Towarzysze artyści
Bycie artystą – konkretnie, marzyłem, by zostać pisarzem – rozumiałem bowiem tradycyjnie. Artysta to ktoś, kto potrafi, czego inni nie potrafią. W języku potocznym "sztuka" to bowiem coś trudnego, coś wyjątkowego: "to prawdziwa sztuka", mówimy, "tu trzeba by dokonać sztuki", "udała się komuś taka sztuka, że…". Chciałem dokonać takiej sztuki, by wymyślić dla swoich czytelników takie historie, takie światy i takich bohaterów, żeby im przy lekturze moich opowiadań i powieści kapcie spadały, żeby pochłaniali moją twórczość z rozdziawionymi ustami i wypiekami na twarzy. I w nagrodę – podziwiali mnie. O pieniądzach w tamtych czasach nie myślałem w ogóle, bo zresztą, jakie tam pieniądze w "prylu"?
Co nie znaczy, że artyści pieniędzy nie mieli. Niektórzy – ohoho. Przy czym szczególną cechą "prylu" było to, że zarobki artystów regulowano tak, aby zdolny i podziwiany nie zarobił znacząco więcej od niezdolnego i nie mającego publiczności, a najwięcej żeby zarobił "zasłużony".
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.