Nepalska katastrofa nie spadła z nieba
Zacznijmy od tego, że sama katastrofa nie była niczym wyjątkowym. Ta sama dolina rzeki Lhende była zalewana już drugi raz w ciągu czternastu miesięcy. „Rzeka Lhende wylała dwukrotnie w ciągu czternastu miesięcy, tym razem za sprawą lawiny lodowo-skalnej z lodowca po nepalskiej stronie” – powiedział agencji Associated Press Saswata Sanyal, specjalista od ograniczania ryzyka katastrof z ośrodka ICIMOD w Katmandu. To nie był grom z jasnego nieba, lecz znane i powracające zagrożenie. Wcześniejsze powodzie były ostrzeżeniem, którego nie potraktowano poważnie.
Głos tych, którzy przeżyli
Dla mieszkańców wszystko rozegrało się w kilka chwil. Phulmaya Lama, która prowadziła w rejonie Trishuli sklep z odzieżą, opowiadała indyjskiej agencji ANI, że z początku nikt nie wierzył, by woda mogła sięgnąć tak daleko. „Otworzyłam sklep, posprzątałam i usiadłam. Nagle zaczęły dochodzić ostrzeżenia, że trzeba uciekać. Kiedy spojrzeliśmy, zobaczyliśmy nadchodzącą falę, wysoką jak sama góra. Wszyscy rzuciliśmy się do ucieczki” – wspominała. Widziała, jak woda porywa starców, dzieci wracające ze szkoły, a nawet policyjny samochód, z którego przez megafon ostrzegano ludzi. Jej dom przestał istnieć, a rodzina od kilku dni gnieździ się u obcych ludzi.
W podobnym tonie mówią inni ocaleni, również cytowani przez agencję ANI. „Wszystko przepadło, panie, nic nie zostało. Wczoraj przywiózł nas helikopter. Pieniądze odłożone na operację też przepadły” – relacjonował jeden z mieszkańców. Prakash Tamang, którego dzieci w ostatniej chwili uszły z życiem, pokazywał miejsce, gdzie jeszcze niedawno stał jego dom. Za tymi zdaniami kryje się skala nieszczęścia, której nie oddadzą żadne statystyki: utracony dorobek życia, rozbite rodziny, ludzie zaczynający wszystko od zera.
Elektrownie w ryzykownych miejscach
Fala uderzyła w kilkanaście elektrowni wodnych stłoczonych wzdłuż górskich rzek. Pozbawiła kraj około dziesięciu procent mocy energetycznej i pogrzebała setki robotników w tunelach. Zdaniem specjalistów to nie przypadek, lecz cena pośpiechu, z jakim Nepal rzucił się do budowy hydroenergetyki, nie oglądając się na zagrożenia.
Himanshu Thakkar, koordynator organizacji South Asia Network on Dams, Rivers and People, przekonywał w rozmowie z agencją Associated Press, że przy ocenie ryzyka trzeba brać pod uwagę charakter każdej doliny i jej dawne katastrofy, a całość podeprzeć przepisami o zabudowie i realną odpowiedzialnością inwestorów. Co więcej, jak zauważył, same elektrownie potrafią spotęgować szkody, bo wielkie betonowe konstrukcje, gruz i przekształcone koryta rzek zwiększają zniszczenia w dole biegu. Region zna już ten sam scenariusz. W 2021 roku w indyjskim Uttarakhandzie niemal identyczna lawina lodowo-skalna zmiotła elektrownie i zabiła około dwieście osób, w większości robotników. Ostrzeżenia ekspertów i protesty mieszkańców zlekceważono wtedy tak samo jak teraz.
Ostrzeżenie, które nie dotarło
Osobne pytanie dotyczy systemu wczesnego ostrzegania, przez lata chwalonego jako wzór chińsko-nepalskiej współpracy. Tym razem zawiódł. Jak wyjaśniła w komunikacie ośrodka ICIMOD jego szefowa działu ryzyk klimatycznych Qianggong Zhang, lawina zeszła po nepalskiej stronie granicy, a więc poza zasięgiem chińskiego systemu monitoringu. Fala dopadła wsie, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. To luka w lokalnym rozpoznaniu zagrożeń, której trudno przypisać wyłącznie naturze.
W tło wpisuje się też spór o klimat. Wielu badaczy wiąże coraz częstsze osunięcia lodu w Himalajach z ociepleniem, które osłabia wieloletnią zmarzlinę spajającą skały i lód. „Zmarzlina od tysiącleci trzymała razem skały, lód i lodowce. Dziś przybywa dowodów, że osłabia ją ocieplenie” – mówił dziennikowi „New York Times” Alton Byers z Uniwersytetu Kolorado w Boulder. Rzecz jest jednak przedmiotem sporu, bo część naukowców wskazuje na przyczyny bezpośrednie, takie jak ruchy tektoniczne i lokalną sejsmikę, niezależne od klimatu. Nepal, który odpowiada za ułamek światowej emisji, wykorzystuje katastrofę politycznie: jego Ministerstwo Finansów wysłało formalne żądanie odszkodowań do największych emitentów, w tym Indii, Chin i Stanów Zjednoczonych, i zaapelowało o pieniądze z globalnego funduszu na rzecz strat i szkód.
Co na to Chiny?
Katastrofa dotknęła obie strony granicy, więc odezwał się także Pekin. Jak podała chińska agencja Xinhua, 28 sierpnia Xi Jinping wysłał depeszę kondolencyjną do prezydenta Nepalu Ram Chandry Poudela. Przywódca Chin napisał, że oba kraje „łączą góry i rzeki” oraz „wspólny los”, i zapewnił o gotowości do pomocy. Xi polecił zarazem usprawnić rodzimy system monitorowania i ostrzegania przed katastrofami, co można odczytać jako ciche przyznanie, że zawiódł. Tego samego dnia premier Li Qiang, również cytowany przez Xinhua, przyleciał do przygranicznego Gyirong, by osobiście kierować akcją ratunkową po chińskiej stronie, gdzie zginęło kilkanaście osób, a ponad pół tysiąca uznano za zaginione.
Deklaracjom towarzyszyły pieniądze i ludzie. Jak informował portal Nepalnews, ambasador Chin w Nepalu Zhang Maoming przekazał na rządowy fundusz pomocowy czek na blisko dwa miliony dolarów, a Pekin wysłał dziewięciu specjalistów od ratownictwa w tunelach i udostępnił zdjęcia satelitarne. Przy czym jednocześnie chińskie władze obawiają się fali wewnętrznej krytyki, o czym świadczy fakt, że nagrania katastrofy publikowane przez mieszkańców Tybetu znikały z chińskich mediów społecznościowych, a w tamtejszym internecie nie pojawiły się relacje z pierwszej ręki. Obraz błotnej fali niosącej domy najwyraźniej nie pasował do oficjalnego przekazu.
Pomoc płynie, ale Nepal się waha
Nepal nie został z tragedią sam. Indie, tradycyjnie pierwsze na miejscu w regionie, ruszyły z pomocą materialną, swoje wsparcie zadeklarowały organizacje międzynarodowe, a Czerwony Krzyż oszacował, że katastrofa dotknęła ponad dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi. Wśród zaginionych są też cudzoziemcy, w tym kilkudziesięciu obywateli państw zachodnich, co dodatkowo nagłośniło całą sprawę.
Katmandu długo wahało się jednak, czy przyjąć zagraniczną pomoc przy najtrudniejszym zadaniu, czyli ratowaniu robotników uwięzionych w tunelach elektrowni. Ostatecznie zgodziło się na wsparcie ekspertów z Chin i Indii, bo Nepalczykom brakowało własnych możliwości. „Nie mamy dość technologii, sprzętu i wiedzy” – przyznał wprost Bhim Gautam, szef stowarzyszenia niezależnych producentów energii w Nepalu, w rozmowie z amerykańską rozgłośnią NPR. To gorzkie wyznanie dobrze pokazuje, w jak trudnym położeniu znalazł się jeden z najuboższych krajów regionu, zmagający się z żywiołem przekraczającym jego siły.
Pozostaje pytanie, czy z tej lekcji ktoś wyciągnie wnioski. Nepal odbuduje mosty i elektrownie, zapewne w tych samych miejscach, bo górskich rzek nie da się przesunąć. Świat wyśle kondolencje i wróci do swoich spraw. A doliny Himalajów, gęsto obudowane elektrowniami i wsiami, wciąż będą narażone na kolejne fale. Mieszkańcy Trishuli i Rasuwy już to wiedzą. Pytanie, czy zrozumieją to również ci, którzy wydają zgody na budowę.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.