Szaleństwo dowódcy ORP „Orzeł”. Co się naprawdę wydarzyło na pokładzie okrętu?

Szaleństwo dowódcy ORP „Orzeł”. Co się naprawdę wydarzyło na pokładzie okrętu?

ORP „Orzeł”
ORP „Orzeł” / Źródło: Fot: NAC
Dodano 8
Załoga rwała się do ataku. Oficerowie prosili nawet o wydanie rozkazu. Odmowa zatopienia wrogiego statku w czasie wojny wyglądała dla nich wyjątkowo podejrzanie...

Jest duszno i ciasno. Stłoczeni na niewielkiej przestrzeni mężczyźni czują strach, ale nie dają tego po sobie poznać. Muszą zmierzyć się z marynarką i lotnictwem III Rzeszy, których panowanie na Bałtyku jest niezagrożone od pierwszych dni wojny. To moment ich największej próby. Mimo trudności ludzie rwą się do walki. Ich nowy, znakomicie uzbrojony okręt ORP „Orzeł”, nazywany podwodnym krążownikiem, jest dumą Marynarki Wojennej. Wszedł do służby w lutym, po trwającej kilkanaście lat zbiórce społecznej, która sfinansowała część kosztów budowy. Liczy na nich cały naród. Wierzą, że nie zawiodą.

Czar pryska po kilkunastu dniach pod dowództwem kmdr. Henryka Kłoczkowskiego. Cieszący się renomą znakomitego dowódcy Kłoczkowski płacze, słania się na nogach, mamrocząc coś niezrozumiale, pali, gdy okręt jest w zanurzeniu. Od pierwszych dni wojny wyśmiewa rozkazy dowództwa i w obecności załogi podważa sens dalszej walki. Mówi o przeczekaniu wojny w bezpiecznym miejscu. Twierdzi też, że zachorował, chociaż załoga jest przekonana, że symuluje. Marynarze inaczej wyobrażali sobie wojnę. To miała być chwila ich chwały. Mieli polować na wrogie okręty. Tymczasem uciekali bez podjęcia walki. Ich dowódca okrywał hańbą całą załogę. Później było tylko gorzej. „Coś musiało go mocno uderzyć po głowie, bo jakże inaczej wytłumaczyć zmianę, która z wybitnego dowódcy zrobiła szmatę” – pisał o Kłoczkowskim jego dawny dowódca Eugeniusz Pławski.

Polskie Pearl Harbor

Nie jest jasne, co dokładnie wydarzyło się na pokładzie „Orła” we wrześniu 1939 r. Dla jednego z najlepszych polskich okrętów było to pasmo absurdalnych sytuacji i poprzedzających je kuriozalnych decyzji, które ciągnęły się od pierwszych minut wojny.

Mimo że od 24 sierpnia trwała mobilizacja, w momencie niemieckiego ataku polskie okręty stały w porcie. „Orzeł” nie mógł odpłynąć od razu, ponieważ dowódcy okrętu nie było na pokładzie. Brakowało też części załogi. Komandor Kłoczkowski pozwolił marynarzom zejść na ląd i spędzić noc z rodzinami. Gdy o godz. 6 okręty czekały na spóźniających się członków załogi, 12 niemieckich samolotów dokonało nalotu na port Marynarki Wojennej w Gdyni. Polacy odpowiedzieli ogniem z dział przeciwlotniczych. Niemiecki atak nie powiódł się przez mgłę, która uniemożliwiła rozpoznanie rozmieszczenia polskich jednostek i opóźniła start bombowców z lotniska w Słupsku. To uratowało znaczną część polskich okrętów przed zniszczeniem w porcie w pierwszych godzinach wojny.

Trudno winić o tę sytuację samego Kłoczkowskiego. ORP „Orzeł” nie był jedyną jednostką, która została w porcie, a rozkazy dowództwa dały komandorowi możliwość wydania marynarzom pozwolenia zejścia na ląd.

Kolejnym rozczarowaniem był plan operacyjny dla okrętów podwodnych – „Worek”. 1 września dowódcy otrzymali polecenie otwarcia kopert z zadaniami określonymi dla każdej jednostki. Plan zakładał, że polska flota podwodna ma zabezpieczyć Hel przed desantem z morza. „Orzeł” miał operować na płytkich wodach między portem w Gdyni a Helem, zabezpieczając ten rejon przed większymi jednostkami Kriegsmarine. Była to strategia wybitnie defensywna. Nie wykorzystywała zalet dużej oceanicznej jednostki, jaką był „Orzeł”. Okręt miał zapas paliwa na ponad miesiąc i był przeznaczony do działań ofensywnych. Tymczasem w sytuacji zupełnego panowania Niemców na wodzie i w powietrzu jednostki podwodne były narażone na wykrycie i mogły stać się łatwym celem. Kłoczkowski od początku nie krył irytacji tą sytuacją i nie zamierzał wykonywać rozkazów.

Już w pierwszych dniach na morzu Henryk Kłoczkowski wzbudzał zaniepokojenie załogi. Narzekał na zatrucie pokarmowe, którego miał nabawić się dzień przed wojną. Oficerowie szybko zorientowali się, że za wszelką cenę chce uniknąć walki. Jak wynika z zeznań złożonych przed sądem w 1942 r. przez Stanisława Pierzchlewskiego, II oficera mechanika na „Orle”, Kłoczkowski powtarzał, że „trzeba iść pod Gotland, przeczekać wojnę”. Na przemian słaniał się na nogach lub zachowywał energicznie. Odmawiał też jedzenia, w mesie pił tylko herbatę. Oficerowie podejrzewali, że w kajucie ma zapas żywności i likieru, które dostarcza mu jeden z zaufanych podoficerów.

4 września okręt rzeczywiście opuścił wyznaczony sektor i skierował się w stronę Gotlandii. Komandor usprawiedliwiał to dużym zagrożeniem, chociaż okręt nie tylko nie był atakowany, lecz także w ogóle nie napotkano wroga. Jeszcze tego samego dnia „Orzeł” stał się celem ataku mniejszych jednostek, które próbowały zatopić go, używając bomb głębinowych. Załoga wyszła z opresji cało, a okręt z lekkimi uszkodzeniami. Jednak dowódca zaczął tracić panowanie nad sobą.

Okręt nie otrzymał zgody na wejście do portu w Helu, który był w tym czasie bombardowany. Kłoczkowski zdecydował więc o porzuceniu walki i odpłynięciu w stronę Szwecji. W depeszy nadanej do centrum dowodzenia twierdził, że rozpoczyna działania przeciw niemieckim transportom. Według relacji mata Władysława Oczkowskiego dowództwo floty zgodziło się na to. Dla załogi było jednak jasne, że Kłoczkowski nie zamierza szukać żadnych wrogich transportów.

9 września dowództwo floty nakazało komandorowi opuszczenie okrętu w neutralnym porcie, na stanowisku miał go zastąpić kpt. Jan Grudziński. Gdyby było to możliwe, okręt miał wrócić do portu w Helu, aby Kłoczkowskiego zastąpił nowy dowódca. „Kłocz” – jak nazywała go załoga – odmówił i przestał odpowiadać na wezwania przełożonych. Jego dolegliwości żołądkowe nasilały się z każdym dniem. Nie wiadomo, czy symulował, czy jego stan zdrowia rzeczywiście szybko się pogarszał, czy może przechodził załamanie psychiczne. Nie oddał jednak dowództwa okrętu i niewątpliwie uczynił to świadomie. Celowo wydał również rozkaz ucieczki ze strefy działań wojennych i skierował okręt na wschód od Gotlandii, gdzie nie było niemieckich ani żadnych innych jednostek.

Czytaj także:
Mit szarży na czołgi

Jeden wrogi statek jednak się pojawił. 12 września „Orzeł” trafił na niemiecki zbiornikowiec „Bremen”. Komandor odmówił jednak zatopienia jednostki lub abordażu. Tłumaczył to koniecznością zastosowania się do protokołu londyńskiego i tym, że statek nie ma ładunku. „Gdy to mówił, wyglądał, jakby odszedł od zmysłów, trzęsąc się, usiadł bezmyślnie przy kole ratunkowym, coś niezrozumiale bełkotał i płakał – pisze Mariusz Borowiak w książce »Stalowe Drapieżniki«. – W tym momencie stało się jasne, że Kłoczkowski nie będzie próbował podejmować jakiejkolwiek walki. Jest prawdopodobne, że ów oficer mógł cierpieć na schorzenie, które najogólniej można określić jako patologiczny lęk przed niesprostaniem swoim obowiązkom. Taka jednostka chorobowa istnieje”.

Trudno dziwić się irytacji załogi, która rwała się do ataku. Oficerowie prosili nawet o wydanie rozkazu. Odmowa zatopienia wrogiego statku w czasie wojny wyglądała dla nich wyjątkowo podejrzanie. Komandor mógł rzeczywiście załamać się psychicznie, nie myśleć jasno przez dolegliwości, symulować chorobę i być tchórzem, a nawet sprzyjać Niemcom. Jego decyzja o niezatapianiu statku była jednak zgodna z polskim i międzynarodowym prawem oraz z instrukcjami dowództwa floty. Zabraniał tego bowiem protokół londyński z 1936 r., podpisany również przez Polskę. 25 maja 1937 r. wprowadzono odpowiednie przepisy wykonawcze: „Okręt wojenny nawodny lub też podwodny nie może zatopić statku handlowego, względnie uczynić go niezdolnym do dalszej żeglugi, nie umieściwszy uprzednio pasażerów, załogi i dokumentów okrętowych w bezpiecznym miejscu. W tym celu łodzie okrętowe nie mogą być uważane za miejsca bezpieczne, chyba że uwzględniając stan morza i warunków atmosferycznych, bezpieczeństwo pasażerów i załogi zostanie zapewnione przez bliskość lądu lub obecność innego statku, który byłby w możności zabrać ich na pokład”. Strzelać bez ostrzeżenia można było wyłącznie do okrętów wojennych lub konwojowanych przez nie statków.

Ten absurdalny w warunkach wojny totalnej protokół został szybko zarzucony przez wszystkie strony konfliktu. Warto jednak pamiętać, że w pierwszych dniach wojna na morzu miała jeszcze względnie cywilizowany charakter. Można wysunąć argument, że atak na „Bremen” mógł być aktem zemsty za niemieckie zbrodnie wojenne. Trudno jednak przypuszczać, aby ukrywający się okręt podwodny był o nich dobrze poinformowany. Małe zwycięstwo na morzu nie zmieniłoby losów wojny, a polska prasa w 1939 r. nie potrzebowała go, aby ogłosić sukces na froncie. Od początku września publikowano przecież informacje m.in. o polskich samolotach bombardujących Berlin i żadne realne wydarzenia nie były do tego potrzebne. Łatwo można wyobrazić sobie, co z takiego łamiącego prawo międzynarodowe ataku zrobiłaby propaganda Goebbelsa.


Przejęcie kontroli nad niemiecką jednostką również nie miało uzasadnienia. Co właściwie polscy marynarze mieliby zrobić z takim statkiem, skoro do Helu nie mógł przebić się nawet okręt podwodny, a porty od dawna były odizolowane? Taka akcja narażała na bezpieczeństwo całą załogę i nie miała żadnego sensu.

Dobitnie pokazały to wydarzenia z 1 października. Załoga, już bez Kłoczkowskiego na pokładzie, zatrzymała niemiecki uzbrojony statek. „Orzeł” nie mógł wykonać ataku, ponieważ osiadł na mieliźnie. Niemcy zastosowali się jednak do polecenia Polaków i zatrzymali statek, nadali jednak zaszyfrowany sygnał z informacją o swojej sytuacji. Zanim ORP „Orzeł” wydostał się z mielizny, w drodze był już niemiecki samolot, który miał go zniszczyć. Zrzucił bomby, jednak Polakom udało się uciec.

Dezercja komandora

Zirytowani postawą komandora oficerowie zaproponowali, aby opuścił okręt i odpłynął na łódce do Szwecji. Kłoczkowski zdecydowanie odmówił. Według instrukcji dowództwa floty okręty podwodne, które nie mogły prowadzić dalszej walki, miały próbować przebić się do Anglii – zrobił to ORP „Wilk” – lub udać się do Szwecji, gdzie zostaną internowane. Z drugiej możliwości skorzystały pozostałe okręty podwodne: „Ryś”, „Żbik” i „Sęp”. Do instrukcji nie zastosował się tylko „Orzeł”. Kłoczkowski przekonywał oficerów, że lepiej będzie opuścić szwedzkie wybrzeże i udać się do Tallina, ponieważ ma tam znajomości jeszcze sprzed wojny, a usytuowanie portu umożliwia szybką ucieczkę, gdyby było to konieczne. Jak pisze Mariusz Borowiak, dowódca „Orła” zdecydował się na skierowanie okrętu do stolicy Estonii, ponieważ takie nieformalne zarządzenie obowiązywało polskie okręty podwodne.

14 września „Orzeł” wpłynął na redę do Tallina. Kłoczkowski skorzystał z okazji, aby przedostać się na ląd w asyście Estończyków. I... na tym urywa się jego kontakt z okrętem. Nie zostawił żadnych instrukcji ani rozkazów, nie przekazał dowództwa, nie pożegnał się z załogą. Według relacji oficerów zabrał ze sobą niemal wszystkie rzeczy osobiste, włącznie z maszyną do pisania i bronią myśliwską. Sygnał był jasny: nie zamierza już wracać na okręt.

Gdy estońska komisja stwierdziła, że wbrew wcześniejszym deklaracjom „Orzeł” nie jest poważnie uszkodzony, przystąpiono do internowania jednostki. Załoga była tym faktem zaskoczona. Komandor Kłoczkowski twierdził później, że nie znał aktu prawnego z listopada 1938 r., na który powołali się Estończycy. Chociaż wydaje się to absurdalne, nie znało go również polskie dowództwo floty. Estończycy powołali się bowiem na układ między neutralnymi państwami bałtyckimi i skandynawskimi, według którego okręty podwodne wpływające do ich portów będą internowane. Decyzję podjęto 15 września, po godz. 6, tzn. co najmniej siedem godzin po wpłynięciu okrętu na redę. Niezwłocznie po tym, jak stwierdzono, że uszkodzenie okrętu jest symulowane. Jest to istotne, ponieważ czyni mniej prawdopodobną hipotezę, według której „Orła” internowano ze względu na naciski Niemców.

Załoga, dowodzona już przez kpt. Grudzińskiego, starała się w miarę możliwości opóźniać rozbrajanie okrętu. Została jednak pozbawiona broni osobistej. Wyładowano amunicję dział (jedno – Bofors 105 mm oraz jedno dwulufowe Bofors plot. 40 mm), z których wymontowano również zamki, zabrano 14 z 20 torped, dzienniki pokładowe i mapy nawigacyjne. Polscy marynarze nie mieli jednak zamiaru się poddać. Przygotowali plan ucieczki.

Akcję przeprowadzili brawurowo. Zaskoczyli Estończyków 18 września o godz. 3. Marynarza pełniącego wartę na nabrzeżu podstępem sprowadzili na okręt, obezwładnili i wciągnęli do środka, drugiego wartownika, który był już wewnątrz, zastraszyli. „Orzeł” ruszył jednak tak niefortunnie, że wpadł na falochron. Zaalarmowana obsada portu rozpoczęła ostrzał z nadbrzeżnej baterii. Bezskutecznie. Polacy zdołali odpłynąć. Według wersji przedstawionej przez Karin Saarsen, córkę szefa estońskiego wywiadu, jej ojciec wydał rozkaz, aby „strzelać tak, żeby nie trafić”. Nawet jeśli uznamy tę relację za mało wiarygodną, to trzeba przyznać, że wypuszczenie z portu okrętu, który utknął na falochronie, i fiasko poszukiwań z użyciem lotnictwa i czterech jednostek marynarki wojennej mogły wiązać się z przychylnością Estończyków.

Opinia międzynarodowa nie była zainteresowana sprawą, zignorowali ją nawet Niemcy. Zdecydowanie protestowali za to Sowieci, którzy dzień wcześniej dokonali inwazji na Polskę. Estonia znalazła się na skraju wojny. Zgodnie z postanowieniami paktu Ribbentrop-Mołotow miała zostać zajęta przez ZSRS, co w pełni nastąpi jednak dopiero 17 czerwca 1940 r. Za ucieczkę stanowiskami zapłacili za to estońscy dowódcy marynarki wojennej. Porwani estońscy wartownicy zostali wypuszczeni na łodzi niedaleko szwedzkiego wybrzeża w nocy z 20 na 21 września. Polacy zostawili im duży zapas żywności i spirytusu, a kpt. Grudziński wręczył im po 50 dol. na podróż do domu oraz list skierowany do dowódcy estońskiej marynarki.

Okręt nadal miał sześć torped, narysowano więc z pamięci mapę Bałtyku, nadano komunikat o gotowości bojowej i rozpoczęto poszukiwanie niemieckich celów. Poza jedną nieudaną próbą ataku nie przyniosło to rezultatów. ORP „Orzeł” po zakończeniu kampanii wrześniowej, zgodnie z wcześniejszymi rozkazami, przebił się do Wielkiej Brytanii. 14 października wpłynął do portu Firth of Forth w Szkocji.

Czytaj także:
Komandosi spod Monte Cassino

Estońscy lekarze stwierdzili, że Kłoczkowski od dwóch tygodni chorował na tyfus brzuszny lub silne zatrucie, jednak szybko wypisali go ze szpitala. Na żądanie estońskich władz pozostał w kraju. Po sowieckiej inwazji był więziony w Kozielsku. Było to jednak już po masowych mordach popełnionych na polskich oficerach. Część Polaków przebywających w obozie unikała „Kłocza”, uważano bowiem, że sprzyja Sowietom. Komandor znalazł się w Anglii w 1942 r. Szybko wytoczono mu proces przed Morskim Sądem Wojennym. Podstawą oskarżenia była relacja nieżyjących już wówczas (z wyjątkiem Stanisława Pierzchowskiego) oficerów z „Orła”, którzy zostali przesłuchani 23 kwietnia 1940 r. przez ppor. Józefa Boreykę.

Rządowi w Londynie nie zależało na nadawaniu rozgłosu sprawie, która nie przynosiła polskiej marynarce chwały. Proces trwał pięć dni, a oskarżony i jego adwokat nie mieli nawet wglądu do akt sprawy. Nie przesłuchano też części żyjących członków załogi. Kłoczkowskiego skazano na degradację do stopnia marynarza, wydalenie z Marynarki Wojennej i cztery lata więzienia. Wyroku więzienia, który zapadł 3 sierpnia 1942 r., nigdy nie wykonano. Paradoksalnie, nieuczciwy proces przeprowadzony z licznymi błędami mógł być korzystny dla dowódcy, któremu groziła kara śmierci.

W sprawie Kłoczkowskiego nadal jest wiele niewiadomych, a niektórych kwestii nie da się już prawdopodobnie rozstrzygnąć. Stąd wokół dowódcy „Orła” powstało wiele trudnych do zweryfikowania, ale też mało prawdopodobnych hipotez opartych na poszlakach. Według jednej z nich Kłoczkowski mógł współpracować z obcym wywiadem, po werbunku w Holandii, gdzie uczestniczył w budowie ORP „Orzeł”. Wplątał się tam w skandal z udziałem prostytutki. Praca agenturalna miała być wyjaśnieniem jego dziwnego zachowania – domniemanego sprzyjania Niemcom przed wybuchem wojny, a następnie wyeliminowania z walki jednego z najlepszych okrętów. „Orzeł” był nowoczesną konstrukcją, która mogła też przydać się Sowietom. To w ich ręce trafiłby okręt po zajęciu Estonii, co zostało zaplanowane w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Poza domysłami nie ma jednak dowodów, aby komandor pracował dla obcego mocarstwa. Mało prawdopodobna wydaje się również zmowa pięciu oficerów z „Orła”, którzy mieliby celowo pogrążyć swojego dowódcę. Tym bardziej że ich wersję potwierdzali oficerowie z innych jednostek.

Po wyroku „Kłocz” zaciągnął się do Polskiej Marynarki Handlowej. Ciągnęła się za nim zła sława, więc przeszedł pod banderę amerykańską. Jako II oficer na „Eliphanet Nott” pływał w transatlantyckich konwojach. Po wojnie wspólnie ze szwagrem Witoldem Zajączkowskim (przedwojenny dowódca Flotylli Rzecznej Marynarki Wojennej w Pińsku) kupił farmę w Kanadzie. Następnie przeprowadził się do USA, gdzie pracował w stoczni okrętów podwodnych. Zmarł 1 października 1962 r.

Dla polskich marynarzy z „Orła” wojna nie skończyła się na Bałtyku. W kwietniu 1940 r. dopadli w końcu swoją ofiarę. Zatopiony przez nich MS „Rio de Janeiro” przewoził 400 niemieckich żołnierzy, działa, pojazdy i inny sprzęt wojskowy oraz ok. 300 ton zaopatrzenia. Statek był w drodze do Norwegii, co potwierdziło, że niemiecka inwazja na ten kraj jest w toku. Składki zbierane od 1926 r. przez polskie społeczeństwo na budowę okrętu nie poszły więc na marne.

23 maja 1940 r. ORP „Orzeł” wypłynął na ostatni patrol na Morze Północne. 11 czerwca okręt został uznany za zaginiony. Dokładna data i miejsce zatonięcia nie są znane. Poszukiwania wraku nadal trwają.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 11/2017
Artykuł został opublikowany w 11/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 8
  • @K2_History IP
    Bzdury i wierutne kłamstwa
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Aniaa IP
      Witajcie, chciałabym tym sposobem spotkać extra mężczyzne na resztę życia. Ja 25 letnia chuda blondynka po nieudanym związku, wiek nie gra roli, jesteś samotny ? Pisz do mnie w serwisie: czaterka ''pl
      Dodaj odpowiedź 1 0
        Odpowiedzi: 0
      • ?????? IP
        Orzeł był budowany w Holandii przed wojną. Wtedy niemieckim agentom udało się ukryć w okręcie materiały wybuchowe które można było zdalnie zdetonować. Kapitan musiał to wiedzieć i stąd jego uniki w podkęciu walki przeciw niemcom. Orzeł nagle zaginą z innym kapitanem , musiał się znaleźć w zasięgu niemieckiej łodzi podwodnej lub niemieckiego statku który drogą łączności podwodnej lub nawodnej zdetonował ładunki wybuchowe które ukryto w trakcie budowy okrętu w Holandii.
        Dodaj odpowiedź 2 27
          Odpowiedzi: 1
        • kula w łeb IP
          Jeszcze do maja 1939 "polska" II ka szkoliła tysiące chazarów - terrorystów w lasach Andrychowa i Wadowic.Pociągi za polski kredyt dostarczały chazarom w Palestynie broń,amunicję,żarcie.Chazary z MSZ zabawiały się z adolfami w Puszczy i na chlaniu-zwaanych rautami... Potem czmychnęli z walizami a naród krwawił całymi latami.Dzisiaj ich potomkowie znów przy korycie.
          Dodaj odpowiedź 56 6
            Odpowiedzi: 0
          • BolekMaUFONieWystarczy ?? IP
            Od Rzeczy zaczyna mi zalatywac .... dziwnym smrodem. W USA , nagle, zaczeli i juz "maja" dowody na to , ze Pulaski byl ...obojniakiem , lub moze ped alem ! Nie wiem PO co im te badania DNA, POszukiwania prawdy w prawdzie , jednym slowem JAKI CEL TEGO OBLEN'DU ?? Na Wsterplatte dowodzacym (Wajda POkazal) byl wariatem, teraz Orzel mial tez jakiegos "niespelna" ???
            Komu i PO co POruszamy takie antyPOlskie tematy ? ... a Jan Pawel II mial zone , bo i  to juz pisali !!!
            Dodaj odpowiedź 30 6
              Odpowiedzi: 1
            • Philo IP
              Przecież to wszystko jest znane i dawno opisane
              Dodaj odpowiedź 21 6
                Odpowiedzi: 0

              Czytaj także