Uniki von der Leyen. Korespondencja ze Strasburga
Wychodziło to raz lepiej, raz gorzej. W tym roku wyszło fatalnie. I to nie tylko dlatego, że trudno porównywać Stany Zjednoczone – kraj co prawda federalny, ale jak by nie było jednonarodowy – z Unią Europejską złożoną z 27 państw członkowskich z odmiennymi historiami, interesami, geografią, charakterami narodowymi, demografiami, gospodarkami. Powodów mizerności tegorocznego SOTEU (jak nazywa się w żargonie unijnym wystąpienie o stanie UE) było o wiele więcej.
Po pierwsze – Ursula von der Leyen ma zerową, a nawet ujemną charyzmę. Każde wystąpienie wygłaszane przez nią technokratycznym, nudnym angielskim z twardym niemieckim akcentem brzmi tak, jakby księgowy referował utarg z ubiegłego tygodnia.
Druga kwestia to skłonność do zasypywania drobiazgami i informacjami o kolejnych rzekomo wiekopomnych inicjatywach, które całkowicie zaciemniają obraz całości. Dzisiaj dowiedzieliśmy się na przykład, że w planach jest powołanie paneuropejskiej służby strażackiej czy czegoś w tym rodzaju.