"Jak kochać własną matkę" – wywiad z autorką książki, Urszulą Struzikowską-Marynicz
Naprawdę tak trudno kochać własną matkę?
Urszula Struzikowska-Marynicz: Czasami tak. Miłość nie jest czymś, co jeśli się pojawi, zostaje z nami zawsze. Miłość ewoluuje albo może się wypalać. Czasem trudno jest kochać swoją matkę, ponieważ jednocześnie czujemy wobec niej ambiwalencję oraz wiele współtowarzyszących miłości uczuć i wydaje się nam, że skoro czujemy złość, nienawiść, zazdrość, wstyd czy lęk, to stawia to pod znakiem zapytania naszą miłość do matki. Czasem trudno jest kochać, bo miłość zakłada w sobie bliskość i zaangażowanie, a to, chociaż upragnione, jest jednocześnie czymś, co zagraża poczuciu bezpieczeństwa niektórych z nas.
Trudno jest także kochać kogoś, kto nie kochał nas. Miłość nie oznacza bólu, ale nierzadko przeplata się z nim: ze złością, rozczarowaniem, poczuciem krzywdy i niesprawiedliwości. Można w stosunku do matki czuć wiele trudnych emocji, często niezrozumianych czy demonizowanych, które wpływają na nasze wyobrażenia o tym, czym powinna być lub czym jest miłość do mamy.
Czy rzeczywiście matka jest ważniejsza dla córek niż dla synów?
USM: Nie ma naukowych dowodów na to twierdzenie, a będąc psychologiem, uprawiam dyscyplinę naukową, więc trudno mi odpowiedzieć na pytanie z taką tezą, ale powiem tak: istnieje różnica w dynamice relacji między córką i matką a synem i matką. Córki częściej niż synowie porównują się z matką i identyfikują z podobieństwem do niej. Silniej reagują na jej ocenę, częściej rywalizują z matką, odnoszą do niej swoją seksualność, wyobrażenie o byciu kobietą, matką, partnerką, córką. Kultura również sprzyjała temu, że córki, zgodnie z tradycyjnym podziałem ról, częściej wychowywały się przy matce, a synowie pozostawali pod jej opieką jedynie do pewnego czasu, czego przykładem jest kultura spartańska – synowie byli przy matkach tylko do 7. roku życia, zatem ich relacja z matką polegała na czerpaniu ciepła i opieki. Podobnie chłopcy uczyli się polowania z mężczyznami, a dziewczynki – prowadzenia domu i opieki nad młodszym rodzeństwem z kobietami. Taki podział istniał w wielu kulturach, także w naszej. Natomiast matka nie jest ważniejsza dla dziecka w zależności od jego płci.
Myśli Pani, że na obecny niż demograficzny może przyczynić się relacja z matkami i kobiet i mężczyzn, którzy obecnie mają 20–30 lat?
USM: Na to zjawisko wpływa z pewnością wiele czynników biologicznych, ekonomicznych, społeczno-kulturowych, geopolitycznych. Znaczenie mają tu także te wszystkie historie, o których donoszą media, kiedy prawa kobiet do zdrowia i samostanowienia są zagrożone, co niejednokrotnie kończy się tragedią. Na obecny niż demograficzny wpływać mogą nie tyle relacje z matkami, co poziom naszej wiedzy, kultura rozwijania świadomości społecznej czy przeterapeutyzowania, kiedy tak wiele punktuje się matkom i od nich wymaga, że naturalną odpowiedzią na te działania może być lęk przed odpowiedzialnością i poczucie niegotowości do macierzyństwa. Będąc świadomymi rzeczywistych trudów, wyzwań i ograniczeń macierzyństwa czy rodzicielstwa (bo za niż demograficzny nie odpowiadają tylko kobiety!), mamy świadomość, jak trudna to rola, często wiążąca się z osamotnieniem i obarczona własnymi ranami czy traumami. Myślę, że dziś możemy się tego wszystkiego obawiać, czuć zagubienie, dezorientację, presję i brak gotowości na taką przygodę w drużynie nazywanej rodziną.
Skąd wziął się stereotyp, że o matkach należy mówić wyłącznie dobrze?
USM: Podwaliną dla tego stereotypu był kult Matki Świętej, symbolizującej wartości: czystość, samopoświęcenie, pokorę, bezwarunkową miłość i oddanie, jak również milczące cierpienie, które miało uszlachetniać. To także moralny nakaz wdzięczności wobec tych, które dają najważniejsze dobro graniczące z cudem – podarowanie drugiej osobie życia i przyszłości. Nie bez znaczenia może być w tym kontekście również historyczna rola kobiet i trudności, z którymi przyszło im się zmagać. Doceniamy ich trud, niezłomność, upór. Idealizowanie matek służyło podkreślaniu ich godności i znaczenia w społeczeństwie, długo niedostrzegającym, że kobieta poza macierzyństwem może spełniać się w wielu aspektach własnego życia i w przestrzeni społecznej. Mówimy także o tabu życia rodzinnego, gdzie mówienie o bólu, stawianiu granic czy nazywanie krzywdy mogłoby zagrażać dynamice i więzi rodziny.
Na jakie pułapki relacji córka–matka w życiu natrafiają córki, a na jakie matki?
USM: Córki nierzadko wpadają w pułapkę nadmiernej identyfikacji z matką, przejmując jej niespełnione oczekiwania i marzenia, czując się winne z powodu różnienia się od niej, zwłaszcza gdy ją idealizują. Mają także poczucie zobowiązania, winy i uważają za konieczną opiekę emocjonalną nad matką (przesunięcie granic ról, parentyfikacja). Czasem czują się swoim matkom dłużne za ich samopoświęcenie i oddanie.
Matki, mam wrażenie, wpadają w pułapkę myślenia o tym, że córka/dziecko ma do nich należeć. Nierzadko zdarza się matkom nie szanować, a właściwie bać się autonomii córki i jej naturalnego oddalania się. Kolejną pułapkę stanowi matczyne delegowanie córki do spełnienia aspiracji matki. Trudny jest także lęk przed starzeniem się, zazdrość czy rywalizacja z córką oraz etap pustego gniazda, kiedy dorosła córka nie odchodzi od matki, lecz zmierza we własne życie (to istotna różnica narracyjna), a matka nie czerpie satysfakcji w relacji partnerskiej i próbuje odtwarzać potrzebę diady w relacji z córką, ponieważ od dawna nie funkcjonowała w relacji partnerskiej i potrafi w swojej świadomości oraz wyobrażeniu o sobie być jedynie matką. Problemem jest także niewyrażona złość i międzypokoleniowy bagaż lęku i żalu przekazywany córce.
Urszula Struzikowska-Marynicz – psycholog i socjolog. Autorka artykułów, szkoleń i książek o tematyce psychologicznej. Na co dzień prowadzi własną praktykę psychologiczną, współpracuje też z jednostkami pomocy społecznej przy tworzeniu i prowadzeniu grup wsparcia, psychoedukacji oraz interwencji kryzysowej. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa RM ukazała się jej książka Wszystkiemu winni są twoi starzy.