralny budynek. To potencjalny magnes dla protestów i symbol transnarodowej presji, o której brytyjskie instytucje mówią coraz częściej wprost. Protesty już się odbywały, a lokalni mieszkańcy zapowiadają batalię sądową, kwestionując tryb zatwierdzenia inwestycji i „polityczne” tło decyzji.
Pekin reaguje po swojemu: oficjalnie twierdzi, że proces przebiegł zgodnie z prawem i normami, a państwo goszczące ma obowiązek umożliwiać funkcjonowanie misji dyplomatycznej. Nieoficjalnie, i tu warto czytać między wierszami, ambasada była narzędziem nacisku. Reuters odnotował, że przed decyzją Londynu Chiny blokowały brytyjskie plany rozbudowy ambasady w Pekinie. „Wzajemność” w chińskim wydaniu jest prosta: jeśli chcecie komfortu u nas, dajcie go nam u was.
W efekcie Londyn będzie wzbogacony o nowy kompleks, która ma wyglądać jak gest normalizacji, a działa jak test odporności państwa. Czy brytyjski „reset” z Chinami to pragmatyzm, czy raczej przyzwyczajanie opinii publicznej do kolejnych ustępstw? „Mega-ambasada” nad Tamizą będzie stała latami. Pytanie brzmi, czy wraz z nią nie zagnieździ się w Londynie nowy standard: że w imię handlu i „dialogu” Zachód uczy się żyć z permanentnym ryzykiem i nazywa to rozsądną polityką.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.