Rosja zakręciła nam kurek z ropą. "Polska miała większe wyzwanie"

Dodano:
Rurociąg, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP/EPA / MARTIN DIVISEK
Większym wyzwaniem dla Polski było wstrzymanie dostaw gazu z Rosji niż zakręcenie kurka z ropą – mówi DoRzeczy.pl Mariusz Marszałkowski, ekspert ds. energetyki z BiznesAlert.pl.

Damian Cygan: Rosja wstrzymała dostawy ropy do Polski. Dlaczego do tej pory Orlen w ogóle ją sprowadzał? Wojna na Ukrainie trwa już rok.

Mariusz Marszałkowski: Orlen kupował ropę rosyjską z dwóch powodów. Po pierwsze, wciąż obowiązywały umowy na dostawę tej ropy – jedna z Rosnieftem (wygasła z końcem stycznia br.), druga z Transnieftem (obowiązuje do stycznia 2024 r.).

W czym tkwi zasadniczy problem?

Ponieważ Polska posiada połączenie ropociągowe z Rosją, prawie nie sprowadzała rosyjskiej ropy drogą morską. A sankcje nałożone na Rosję przez Unię Europejską w ramach szóstego pakietu dotyczyły dostaw ropy właśnie drogą morską.

Gdyby Orlen miał kontrakty z rosyjskimi spółkami na dostawy ropy drogą morską, to zgodnie z tymi sankcjami mógłby te kontrakty zerwać, bez ryzyka poniesienia kosztów. Rosja oczywiście mogłaby potem pozwać UE jako całość do Światowej Organizacji Handlu (WTO) za wprowadzenie jednostronnych sankcji, i pewnie tak się kiedyś stanie, natomiast obowiązujące restrykcje unijne nie dotyczą ropy importowanej ropociągami, głównie z powodu sprzeciwu Węgier.

Polska znalazła się więc w sytuacji, w której ropa rosyjska importowana ropociągiem Przyjaźń wciąż musiała być kupowana, bo w innym przypadku Orlen naraziłby się na wielomiliardowe kary.

Co by się stało, gdyby Orlen, nie bacząc na straty finansowe i swój interes biznesowy, przestał kupować ropę z Rosji tylko i wyłącznie ze względów moralnych?

To było oznaczało, że firmy węgierskie (MOL) czy słowackie (Slovnaft), które nadal kupują ropę z Rosji, i to z bardzo dużym dyskontem, miałyby znacznie tańsze paliwa, a Orlen musiałby szukać innych, droższych alternatyw. Doszłoby więc do sytuacji, w której Orlen straciłby dużą część rynku, dlatego że te zagraniczne koncerny weszłyby do Polski ze swoimi tanimi paliwami, które byłyby przerobione z ropy rosyjskiej. Czyli na naszym rynku i tak mielibyśmy paliwa z ropy rosyjskiej, tylko niewyprodukowane w polskich rafineriach, lecz w węgierskich albo słowackich.

Czy polskie rafinerie są dostosowane do przerobu ropy z innych kierunków niż rosyjski? I czy Polska ma alternatywne źródła dostaw?

W zeszłym roku Orlen podpisał kontrakt na dostawę 20 mln ton ropy od saudyjskiego Saudi Aramco. Ponieważ w Polsce zużywamy średnio 26-27 mln ton ropy rocznie, widać, że sam kontrakt z Saudami pokrywa większą część krajowego zapotrzebowania na ropę. Tymczasem umowa z Transnieftem, która de facto została właśnie zerwana przez stronę rosyjską, przewidywała import niecałych 2,5 mln ton ropy rocznie, czyli około 10 proc. przerobu rafinerii.

Warto jednak pamiętać, że z ropą nie ma takiego problemu jak z gazem, który jest paliwem trudniejszym do transportu i magazynowania. Większym wyzwaniem dla Polski była więc sytuacja w kwietniu ub.r., kiedy Gazprom zakręcił kurek z gazem niż teraz, kiedy odcięto dostawy ropy, dlatego że można ją stosunkowo łatwo sprowadzić z wielu innych źródeł – Arabii Saudyjskiej, Stanów Zjednoczonych, Norwegii, Meksyku czy Brazylii.

Co do przerobu tej ropy w Polsce, to rafineria w Gdańsku nie będzie miała z tym problemu, bo była wręcz tworzona pod ropę nierosyjską. Z kolei rafineria w Płocku była przez lata dostosowywana do przerobu innej ropy niż rosyjska. Z perspektywy biznesowej ropa z Rosji zawsze była premiowana, bo po pierwsze łatwiej ją sprowadzać ze względów logistycznych, a po drugie bardzo dobrze nadaje się do wytwarzania oleju napędowego, którego w Polsce brakuje, a który stosowany jest we wszystkich gałęziach transportu i przemysłu. Dlatego największy uzysk z ropy rosyjskiej był zawsze na dieselu i głównie z tego powodu była ona sprowadzana do Polski.

Przed sezonem grzewczym panowała atmosfera strachu, że w Polsce może zabraknąć gazu, a paliwo na stacjach będzie kosztować 10 zł. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Czyja to zasługa? Oprócz tego, że zima była w tym roku bardzo łagodna.

Pogoda ma tutaj niebagatelne znaczenie. W ubiegłych latach były sytuacje, w których w okresie styczeń-luty zużycie gazu przekraczało 100 mln m3 gazu na dobę. W tym roku tak nie było – największe dzienne zużycie gazu odnotowano na poziomie około 70 mln m3. Patrząc więc z perspektywy całego systemu, ta zima była naprawdę fantastyczna.

Natomiast wpływ na taką a nie inną sytuację miała nie tylko temperatura za oknem, ale też kwestia ceny surowca. Wiele firm energetycznych, chemicznych i przemysłowych zmniejszyło produkcję, żeby nie musieć kupować dużo gazu, bo jego cena była za wysoka. A to przełożyło się na lepszą sytuację w całym systemie grzewczym.

Trzecia sprawa to dywersyfikacja dostaw. Energetyka przez lata była obszarem, który bez względu na barwy polityczne – oczywiście jeden rząd robił w tej sferze mniej, drugi więcej – miała wspólny mianownik dla wszystkich. I te działania były rzeczywiście podejmowane. Nie można zatem powiedzieć, że coś zrobił tylko PiS czy tylko PO, albo tego nie zrobiła Platforma, a to zrobił PiS.

Państwo zdało egzamin?

To naprawdę sukces, że nie jesteśmy w takiej sytuacji jak Węgrzy, którzy mieli kłopot z zatankowaniem samochodów, albo Słowacy czy Czesi, którzy mają problemy z dostawami gazu, bo oparli je w dużej mierze o Nord Stream. Dzięki ponadpartyjnej zgodzie, która kiedyś się zawiązała, dziś politycy znów mogą obrzucać się błotem i udowadniać sobie, kto jest lepszy.

W rzeczywistości dobra sytuacja Polski to zasługa wielu lat dywersyfikacji i wdrożenia różnych projektów – od wielkich, takich jak Baltic Pipe, gazoport w Świnoujściu czy Naftoport w Gdańsku, do mniejszych, jak budowa połączenia gazowego Stork z Czechami. To są wszystko cegiełki, które powodują, że dziś jesteśmy znacznie bezpieczniejsi energetycznie niż byliśmy 10 czy 15 lat temu.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...