Klich o ataku w Waszyngtonie: Niestety w USA jest dostęp do broni
– Było kilka strzałów, one były bardzo blisko rzeczywiście. Można było mieć wrażenie, że one są oddawane z lobby na salę, ale okazuje się, że były oddawane w lobby, czyli że nie dosięgły nikogo, kto był na sali – mówił Klich w rozmowie z TVN24.
Ocenił, że reakcja sali była natychmiastowa. – Wszyscy padli na ziemię, niektórym udało się schować pod stoliki – relacjonował.
– To jest chyba wyćwiczone w kraju, w którym niestety jest dostęp do broni i ten dostęp jest bardzo szeroki, i koncentracja broni w niewielu rękach jest gigantyczna – argumentował.
Klich zaznaczył, że jest zbyt wcześnie, by mówić o motywach sprawcy. Jego zdaniem "takie rzeczy w Europie by się nie zdarzyły". – To przekracza jakiekolwiek wyobrażenie – stwierdził.
Strzały w hotelu w Waszyngtonie
31-letni mężczyzna otworzył ogień podczas koalicji dla korespondentów Białego Domu. Do zdarzenia doszło w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego w hotelu Hilton w Waszyngtonie.
Służby ewakuowały parę prezydencką – Donalda Trumpa i Melanię Trump, a także wiceprezydenta J.D. Vance'a. Sprawca, zidentyfikowany jako Cole Tomas Allen z Torrance w Kalifornii, został aresztowany. W poniedziałek sąd ma formalnie postawić mu zarzuty.
Jeden z funkcjonariuszy Secret Service został postrzelony z bliskiej odległości, jednak – jak powiedział Trump dziennikarzom – uratowała go kamizelka kuloodporna.
Trump celem napastnika?
Prezydent USA zapytany, czy uważa, że był celem napastnika, odparł, że chyba tak i porównał się do Abrahama Lincolna, pierwszego amerykańskiego prezydenta, który został zamordowany w 1865 r.
– Badałem zamachy i muszę powiedzieć, że najbardziej wpływowi ludzie, ci, którzy robią najwięcej… ci, którzy wywierają największy wpływ, to właśnie ich atakują – oświadczył.
Strzały na przyjęciu z Trumpem padły w hotelu, gdzie w 1981 r. przeprowadzono zamach na ówczesnego prezydenta Ronalda Reagana.
Słowa rzeczniczki Białego Domu okazały się prorocze
Furorę w mediach społecznościowych robi nagranie, na którym rzecznik prasowa Białego Domu Karoline Leavitt mówi w wywiadzie dla Fox News, że podczas wystąpienia Trumpa "będzie zabawnie" i że "dziś wieczorem w sali padną strzały".
Leavitt powiedziała później, że jej słowa były jedynie żartem i nie miały na celu wywołania niepokoju.
Policja twierdzi, że mężczyzna, który oddały strzały w hotelu Hilton, miał przy sobie różne rodzaje broni, w tym broń palną i noże.