Elżbietanki z Czarnomorska: Tak niebezpiecznie nie było od początku wojny

Dodano:
Flaga Ukrainy, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Leszek Szymański
Elżbietanka z Czarnomorska koło Odessy podkreśla, że tak niebezpiecznie, jak jest teraz, nie było od początku wojny na Ukrainie.

– Ostatnie noce były bardzo ciężkie. Tylko na nasze miasto poleciało 130 dronów w ciągu trzech nocy. Było to więc kilka godzin nieustannego huku i odgłosów zbijania dronów i bomb, które leciały na nasze domy – mówi siostra Jonasza w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną. Elżbietanka, która pracuje na placówce wraz z siostrą Anną, wyznaje, że w takich momentach naprawdę się boją.

– Gdy słyszymy dźwięk przelatującego nad naszym domem drona, mamy wielką świadomość, że to może być ostatni dźwięk, jaki usłyszymy w życiu – wskazuje. Dodaje, że "najczęściej myśli się wtedy, czy jest się w życiu ze wszystkimi pogodzonym i kiedy ostatnio było się u spowiedzi".

Kaplica schronem

W domu sióstr nie ma schronu, więc nie mają gdzie się schować. – Najczęstszym miejscem, w jakim się chowamy, jest po prostu naciągnięta kołdra na głowę albo, jak już naprawdę jest bardzo niebezpiecznie, to kaplica. Wtedy ufamy Bogu, że jeśli do tej pory nic nam się nie stało, to dalej nas będzie chronił i wspierał nasze dzieło, które tutaj prowadzimy – wyznaje siostra Jonasza.

W swoich mediach społecznościowych zamieściła filmik pt. "Nasz poranek nie zaczyna się od kawy", który oddaje ich codzienność. Widać na nim zakonnicę modlącą się przed tabernakulum w maleńkiej kaplicy, a w tle słychać odgłos przelatującego rosyjskiego drona bojowego. Całość konkluduje napis: "Najbezpieczniej w naszym Schronie", odnosząc się do obecności przed Bogiem.

Elżbietanka wyznaje, że parafianie mówią, iż przez wcześniejsze lata wojny rzadko schodzili do piwnic podczas alarmów, jednak teraz większość ludzi chowa się przed atakami. – Sytuacja na Ukrainie jest naprawdę nieciekawa. Ataki rosyjskie są coraz bardziej zmasowane, coraz bardziej nastawione na to, żeby nieść terror psychologiczny wśród ludności – zauważa siostra Jonasza.

Rosnące potrzeby

Wojna jest coraz bliżej domu sióstr. Dwa sąsiednie budynki zostały ostatnio uszkodzone przez drona zestrzelonego przez obronę przeciwlotniczą. – Życie tutaj jest w tej chwili bardzo ryzykowne. Mimo wszystko staramy się prowadzić nasze dzieło dalej – mówi siostra Jonasza.

Siostry gotują zupę dla biednych. Na początku wojny przychodziło 20, 30, 40 osób. W tej chwili jest ich prawie setka. – Cztery razy w tygodniu gotujemy ciepły posiłek, gęstą zupę, taką fajną, z mięsem, z kiełbaską. Do tego zawsze jest kompot i chleb. Z naszej pomocy korzysta wielu bezdomnych, bardzo dużo osób biednych, ubogich emerytów, niepełnosprawnych, którzy znikąd nie mają pomocy – opowiada polska elżbietanka. – Ci ludzie przychodzą nie tylko po gorącą zupę, ale po to, żeby dotknąć dobroci Pana Boga, możliwie przez nasze ręce. Każdy potrzebuje być wysłuchanym, zaakceptowanym, a my każdego przyjmujemy. Kiedy wyciągają słoiki na zupę, mówią o swoich problemach – relacjonuje siostra Anna.

Oprócz zupy siostry wydają też paczki żywnościowe, które trafiają do około 50 rodzin, wśród których są biedni emeryci, wielodzietne rodziny, osoby niepełnosprawne i uchodźcy wewnętrzni, którzy przejechali z terenów okupowanych albo ich domy zniszczyły bomby i stracili wszystko. – Ludzie nie przebierają, są wdzięczni za wszystko, bo nie stać ich na życie, tak wszystko podrożało – mówi siostra Anna. Głównie są to osoby niewierzące. – Towarzyszymy im modlitwą i pokazujemy swoim życiem, w co wierzymy – wyznaje ukraińska elżbietanka. Siostry udzielają także pomocy medycznej, opatrują rany.

Ważna obecność

Na placówce są tylko dwie siostry. Piąty rok wojny niesie ze sobą zmęczenie fizyczne i psychiczne. Gdy skala niesionej przez elżbietanki pomocy zaczęła się zwiększać, codziennie prawie o północy wychodziły z kuchni, a jeszcze chciały się pomodlić, miały też obowiązki w domu. Ogłosiły więc w parafii, że chętnie przyjmą pomoc i zaczęły przychodzić emerytki. – Dzięki temu nie siedzą same w domu, myśląc o tym, co dzieje się w kraju, tylko stały się częścią naszego dzieła – podkreśla siostra Jonasza. Podzielone na grupy wolontariuszki pomagają czyścić i kroić warzywa na zupę, rozważają kaszę, olej i inne rzeczy, które siostry otrzymują w wielkich opakowaniach. Elżbietanki wspiera też pani Iryna, która ponad rok temu przyjechała ze Lwowa i zamieszkała u sióstr.

– Brakuje nam trzeciej siostry, więc ona jest dla nas w tej chwili jak siostra. Bardzo dużo dla nas robi, poświęciła swoje życie niesieniu pomocy. Załatwia wiele rzeczy w urzędach, pomaga osobom starszym, zabiera je na spacery. Jest dla nas ogromną pomocą – wylicza siostra Jonasza. Wspomina, że gdy na początku wolontariuszki przychodziły do sióstr, to szybko czyściły i kroiły warzywa i uciekały do siebie. Teraz zostają dłużej, wspólnie piją herbatę czy kawę, opowiadają o swoim życiu. – Widzimy, że dla nich ten czas u nas jest bardzo cenny. Już nie musimy zbierać tych osób, one same dzwonią, pytają, kiedy pomoc jest potrzebna, przychodzą i chętnie pomagają. Za każdym razem bardzo im dziękujemy, bo dla nas jest to ogromne wsparcie – mówi elżbietanka.

Bóg błogosławi

Siostra Jonasza podkreśla, że codziennie dostrzegają wielkie błogosławieństwo Pana Boga. – Robimy to, do czego jesteśmy powołane, działamy zgodnie z charyzmatem naszego zgromadzenia. I to jest właśnie piękne. Mamy świadomość, że Pan Bóg chroni nasz dom, gdyż póki co nic złego się jeszcze nie stało – wyznaje elżbietanka.

Siostry udzielają też pomocy medycznej, opatrują rany. – Ludzie wiedzę, że zawsze otrzymają u nas wsparcie – mówi siostra Jonasza. Siostra Anna wspomina kobietę, która kiedyś przychodziła do nich na zupę, a teraz znalazła pracę w sklepie: – Miała łzy w oczach, jak nas zobaczyła i powiedziała, że dziękuję za tę zupę i za naszą dobroć.

Elżbietanki podkreślają, że coraz trudniej jest zdobyć jakąkolwiek pomoc z Polski dla Ukrainy. Mimo to Bóg troszczy się o ich misję. Siostry wspominają Ukraińców, którzy widząc ich zaangażowanie, przywozili im produkty żywnościowe, zabawki dla dzieci czy odzież. – Ostatnio zapukał do naszych drzwi obcy mężczyzna i dał nam trochę pieniędzy, mówiąc, że widział, jak pomagamy ludziom – mówi siostra Jonasza. Elżbietanka wciąż jeździ do Polski samochodem i sama przewozi pomoc przez granicę.

Wierna pomoc

Otrzymaną pomocą siostry dzielą się także z żołnierzami. – Sytuacja na froncie jest bardzo ciężka. Potrzebują słodyczy, napoi energetycznych, różnych urządzeń, które pomagają im przetrwać. Chodzi o generatory, inwertory, akumulatory, baterie różnego rodzaju, powerbanki, świeczki – wylicza siostra Jonasza. Elżbietanki wspierają też żołnierzy z parafii, gdy przyjeżdżają z frontu na chwilę odpoczynku do domu. Za przygotowanie takich paczek odpowiada jedna z wolontariuszek. – Ostatnio żołnierze prosili o produkty, które można dostarczać dronami na pozycje wojskowe, gdzie nie można dojechać transportem. Były to więc różne puszki, konserwy, rzeczy, które się nie potłuką. Próbowałyśmy jak najwięcej takich produktów zdobyć w ostatnim czasie – opowiada siostra Jonasza.

Elżbietanki mają wiernych przyjaciół, którzy na miarę swych możliwości wspierają ich działalność, a bez których pomocy, jak mówią, nie mogłyby sprostać obecnym potrzebom. Piekarnia "Chlebuś" z Nowej Dęby zapewnia chleb, który przewozi zaprzyjaźniony wolontariusz Andrzej. Pan Edmund, którego żona Olga pochodzi z Czarnomorska, organizuje zbiórki pomocy w Polsce, w tym bardzo potrzebnej karmy dla zwierząt. – Żołnierze dokarmiają bezdomne psy i koty, bo one pomagają im walczyć z myszami i szczurami, które są prawdziwą plagą. Gryzą kamizelki kuloodporne, śpiwory, buty – relacjonuje elżbietanka. Siostra Jonasza wskazuje, że kontakt ze zwierzętami jest bardzo ważnym elementem terapeutycznym dla żołnierzy, którzy na kilka dni schodzą z pozycji bojowych, by odpocząć po nieustannych ostrzałach. – Mówią nam, że te zwierzęta są dla nich takim naturalnym antydepresantem – podkreśla elżbietanka. Siostra Jonasza dodaje, że bardzo dużo wsparcia otrzymują od swoich sióstr, zwłaszcza z prowincji niemieckiej, która organizuje zbiórki pomocy medycznej i żywnościowej, i ciężarówkami transportuje ją na Ukrainę. – Rzeczy medyczne wysyłałyśmy też bezpośrednio na front i do szpitali przyfrontowych, to jest naprawdę ogromna pomoc – podkreśla elżbietanka.

Wsparcie męczenniczek

Polka i Ukrainka mówią zgodnie, że w piątym roku wojny zmęczenie jest naturalną rzeczą. – Odczuwamy to nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Wiemy, że syndrom wojenny będzie nam towarzyszyć do końca życia. Może nie jest on tak silny, jak u żołnierzy, którzy są na linii frontu, ale łapiemy się na tym, że różne dźwięki nas dotykają, napawają lękiem – mówi siostra Jonasza. Wyznaje, że koszmary przychodzą podczas snu, gdy często śni się jej na przykład, iż leci na nią rakieta i towarzyszy temu ogromny strach.

– Staramy się niemal każdego dnia adorować Jezusa w Najświętszym Sakramencie, nie opuszczać żadnych modlitw. Pilnujemy tego rytmu, bo to daje nam siłę i motywację do tego, żeby działać dalej, żeby nie przestawać – mówi siostra Jonasza. Wyznaje, że wiele osób pyta, czy siostry muszą pozostawać w Czarnomorsku. – Nie wyobrażamy sobie, że mogłybyśmy zostawić tych ludzi i po prostu żyć spokojnie w jakimś innym miejscu, myśląc jednocześnie o tym, co się tutaj dzieje. Za bardzo w to wszystko już weszłyśmy – przyznają elżbietanki, zaznaczając, że obecność sióstr jest kroplą pomocy, która kiedyś będzie zapisana w niebie.

– Wielkim wsparciem są dla nas nasze elżbietańskie męczenniczki, błogosławiona siostra Paschalis i dziewięć towarzyszek, które zginęły z rąk rosyjskich żołnierzy. My podejmujemy takie samo ryzyko. One też miały wybór, mogły opuścić swoich podopiecznych i uciec w bezpieczne miejsce. Wybrały jednak inną drogę i my wierzymy, że przykład ich życia, ich pięknej, męczeńskiej śmierci jest dla nas umocnieniem. Nie mówię, że i my musimy umierać taką śmiercią, ale ich wsparcie daje nam bardzo dużo, bo żyjemy w takim samym zagrożeniu, w jakim one były wówczas – podkreśla siostra Jonasza.

Pragnienie pokoju

Codzienność elżbietanek to walka o każdy kolejny dzień. Ponieważ często w całym mieście wyłączany jest prąd, nie działają pompy wody, trzeba też natychmiast uruchamiać generatory, bo wiele produktów na zupę siostry przechowują w kilku lodówkach i zamrażarkach. – Ludzie przyzwyczaili się do takiego życia, ale wszystko ma swoje granice. Na pewno wszyscy chcieliby, żeby ta wojna się już skończyła. Wszyscy bardzo pragną tego pokoju – podkreśla elżbietanka. Jak mówi, ich parafia opustoszała z młodych ludzi, kto mógł, wyjechał w bezpieczniejsze strony. – Modlimy się i wierzymy, że kiedyś to wszystko naprawdę się skończy, że będzie można prowadzić normalne życie, że ludzie wrócą do swych domów – wyznaje siostra Jonasza.

Elżbietanka zaświadcza, że wojna jest dla niej lekcją realnego życia, wiele wcześniejszych problemów dziś nie ma znaczenia i docenia każdą daną jej chwilę. – Cieszę się, kiedy się budzę. Kiedy spotykamy się w kuchni, mówimy sobie często: "dobrze, że jesteś". Raduje nas kolejny poranek, słońce, które świeci, to, że jest woda w kranie, wcale nie musi być ciepła. Tego nie da się opisać słowami, człowiek musi sam tego doświadczyć – wyznaje siostra Anna. Wskazuje, że już sama obecność sióstr ma dla ludzi ogromne znaczenie, liczy się to, że z nimi zostały: – Kiedy idziemy do naszych parafian po atakach, to często potrzebują się po prostu przytulić.

Elżbietanki wyznają, że nie skupiają się na drobiazgach, na rzeczach, które mogłyby je wyprowadzić z równowagi, tylko starają się wkładać we wszystko całe swe serce, całą miłość i dobre relacje między sobą, bo nikogo więcej oprócz siebie nawzajem tam nie mają. – Mamy taką zasadę z siostrą Anną: "niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce" – mówi siostra Jonasza. I dodaje: – Sprzyja to temu, że zawsze staramy się żyć w zgodzie, żeby być gotowymi na ten ostatni moment.

Źródło: KAI
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...