• Autor:Jan Fiedorczuk

Świt niemieckiej Europy

Dodano:
Angela Merkel i Emmanuel Macron Źródło: PAP/EPA / CLEMENS BILAN
TAKI MAMY KLIMAT || Niemieccy i francuscy politycy skrupulatnie, krok po kroku realizują wspólny plan na nową „neo-karolińską” Europę. Berlin i Paryż najwyraźniej przestały wierzyć zarówno w Unię Europejską, jak i w NATO

22 stycznia doszło do podpisania przez Niemcy i Francję traktatu w Akwizgranie. W uroczystości wzięli udział kanclerz Angela Merkel, prezydent Emmanuel Macron, ministrowie obu państw, jak również przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Cloude Juncker oraz przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Dokument w zamyśle nawiązywał do podpisanego równo przed 56 laty przez Charlesa de Gaulla i Konrada Adenauera Traktatu Elizejskiego, ale większość komentatorów ogłosiła, że nowe porozumienie to w rzeczywistości – mówiąc Shakespearem – wiele hałasu o nic.

Czy rzeczywiście tak jest? Oceniając umowę w oderwaniu od szerszego kontekstu faktycznie można odnieść takie wrażenie. Ot trochę formułek o potrzebie integracji i przyjaźni, kilka mglistych postanowień i wstępnych propozycji – nic szczególnego, nic na miarę słynnego Traktatu Elizejskiego. Patrząc jednak na ten dokument z odpowiedniej perspektywy, dostrzeżemy, że jest to jedynie fragment większej całości; zauważymy, że stanowi on jedynie cegiełkę w murze, jaki skrupulatnie buduje Berlin z Paryżem. Murze, który przyczynia się do rozpadu świata Zachodu.

Dezintegracja Zachodu

Cofnijmy się o kilka miesięcy. W sierpniu 2018 roku szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas opublikował artykuł, w którym przedstawił zasadnicze cele niemieckiej polityki zagranicznej na najbliższe lata.

Maas konstatował w nim rozpad jedności Zachodu, wskazując, że USA nie są już gwarantem pokoju na świecie, a Europa sama musi sobie zapewnić bezpieczeństwo. W celu zagwarantowania stabilności i efektywności działań Unia Europejska powinna zacząć przejmować od państw narodowych kolejne kompetencje.

Słowa Maasa nie pozostały bez odpowiedzi. Prezydent Francji dosłownie kilka dni po artykule szefa niemieckiej dyplomacji wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że to USA odwracają się od Europy. Ta koincydencja nie powinna dziwić, gdyż to właśnie kwestia Stanów Zjednoczonych wydaje się być kluczowa dla tworzącego się sojuszu francusko-niemieckiego. Potrzeba uniezależnienia Europy od amerykańskiego protektora jest podnoszona przez oba państwa, które od pewnego czasu coraz odważniej uderzają w Waszyngton. We Francji antyamerykanizm jest tym co łączy zarówno lewicę i prawicę, jak również antysystemowe Zjednoczenie Narodowe Marine le Pen. Z kolei w Niemczech co najmniej od zjednoczenia podnoszą się głosy o potrzebie wyemancypowania się spod amerykańskiej kurateli. Zbliżenie Paryża i Berlina było zatem czymś naturalnym. Ten antyamerykanizm nie jest zresztą spowodowany obecną polityką Białego Domu. Heiko Maas wskazywał, że do rozejścia się dróg Europy i USA zaczęło dochodzić już przed Trumpem, a postać obecnego prezydenta USA, co najwyżej uwydatniła tę erozję.

Dlatego też w wypowiedziach Emmanuela Macrona regularnie pojawia się termin „suwerenność”. Oczywiście prezydent Francji ma na myśli co innego niż my, gdy posługujemy się tym terminem. Dla Polaka „suwerenność” kojarzy się w sposób instynktowny z niepodległością i wolnością, podczas gdy francuski lider ma tak naprawdę na myśli decyzyjność oraz samosterowność. I to nie decyzyjność Francji jako pojedynczego państwa, tylko całej Europy. W jego wizji Unia powinna być „suwerenna” w polityce zagranicznej, w polityce podatkowej, socjalnej, ale pojawiają się nawet sygnały dotyczące choćby europejskiej służby zdrowia. Jednym słowem – Unia ma być jednym supermocarstwem niezależnym od USA. Mocarstwem skrojonym oczywiście pod francuską miarę. Bo tak się zazwyczaj dziwnie składa, że ci, którzy najgłośniej nawołują do zwalczania wszelkiej maści nacjonalizmów, jakoś zapominają zacząć od własnych narodów.

Unijna Bundeswehra

W zeszłym roku przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker stwierdził, że „Szacunek dla NATO nie może być dłużej używany jako wygodne alibi do sprzeciwiania się większym ambicjom europejskim”. Po ostatnich wystąpieniach najważniejszych polityków Francji i Niemiec widać, że słowa Junckera nie padły pod wpływem wysokoprocentowych napojów, tylko są częścią przemyślanej strategii.

Wszelkie maski opadły, gdy kilka tygodni po wspomnianym artykule Maasa, prezydent Macron wprost stwierdził, że Unia Europejska potrzebuje wspólnej armii. Szokujący był jednak nie sam postulat, który co jakiś czas pobrzmiewa na europejskich salonach, tylko uzasadnienie jakiego użył przywódca Francji. Otóż przyszłe europejskie siły zbrojne miałyby chronić Stary Kontynent przed Rosją, Chinami oraz… Stanami Zjednoczonymi.

Nie powinno nas to szczególnie dziwić, już Hastings Lionel, pierwszy sekretarz generalny NATO, stwierdził, że Sojusz powstał, aby od Europy „Sowietów trzymać z daleka, Amerykanów w środku, a Niemców pod kontrolą” (Keeping Russians out, the Americans in and the Germans down). Berlinowi ten ostatni fragment nigdy się szczególnie nie podobał, ale najwyraźniej decydenci europejskiej polityki poczuli się w ostatnich latach na tyle pewnie, że już w otwarty sposób pozwalają sobie na kwestionowanie Pax Americana.

Unijnej armii domaga się co prawda prezydent Francji, ale to Niemcy byłyby największym beneficjentem takiego rozwiązania. Berlinowi po II wojnie światowej odmówiono prawa do posiadania broni jądrowej, jeżeli jednak powstałoby (przynajmniej na papierze) wielkie państwo europejskie, to przecież broń masowego rażenia nie należałaby już do Niemiec czy Francji, tylko do armii europejskiej. A że jej dowództwo obradowałoby zapewne w Berlinie? Zbieg okoliczności. Warto zauważyć na boku, że w takim wypadku polskie władze stanęłyby przed dramatycznym wyborem dotyczącym amerykańskich baz na swoich ziemiach. Czy „unijne państwo” przyszłości dysponujące własnymi siłami zbrojnymi zaakceptowałoby na swoim terytorium Fort Trump? Można w to wątpić.

Powołania europejskiej armii domagali się zresztą również i polscy politycy, jakby nie rozumiejąc, że unijna Bundeswehra wcale nie będzie służyła do obrony Polski przed Rosją, tylko do pilnowania porządku wewnątrz granic Unii. Gdyby jakiś niepoprawnie myślący unijny land nie chciał się podporządkować europejskiej centrali i np. nie wpuścił do siebie imigrantów z Bliskiego Wschodu, to „błękitni żołnierze” niosący na bagnetach tolerancję i wartości europejskie będą jak znalazł.

Oś Berlin-Moskwa

Niemcy wyzwolone spod amerykańskiej kurateli mogłyby spokojnie przystąpić do budowy nowego imperium, o czym marzyły od 1919 roku, gdy zostały zmuszone do podpisania upokarzającego dla nich traktatu w Wersalu. W jakim kierunku zmierza zatem Berlin? Heiko Maas przekonuje, że świat ukształtowany przez konflikt Wschodu z Zachodem, który znany był od końca II wojny światowej, jest już przeszłością. Czytając między wierszami – w niemieckiej percepcji Wschód już nie jest zagrożeniem. Oznacza to, że Berlin po wypchnięciu wpływów amerykańskich podejmie próbę powrotu do sprawdzonej Bismarckowiej strategii polegającej na zarządzaniu Europą w porozumieniu z Moskwą, przy jednoczesnym niedopuszczeniu do sytuacji, w której Rosja mogłaby się porozumieć z antyniemiecko nastawioną Francją.

Za słowami przelanymi przez Maasa na papier, poszły realne działania, które chyba najwyraźniej widać w stosunku Berlina do projektu gazociągu Nord Stream 2. Gdy kilka tygodni temu niemieckie media obiegła informacja, że Donald Trump rozważa nałożenie sankcji na te firmy, które pracują przy budowie kontrowersyjnego gazociągu, Maas zareagował bez chwili wahania, zapewniając dobitnie, że ewentualne sankcje będą niesprawiedliwym działaniem ze strony Stanów Zjednoczonych, a i tak, jak wyraźnie zaznaczył, nie zatrzymają prac nad kontrowersyjnym projektem.

– Nawet gdyby USA zdecydowało się nałożyć specjalne sankcje, to budowy gazociągu Nord Stream 2 nic nie zatrzyma – podkreślił szef niemieckiej dyplomacji.

W nieco bardziej koncyliacyjnym tonie niż Maas przemawiała Angela Merkel, która podczas niedawnego szczytu w Davos zapewniła, że Niemcy oczywiście są jak najbardziej zwolennikami dywersyfikacji i nawet rozważają sprowadzanie LNG ze Stanów Zjednoczonych, ale rosyjski gaz pozostaje priorytetem i nie zamierzają z niego zrezygnować. Przesłanie do Waszyngtonu było zatem proste i czytelne: dajcie nam dogadać się z Moskwą, a może sami na tym skorzystacie.

Akwizgran 2019

Dopiero teraz, mając tę całą perspektywę, możemy przejść do traktatu podpisanego w Akwizgranie. Umowa sama w sobie faktycznie nie jest jakimś przełomem, a „jedynie” kolejnym krokiem na ścieżce jaką sobie wytyczyły Berlin i Paryż. Dokument zawiera jednak pewne zapisy, nad którymi warto się pochylić. Traktat składa się z 28 artykułów, wśród których oprócz zapewnień o konieczności „konwergencji” polityk obu państw i solidarnościowym pustosłowiu znajdziemy także zapisy zobowiązujące Francję i Niemcy do wypracowywania wspólnego stanowiska przed wszystkimi ważniejszymi szczytami europejskimi. Innymi słowy traktat zakłada zrealizowanie formuły, o jakiej często mówiło się w kwestii Grupy Wyszehradzkiej – stworzenia zwartej koalicji wewnątrz Unii, aby nie dać się zdominować innym graczom.

Zaskakująco dużo miejsca w dokumencie poświęcono kwestiom obronności. Oprócz obietnicy pomocy militarnej w razie gdyby drugie państwo zostało napadnięte, oba kraje zobowiązały się do wypracowania wspólnego podejścia do eksportu broni, zintensyfikowania programów obronnych. Nadzorować te działania ma oddzielna instytucja – francusko-niemiecka Rada Bezpieczeństwa i Obrony, określana w traktacie jako „ciało polityczne”, którego przedstawiciele mają się spotykać w regularnych odstępach czasu na „najwyższym szczeblu”.

Koalicja Akwizgrańska ma dotyczyć nie tylko działań wewnątrz Unii, ale także ONZ czy NATO. Ma zostać również powołana nowa jednostka, której celem będzie nadzorowanie przyszłych „misji stabilizacyjnych” w innych państwach. Priorytetem „francusko-niemieckiej dyplomacji” jest natomiast przyjęcie Niemiec jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Traktat opowiada również o planach integracji obu narodów. W tym celu ma być wzmocniona działalność na polu edukacji i badań, polityki klimatycznej, innowacyjności, nowych technologii, jak również współpracy transgranicznej. Oba państwa mają wzmocnić współpracę służb i sądownictwa oraz ustanowić Wspólny Fundusz Obywatelski, który będzie działał na rzecz zbliżenia obu społeczeństw. Co najmniej raz na kwartał naprzemiennie członek rządu jednego państwa będzie uczestniczył w posiedzeniu Rady Ministrów drugiego państwa. Co więcej, przedstawiciele francuskich Regionów oraz niemieckich krajów związkowych będą uczestniczyć w posiedzeniu francusko-niemieckiej Rady Ministrów.

Świt Europy „neo-karolińskiej”

Francja i Niemcy to prawie 150 mln ludności, czyli ok. 1/3 całej Europy. Połączenie tych dwóch wielkich organizmów gwarantowałoby niezależność energetyczną, polityczną i militarną. Niezależność tak istotną w naszym chaotycznym świecie, w którym to co wczoraj było pewne, dzisiaj jest poddawane w wątpliwość. W świecie, w którym konflikt amerykańsko-chiński coraz wyraźniej przypomina nową zimną wojnę; w świecie, w którym miliony imigrantów zalewają Europę, Rosja przygotowuje się do odbudowy swojej pozycji, a Unia Europejska chwieje się w posadach i zaczyna przypominać tonący okręt, z którego Wielka Brytania dała drapaka przy pierwszej nadarzającej się okazji. W tym nowym niespokojnym świecie unia francuska-niemiecka byłaby rozwiązaniem gwarantującym obu państwom względny spokój, stabilność i macronowską „suwerenność”.

I z takiej perspektywy możemy spojrzeć na najnowszy traktat podpisany przez Niemcy i Francję. Nowa umowa faktycznie nie jest wydarzeniem na miarę Traktatu Elizejskiego z 1963 roku czy tym bardziej traktatu Maastricht czy z Lizbony. Nie mają racji jednak osoby, które twierdzą, że Akwizgran 2019 sprowadza się do pustych frazesów i ma jedynie posłużyć francuskim i niemieckim politykom do ratowania własnej pozycji w swoich państwach.

Komentatorzy kpiący, że duet Merkel-Macron to nie de Gaulle-Adenauer powinny mieć na uwadze, że i czasy i sytuacja w jakich przyszło im działać są zupełnie inne. Warto też pamiętać, że ledwie kilka miesięcy po podpisaniu Traktatu Elizejskiego Adenauer stracił stanowisko niemieckiego kanclerza…

Akwizgran to miejsce symboliczne, to nieformalna stolica państwa Karola Wielkiego – polityka, który jako pierwszy po upadku Rzymu podjął próbę zjednoczenia ziem Starego Kontynentu; ziem, z których następnie narodziły się Niemcy i Francja. Ciężko nie przypomnieć tej historii w chwili gdy na naszych oczach rodzi się koalicja, której celem jest zbudowanie Europy „neo-karolińskiej”.

Oczywiście gorący Paryż narzeka na wstrzemięźliwy Berlin, oczywiście kariery Macron i Merkel chylą się ku końcowi, oczywiście zapisy Traktatu nie wyglądają imponująco. Nie to jest jednak istotne. Istotny jest szerszy obraz sytuacji; istotna jest ścieżka jaką obrały oba państwa. Ścieżka, którą Francja i Niemcy będą zapewne kroczyć bez względu na to czy u władzy znajdzie się tzw. prawica czy lewica.

A co do faktu, że w Traktacie nie ma rozwiązań zakrojonych na szeroką skalę, które z dnia na dzień odmieniłyby oblicze Europy, to czy właśnie taka metoda „drobnych kroków” nie jest skuteczniejsza? Przypomnijmy, że dzisiejszy unijny kolos też nie powstał w ciągu kilku lat na mocy jednego traktatu. Spokojne zmierzanie do celu oparte na konkretnych rozwiązaniach, wydaje się być o wiele skuteczniejsze niż równie szumne co naiwne zapowiedzi Martina Schulza, który nie tak dawno ogłosił, że „Stany Zjednoczone Europy” mają powstać do… 2025 roku. Czemu akurat rok 2025? Nie wiadomo. Droga obrana przez Francję i Niemcy wydaje się być o wiele rozsądniejsza, gdyż omija efekt „nadmuchiwania balonu”, rozbudzania wielkich oczekiwań, którym się następnie nie jest w stanie sprostać. Zamiast tego pozwala skupić się na realnych działaniach.

Prawdziwą ironią pozostaje fakt, że projekt wzmożonej integracji, do której dążą oba państwa ma być rzekomą odpowiedzią na wzrastające dookoła tendencje populistyczne, antyeuropejskie i nacjonalistyczne. Ironią, gdyż to właśnie projekt Europy „neo-karolińskiej” jest w istocie przyczyną rozpadu jedności świata zachodniego.

– Chciałbym przestrzec was i wszystkich przekonanych Europejczyków przed zwątpieniem w sens zintegrowanej Europy – mówił Donald Tusk w swoim wystąpieniu w Akwizgranie. Większość polskich komentatorów analizując wystąpienie przewodniczącego Rady Europejskiej skupiła się na fragmencie, w którym były premier mówił o zamordowanym prezydencie Adamowiczu. Tymczasem faktycznie istotny był moment, w którym Tusk zwracał się bezpośrednio do Merkel i Macrona, dosłownie przestrzegając ich przed „komfortem zniechęcenia” wobec idei Unii Europejskiej. Tusk podkreślił, że Paryż i Berlin muszą wysłać wyraźny sygnał do innych państw, że współpraca w „małych formatach nie jest alternatywą dla współpracy całej Europy”.

Jeżeli wystąpienie przewodniczącego Rady Europejskiej miało uświetnić podpisanie Traktatu, to Donald Tusk pozwolił sobie na niezwykle ponurą przemowę. Między wierszami aż biła jego rezygnacja i sceptycyzm, a całą wypowiedź można by sprowadzić do zdania: „Możecie opowiadać co chcecie, ale wiem dokąd to wszystko zmierza, nic dobrego z tego nie wyjdzie”. Jak raz ciężko się z nim nie zgodzić.

Artykuł wyraża poglądy autora i nie musi być tożsamy ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz poprzednie teksty z cyklu "Taki Mamy Klimat":

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...