Bułgaria: Wielkie nadzieje kontra szczelność systemu

Dodano:
Były prezydent Bułgarii Rumen Radew Źródło: PAP / Piotr Nowak
Bojan Stanisławski | Czy Rumen Radew powstrzyma atrofię bułgarskiej państwowości?

Niedzielne wybory parlamentarne w Bułgarii zakończyły się miażdżącym zwycięstwem formacji byłego prezydenta Rumena Radewa – Postępowa Bułgaria. Ugrupowanie to zdobyło blisko 45 proc. poparcia i 130 mandatów w 240-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Drugie miejsce zajęła partia GERB z wynikiem niewiele ponad 13 proc., trzecie – koalicja PP-DB (12,7 proc.). Do parlamentu weszły także DPS – Nowy Początek oraz partia Odrodzenie, zaś kilka innych ugrupowań dotychczas obecnych na bułgarskim firmamencie politycznym, w tym Bułgarska Partia Socjalistyczna, znalazło się poniżej progu.

Jako druga, choć z daleko niższym wynikiem, uplasowała się partia Bojko Borisowa, który przez ponad 15 lat pozostawał swoistym dyktatorem i właścicielem wewnątrzpolitycznego procesu w Bułgarii. Wokół jego osoby i tej formacji ukształtował się system władzy o typowo śródziemnomorsko-oligarchicznym charakterze, oparty na sieci powiązań kryminalnych, politycznych i instytucjonalnych.

Ważnym punktem odniesienia pozostaje także Deljan Peewski i jego DPS – Nowy Początek, który w ostatnich latach stał się jednym z głównych konkurentów do przejęcia schedy po starzejącym się Borisowie. To właśnie te dwa ośrodki – GERB i środowisko Peewskiego – będą zapewne w sposób najbardziej zajadły zwalczały Radewa, broniąc swojego stanu posiadania i modelu personalizacji państwa, ręcznego sterowania instytucjami oraz wykorzystywania ich do eliminowania przeciwników i budowania klienteli.

Ambicja Radewa zaś jest jednoznaczna: zapowiedział położenie kresu tej patologii i przekształcenie Bułgarii w – jak sam powtarza – „normalny europejski kraj”. Były prezydent powziął pierwszą od dawna próbę realnej, i wiarygodnej w oczach wyborców, konfrontacji z oligarchicznym systemem, który przez lata był nie tylko tolerowany, ale wręcz wspierany zarówno przez UE, jak i Waszyngton.

Nie jest jasne, w jaki sposób wobec rządu wyłonionego przez Radewa zachowają się pozostałe siły polityczne. Co zrobią politycy koalicji PP–DB, czyli politycznej reprezentacji bułgarskich euroatlantyckich demokratów i pro-unijnych fanatyków? Formacja ta nie ukrywa swoich ambicji rządzenia i od swego zarania budowała narrację o własnej moralnej wyższości, opierając ją przede wszystkim na haśle walki z mafią i korupcją. Jednocześnie przez całą kampanię konsekwentnie atakowała Radewa, choć wyrażał on te same postulaty i potępiał oligarchizację kraju i gospodarki. Przedstawiali go jako polityka koniunkturalnego, który – mimo anty-oligarchicznych deklaracji – odwołuje się, w ich mniemaniu, do najgorszych instynktów bułgarskiego plebejusza, który wciąż Rosjan widzi jako „bratuszki”, a Moskwę traktuje jako cywilizacyjną metropolię na równi z Paryżem, Berlinem czy Waszyngtonem.

Tymczasem jeśli Radew rzeczywiście przystąpi do realnego demontażu struktur korupcyjnych zbudowanych przez Borisowa, to PP-DB może zostać pozbawiona swojego głównego politycznego paliwa. Tym bardziej że nawet w Sofii – bastionie bułgarskich liberałów – wynik tej koalicji okazał się co najwyżej umiarkowany, a zwycięstwo przypadło i tam Postępowej Bułgarii.

Podobne pytania dotyczą również partii protestu, w szczególności formacji Konstantina Konstantinowa – partii Odrodzenie. Przez ostatnie lata to właśnie ona manifestowała najbardziej radykalny sprzeciw, mobilizując społeczeństwo i wzmacniając siłę głosu protestu. Dziś jednak znaczną część tego potencjału przejął Radew, oferując, jak się zdaje, bardziej wiarygodną perspektywę realnego wpływu na władzę. W tych okolicznościach także i to środowisko staje przed wyborem: czy przyjąć bardziej koncyliacyjną postawę i próbować współpracować z pozycji wyraźnie słabszego partnera, czy też pozostać w opozycji, ryzykując dalszą utratę znaczenia.

Minione wybory w Bułgarii analizowane są również jako element międzynarodowej gry na obszarze byłego Bloku Wschodniego, przekładający się potencjalnie na globalne kwestie geostrategiczne. Sieci społecznościowe i media zalała natychmiast fala emocjonalno-propagandowych nagłówków. Od ponad 48 godzin trwa masowe wzmożenie wokół rzekomego triumfu „sił prorosyjskich”, którym przewodzi „anty-imigrancki nacjonalista”. Są też bombastyczne i rozpaczliwe zapowiedzi „geopolitycznego zwrotu” czy „kryzysu europejskiego kursu Bułgarii”. Pojawiły się porównania do Węgier, sugestie o „kolejnej odsłonie orbanizmu”, czy „bałkańskim Fico”, podszyte wyobrażeniami o wielogłowej hydrze rosyjskich wpływów, z którą umęczona demokratyczna Europa wciąż nie jest w stanie sobie poradzić.

Wizja Radewa jako awatara prezydenta Federacji Rosyjskiej nie bywa przez jej proponentów jakkolwiek zakłócona wielokrotnymi jego deklaracjami o tym, że Bułgaria była i pozostanie „lojalnym państwem członkowskim NATO i UE” i jak on jako premier stawia sobie za cel wzmacnianie sojuszy, w których Bułgaria ma swój udział, a nie ich osłabianie. Nie ma też znaczenia fakt, iż Rumen Radew jest generałem lotnictwa wykształconym i sformatowanym na amerykańskich uczelniach wojskowych, ani że karierę robił w natowskiej już, bułgarskiej armii, również partycypując w jej zagranicznych kontyngentach. Dość, że stwierdził kilka oczywistości. Na przykład, że sankcje wobec Rosji są wysoce szkodliwe dla bułgarskiej gospodarki, albo że Ukraina nie ma szans wygrać trwającej wojny, czy też że tzw. zielony ład to przepis na kompletny upadek Unii Europejskiej. Już jest „putinistą”.

W ten sposób złożony proces polityczny zostaje sprowadzony do przyciągających uwagę i pobudzających emocjonalnie nagłówków, które niczego nie wyjaśniają – ani tego, co się naprawdę wydarzyło, ani tym bardziej tego, co może wydarzyć się dalej. Tymczasem mamy do czynienia z wyborami, których stawką jest nie tylko zmiana polityczno-kadrowa, lecz przyszłość bułgarskiej państwowości.

Jeśli spojrzeć na tę sytuację abstrahując od prymitywnych geopolitycznych skrótów myślowych, bardzo szybko okaże się, że kluczowe pytania wcale nie dotyczą tego, „w którą stronę” pójdzie Radew, bo jest bardziej niż oczywiste, że nikt nie pozwoli mu na żadne „odwrócenie sojuszy” czy wpisanie Bułgarii do BRICS. Znacznie ważniejszym pytaniem jest to, czy system, który dopuścił jego wyborcze zwycięstwo, nie rozgniecie jego samego i Postępowej Bułgarii, gdy nowy rząd spróbuje go demontować.

Samodzielna większość parlamentarna Postępowej Bułgarii, która tak przeraża dyżurnych tropicieli mniemanych sojuszników Putina, nie daje w bułgarskich realiach automatycznej pełnej sterowności. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że działa odwrotnie, gdyż mobilizuje dotychczas osiadłą na laurach strukturę. Uruchamia przeciw sobie wszystkie uśpione ośrodki nacisku i władzy, aktywizuje opór przegranych, którym w oczy zagląda utrata majątku i wpływów, a to wszak oni, pokonani w niedzielnej elekcji, kontrolują państwo i jego instytucje. Tak właśnie stało się w 1997 roku, po „kolorowej rewolucji” przeprowadzonej przeciw rządowi Żana Widenowa. Wówczas do władzy wyniesiono Zjednoczone Siły Demokratyczne i Iwana Kostowa jako premiera, który zapewnił sobie pełną samodzielność polityczną w postaci 137 posłów. Nowa większość zużyła się jednak bardzo szybko pogrążając się w wewnętrznych sprzecznościach. Już w połowie kadencji jasne było, że to jest łabędzi śpiew tego stronnictwa.

Do tego dochodzi jeszcze jeden bardzo istotny czynnik – względna miałkość politycznego i ideowego profilu nowo powstałej formacji Radewa, co zwiastuje bardzo realne ryzyko tarć wewnętrznych już na starcie. Tymczasem jeśli Radew rzeczywiście chce zatrzymać proces dalszej degradacji państwa, nie może tracić zasobów na gaszenie pożarów na własnym zapleczu, dyscyplinowanie frakcji czy rozgrywanie ambicji personalnych. Cały jego kapitał polityczny i energia muszą zostać skierowane na konkretne działania – szybkie, wyraźne i wiarygodne ruchy, które potwierdzą zapowiadany kierunek zmian i pokażą, że mamy do czynienia z odnową, a nie rotacją.

W tym kontekście wszystkie opowieści o rzekomym „wyprowadzaniu Bułgarii” z NATO czy Unii Europejskiej należy traktować jako czystą fantazję i odwracanie uwagi od rzeczywistych problemów, czyli od zabetonowanego status quo, które przez ostatnie dekady konsekwentnie wchłaniało kolejne rządy i demoralizowało opinię publiczną.

Dodatkowo, w bułgarskiej kulturze politycznej najczęściej wygrywa nie tyle koncepcja, ile indywidualna popularność lidera. Dokładnie tak jest również w przypadku Radewa. To on wyniósł swój projekt na poziom wyborczego zwycięstwa, podczas gdy sama partia została w pośpiechu zaimprowizowana, bez wyraźnego profilu, bez czytelnego programu i z niezbyt starannie dobraną obsadą kadrową. Różnice interesów, ambicji i oczekiwań dopiero zaczną się ujawniać. Wszyscy z pewnością chcą Bułgarii wolnej od korupcji i mafijnego kieratu, ale jaka ta nowa republika ma właściwie być poza tym, bynajmniej nie ma jasności. Nie podano też żadnej czytelnej (czy choćby nowej) interpretacji sformułowań typu: „europejski rozwój Bułgarii”, „wspieranie uczciwej konkurencji” czy „budowanie innowacyjnej gospodarki”, choć chętnie nimi szafowano w kampanii. Nie pojawił się żaden jasny sygnał odejścia od neoliberalnego modelu ekonomicznego, wsparcia dla najbiedniejszych grup, czy konkretny projekt przeciwdziałania katastrofie demograficznej.

Znaków zapytania jest więc, po wyborach, wciąż bardzo dużo i to przy sprawach fundamentalnych. Radew dostał historyczną szansę, ale to czy zdoła ją jakkolwiek wykorzystać wcale nie jest przesądzone

Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...