Menadżer zmarłej aktorki przerwał milczenie. "Rano zadzwonił telefon"
Tragicznie zakończyły się poszukiwania 41-letniej aktorki Magdaleny Majtyki. Ciało kobiety zostało znalezione 6 marca w Biskupicach Oławskich (woj. dolnośląskie). Dzień wcześniej na policji zgłoszono informację o porzuconym samochodzie. Dziś wiadomo, że było to auto Majtyki. Wówczas jednak mundurowi nie wiedzieli o zaginięciu aktorki. Zgłoszenie wpłynęło kilka godzin później.
Na podstawie sekcji zwłok biegli nie stwierdzili obrażeń ciała, które tłumaczyłyby zgon. Prokuratura podkreśliła, że obecnie nie ma dowodów wskazujących na to, że do śmierci Magdaleny Majtyki przyczyniły się osoby trzecie. Zlecono dalsze badania histologiczne i toksykologiczne, które umożliwią biegłym wskazanie przyczyny śmierci aktorki.
Majtyka była aktorką teatralną i filmową. Pracowała w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Występowała w licznych produkcjach. Widzowie mogli ją oglądać w serialach takich, jak: "Na Wspólnej", "Na dobre i na złe", "Skazana" czy "Sprawiedliwi. Wydział Kryminalny".
"Zadzwonił telefon. Myślałem, że to producent z rolą"
Menadżer aktorki Maksymilian Wesołowski opowiedział w rozmowie z "Super Expressem", w jaki sposób dowiedział się o zaginięciu, a potem śmierci Magdaleny Majtyki. – 6 marca rano zadzwonił telefon. Na początku nikt się nie przedstawił, tylko poszukiwał agenta Magdy. Myślałem, że to producent z jakąś rolą. A okazało się, że to policja, bo mąż zgłosił jej zaginięcie i pytali o ostatni kontakt. A my rozmawialiśmy jakiś miesiąc temu. W pierwszym odruchu, po zakończonej rozmowie z policją, zadzwoniłem do Magdy, ale oczywiście telefon był wyłączony – relacjonował.
– Po chwili zobaczyłem, że pojawił się post o zaginięciu, także pewnie wszyscy wymieniali się informacjami. Po kilku godzinach pojawiła się informacja, że ziścił się najczarniejszy scenariusz. Poraziła mnie ta informacja – nie ukrywał Wesołowski.