Mjanma: Junta legalizuje własną dominację
Wybory, które junta rozegrała w trzech turach od końca grudnia 2025 roku, miały dać światu prosty obraz: "jest głosowanie, jest legalny mandat dla władzy". Problem w tym, że wszystko, co czyni wybory wyborami: konkurencja, wolność kampanii, realna opozycja, zostało wcześniej anulowane. Partia Aung San Suu Kyi (NLD), która w poprzednich wyborach wygrywała w miażdżący sposób, została rozwiązana, a dziesiątki ugrupowań antyjuntowych wypadły z gry. Część z nich odmówiła udziału w ustawionych wyborach, a grupy oporu w ogóle nie zostały zakwalifikowane do procesu wyborczego. Krytycy, od ONZ po organizacje praw człowieka, określali cały ten proces jako zabieg mający sformalizować rządy generałów przez cywilnych "pełnomocników".
Rezultat był więc przewidywalny, ale i tak uderzający skalą. Wojskowa partia zastępcza USDP zgarnęła większość w obu izbach: 232 z 263 mandatów w izbie niższej oraz 109 z 157 w izbie wyższej. Parlament ma zebrać się w najbliższym czasie, by wybrać prezydenta, a nowy rząd ma przejąć władzę w kwietniu. ASEAN zapowiedział, że procesu nie poprze, a ONZ podkreślała wykluczenie dużych grup ludności m.in. Rohingjów z procesu wyborczego oraz potwierdzone przypadki przemocy w trakcie "kampanii wyborczej".
I tu ukazuje się nam sedno całej sprawy: junta nie chciała tylko wygrać wyborów. Ona chciała zabezpieczyć sobie przyszłość. Dlatego kilka dni po zakończeniu ostatniej fazy głosowania ogłosiła powołanie pięcioosobowej Union Consultative Council, organu o mandacie tak szerokim, że według ekspertów ma działać jak instytucja stojąca "nad" władzami wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. W praktyce: to ma być bezpiecznik, który sprawi, że nawet jeśli Min Aung Hlaing formalnie zamieni mundur naczelnego dowódcy na garnitur prezydenta, władza nie wymknie mu się z rąk.
Reuters cytuje analityka Naing Min Khanta, który wprost mówi o "super-ciele" z "najwyższą" pozycją w systemie: kontrolującym kluczowe elementy bezpieczeństwa państwa i procesu legislacyjnego. Ekspert ocenia, że rada pozwoli Min Aung Hlaingowi zostać prezydentem bez oddawania realnej kontroli nad armią, a przy okazji da mu wpływ na administrację cywilną i ustawodawstwo. Prawnik, Kyee Myint również cytowany przez agencje, wskazuje jeszcze jeden mechanizm: rada ma patrzeć "z góry" zarówno na rząd, jak i na przyszłego dowódcę armii, tak, aby żaden potencjalny następca w mundurze nie urósł za bardzo w siłę. A to oznacza jedno: system ma być zbudowany pod jednego człowieka i jego następców.
To klasyczna "legalizacja dominacji": dyktatura zaczyna przybierać pozory państwa konstytucyjnego z funkcjonującym parlamentem, prezydentem i procedurami administracyjnymi. Ale te procedury są zaprojektowane tak, by niczego realnie nie zmieniały. Zresztą nawet bez nowej rady Mjanma ma wbudowane wojskowe bezpieczniki: armia ma gwarantowane 25 proc. miejsc w parlamencie, a także kontrolę nad kluczowymi resortami bezpieczeństwa. "Cywilność" jest więc tu bardziej fasadą niż zasadą.
Najbardziej brutalnym testem tej fasady jest jednak nie prawo, tylko przemoc. ONZ mówi o około 3,6 mln osób wewnętrznie przesiedlonych, a dane przywoływane przez Reuters wskazują na dziesiątki tysięcy zabitych od czasu przewrotu z 2021 r. Nawet w trakcie samego "sezonu wyborczego" ONZ-owskie biuro praw człowieka weryfikowało zgony cywilów w wyniku nalotów samolotowych oraz fale aresztowań. Junta woli więc mieć wybory "w tle", a na pierwszym planie utrzymać narzędzia, które naprawdę działają: strach, więzienie i kontrolę powietrzną.
Właśnie dlatego tak mocno wybrzmiał alarm UNICEF-u z końcówki lutego. Organizacja informowała o nowych doniesieniach, według których między 23 a 24 lutego naloty uderzyły m.in. w Ponnagyun w stanie Rakhine i Myinmu w regionie Sagaing. UNICEF pisał o co najmniej pięciorgu zabitych dzieciach i trojgu rannych, a także o trafionych domach i "zatłoczonym lokalnym targu" w miejscowości goszczącej przesiedlone rodziny. To nie jest statystyka "ubocznych szkód", to opis, jak wygląda wojna domowa w kraju, w którym władza równolegle buduje sobie parlament.
Lokalne media pisały o co najmniej dwóch tuzinach zabitych w dwóch atakach w ciągu jednego tygodnia. W centralnym Sagaing bomby miały zostać zrzucone z paramotorów, czyli załogowych "paralotni bombowych", a dzień później myśliwiec miał uderzyć w Rakhine. Arakan Army, grupa walcząca z juntą, twierdziła, że na targu zginęło 17 cywilów, w tym dzieci, a kilkanaście osób zostało rannych. Reuters zaznaczał, że nie był w stanie niezależnie zweryfikować tych relacji; junta z kolei konsekwentnie zaprzecza, by celowała w cywilów, i utrzymuje, że jej operacje są wymierzone w "uzbrojone grupy". UNICEF odpowiada językiem, który od lat brzmi jak powtarzany refren: wszystkie strony muszą przestrzegać prawa humanitarnego, a dzieci mają być zawsze chronione.
Tu ujawnia się paradoks, który generałowie próbują zamaskować instytucjami. Jeśli rząd naprawdę wierzy w swoją legitymację, nie potrzebuje "super-organu" ponad państwem. Jeśli państwo naprawdę wraca do normalności, nie musi udowadniać przewagi, bombardując wsie, rynki i miejsca, gdzie szukają schronienia przesiedleni. Tymczasem Mjanma dostaje jednocześnie dwie rzeczy: nową konstrukcję władzy, która ma cementować kontrolę, i rosnącą zależność od wojskowych siły powietrznej jako narzędzia polityki wewnętrznej.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.