Sowiecka wyspa kanibali

Sowiecka wyspa kanibali

Wyspa Kanibali
Wyspa Kanibali / Źródło: Krzysztof Wyrzykowski
Dodano 20
Sześć tysięcy przypadkowych, zatrzymanych na ulicach ludzi, upchano na małej wyspie. Nie dostali ubrań, narzędzi, ani wystarczającej ilości żywności. Zaczęli zjadać się żywcem. Sowietolog Nicolas Werth przytacza wstrząsające relacje świadków.

Piotr Zychowicz: Napisał pan książkę „Wyspa kanibali”. Czy to coś o pradawnej Afryce?

Nicolas Werth: (śmiech) Nie, historia opisana w mojej książce wydarzyła się w Związku Sowieckim w XX w.

Zacznijmy od początku...

Na początku była kampania przeciwko elementom aspołecznym. Sowieckie kierownictwo nakazało jej przeprowadzenie w roku 1932, a w roku następnym nastąpiło apogeum akcji. Był to kolejny, po dokonanej pod koniec lat 20. rozprawie z kułakami, wielki atak bolszewików na stare, rosyjskie społeczeństwo. Tym razem zabrano się do „czyszczenia” miasta. Chodziło o „oczyszczenie” go z ludzi, którzy nie pasowali do nowego, socjalistycznego porządku.

Czyli z jakich?

Niedobitków szlachty, byłych carskich urzędników, rentierów, prywatnych handlarzy, rzemieślników czy chłopów, którzy uciekli do miast przed głodem wywołanym kolektywizacją. A także bezdomnych, których tysiące oblegały stacje kolejowe, rynki czy główne ulice ówczesnych sowieckich miast. Wszystkich, których komuniści określali mianem pasożytów lub ludzi zdeklasowanych. Taka przynajmniej była teoria.

A jaka była praktyka?

W praktyce odbyło się wielkie polowanie na ludzi. OGPU [Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny – przyp. red.], tak jak wszystkie inne instytucje w Związku Sowieckim, działał bowiem na podstawie norm, które musiano wykonać. W każdym mieście bezpieka otrzymywała wyśrubowaną, wziętą z księżyca normę. Rozkaz mówił, że trzeba aresztować i deportować tyle a tyle tysięcy pasożytów. Bezpieka w swojej komunistycznej gorliwości deklarowała jednak, że normę tę przekroczy, że aresztuje jeszcze więcej ludzi. Skąd jednak ich wszystkich wziąć? W efekcie urządzano na ulicach wielkie łapanki i brano każdego, kto się nawinął.

Partyjnych też?

Też. Wystarczyło nie mieć przy sobie legitymacji. Zgodnie z instrukcją dla milicji każdy człowiek, który nie miał dokumentów – tu cytat– „albo popełnił zbrodnię, albo nosi się z myślą o jej popełnieniu”. Zresztą często nawet dokumenty nie pomagały. Były niszczone przez funkcjonariuszy podczas aresztowania, nieszczęśnika pakowano do wagonu bydlęcego, a potem szukaj człowieka gdzieś na pustkowiach Syberii...

Rozumiem, że rodzin o aresztowaniu bliskiej osoby nie informowano.

Skądże, kto by sobie tym zawracał głowę? Ludzie po prostu znikali bez wieści. Wyciągano ich z mieszkań, tramwajów i pociągów tylko dlatego, że „podejrzanie” wyglądali. Opróżniano także przytułki. Znany jest przypadek robotnika, który wybierał się do teatru. Czekając, aż żona się wyszykuje, zszedł na dół po papierosy. Złapano go i wpakowano do transportu na Syberię. Zabierano też matki, które wyszły kupić mleko. Nikt nie przejmował się tym, że w domu zostawały ich dzieci, często niemowlęta.

Szokujące.

A co pan powie na taki przypadek: 16-letni Nikołaj Kurtiukow wracał pociągiem do Moskwy z odwiedzin u ojczyma, który był wojskowym komendantem w pobliżu Władywostoku. Po drodze na jednej ze stacji wysiadł po wrzątek na herbatę. Pech chciał, że na sąsiednim peronie stał pociąg z deportowanymi na Sybir. Żołnierze z eskorty zaczepili Kurtiukowa i po prostu wciągnęli go do jednego z wagonów.

Galeria:
Oblężenie Warszawy - wstrząsająca relacja

Było to chyba typowe dla stosunków panujących w Związku Sowieckim.

Podobne kampanie i eksperymenty z dziedziny inżynierii społecznej przeprowadzano, zupełnie nie licząc się z ludźmi. Bolszewików cechowały całkowita bezwzględność i pogarda dla takich wartości jak wolność czy godność jednostki. Człowiek był tylko jedną z cyferek w wielkich zestawieniach. Liczyły się tylko wielkie liczby, które musiały się zgadzać. Co gorsza, wszystko działo się niezwykle pospiesznie, jak w gorączce, chaotycznie. Każdy komunista chciał przy tym wykazać się swoją gorliwością, wiernością partii i fanatyzmem. Wszystko to powodowało, że system dosłownie miażdżył bezbronne społeczeństwo.

Co robiono z ludźmi wyłapanymi na ulicach?

Szef OGPU Gienrich Jagoda opracował w tym czasie plan kolonizacji Syberii Zachodniej. Zakładał on, że te gigantyczne dziewicze tereny zostaną zasiedlone przez miliony ludzi sprowadzonych z europejskiej części Związku Sowieckiego. Ludzie ci mieli zbudować tzw. osiedla specjalne: domy, drogi i całą niezbędną infrastrukturę, wykarczować pola i rozpocząć uprawy. Po dwóch latach mieli być już zupełnie samowystarczalni.

Rozumiem, że tymi osadnikami mieli być przedstawiciele usuniętego z miast elementu aspołecznego.

Dokładnie. Deportowani mieli stać się pionierami, którzy przez ciężką fizyczną pracę odkupią swoje winy. Karczując tajgę Syberii, z pasożytów przeistoczą się w pełnowartościowych ludzi sowieckich. Ich życie miało w ten sposób nabrać sensu. Oczywiście nikt ich nie pytał o zdanie oraz o to, czy mają ochotę na taką reedukację.


Jakie były tego skutki?

Najpierw na Syberii wpompowano 2–2,5 mln kułaków wysiedlonych z rodzinnych miejscowości. Zwożono tych ludzi na jakieś pustkowia i pozostawiano ich samym sobie. Musieli sobie radzić. Oczywiście padali jak muchy. Szczególnie niemowlęta i starsi. Chłopi jednak jakoś sobie poradzili. Śmiertelność wynosiła około 30 proc., a reszta wegetowała w ziemiankach, żywiąc się korzonkami, korą i chwastami. W przypadku uprowadzonych z miast było to niemożliwe.

Ilu ludzi postanowiono tym razem deportować?

Od miliona do półtora miliona. Jak pan widzi, skala tych sowieckich przedsięwzięć była niebywała. Podobnie jak sposób ich realizacji.

Jest takie rosyjskie słowo „bardak”, które – mam wrażenie – doskonale oddaje to, co działo się w Związku Sowieckim.

Rzeczywiście w centralnych urzędach Moskwy opracowano bardzo szczegółowe, drobiazgowe plany, które wyglądały jednak pięknie tylko na papierze. Były zaś zupełnie oderwane od rzeczywistości i nie miały najmniejszych szans na realizację. Działania w terenie polegały tymczasem na chaotycznej improwizacji. Poszczególne sowieckie instytucje nie były w stanie wykonać założeń tych utopijnych planów i ze sobą współpracować, co przynosiło katastrofalne skutki. Horror, który rozegrał się na „wyspie kanibali”, jest tego najlepszym potwierdzeniem.

Co to była za wyspa?

Nazywała się Nazino i położona była na rzece Ob w syberyjskim okręgu tomskim. Miała około 3 km długości i 500–600 metrów szerokości. Była jednym z licznych miejsc, w których próbowano zrealizować plan Jagody. Na ten niewielki kawałek piaszczystej ziemi porośnięty niezwykle rzadką roślinnością wiosną 1933 r. sprowadzono ponad 6 tys. przedstawicieli elementu aspołecznego.

Skąd?

Głównie z Moskwy i Leningradu. Już po drodze wielu z nich zmarło z wycieńczenia w bydlęcych wagonach i potem na barkach. Podróż trwała wiele tygodni, a władze – w sytuacji powszechnych w ZSRS niedoborów – nie były w stanie zapewnić im prowiantu czy ciepłych ubrań. Ludzie byli w tym, w czym zabrano ich z ulic i domów. Jechali upakowani jak sardynki, warunki higieniczne urągały wszelkim możliwym standardom. W wagonach terror siali zawodowi kryminaliści, czyli urkowie, którzy rabowali co cenniejsze rzeczy. Gdy transport przybył na Nazino, ludzie byli skrajnie wyczerpani. Wielu było półtrupami. Żywcem się rozkładali, gnili.

Lokalne władze nie były chyba przygotowane na taki transport.

Wcześniej NKWD przywoziło im chłopów. A więc ludzi twardych, przyzwyczajonych do wysiłku fizycznego i znających naturę. Na ogół mieli oni ze sobą podstawowe narzędzia, trochę ziarna. Tym razem przywieziono mieszczuchów. Wielu z nich było w podeszłym wieku, bardzo wiele było wśród nich kobiet, ludzi ciężko chorych, inwalidów. Średnia wieku wynosiła 50–60 lat, a rekordzista miał lat 110. Oczywiście o żadnych zapasach jedzenia czy narzędzi nie mogło być mowy.

Gdzie ci ludzie zamieszkali?

Nigdzie. Po prostu wyładowano ich na nagiej wyspie. Pogoda była fatalna, panowało przejmujące zimno. Lokalna administracja nie przygotowała dla nich namiotów, bo była pewna, że zbudują sobie ziemianki. Jak to jednak zrobić, skoro nie ma narzędzi? Każdy, kto zna realia Związku Sowieckiego, wie, że nie można tam było dostać nawet najbardziej prymitywnych przyrządów, takich jak łopaty czy kilofy. Niewydolne fabryki nie były w stanie wykonać deklarowanych planów.

A czym karmiono ludzi na Nazino?

Lokalne władze przygotowały dla nich mąkę na chleb. Problem w tym, że nikt nie pomyślał o budowie pieców. Zabrano się do tego już po przybyciu transportu. Próbowano zbudować prymitywne, gliniane piece, ale okazało się, że ziemia jest zbyt zamarznięta, by można było w niej kopać. Wtedy zdecydowano się mąkę po prostu wydzielać. Doszło wówczas do dantejskich scen. Oszalali z głodu przesiedleńcy zaczęli się tratować, bić, gryźć, byle tylko przepchać się do rozdających jedzenie. Strażnicy zaczęli strzelać ostrą amunicją do tłumu. Istne pandemonium. W końcu jakoś to opanowano i rozpoczęto rozdawanie mąki. Przybysze nie mieli jednak żadnych naczyń. Kto chodzi po Moskwie z menażką? A władze nie miały skąd wziąć 5 tys. talerzy czy kubków. W efekcie wsypywano mąkę do kapeluszy, butów, a w większości przypadków po prostu do gołych rąk.

Jednak co zrobić z taką surową mąką?

Deportowani próbowali ją mieszać z lodowatą wodą z rzeki i połykać. Efektem była epidemia dezynterii. Dystrybucję mąki przejęli szybko urkowie, a co za tym idzie – olbrzymia liczba ludzi nawet jej nie powąchała. Aby otrzymać porcję, należało bowiem oddać buty albo jakieś ubranie, a przecież ludzie po drodze zostali z wszystkiego ograbieni. Byli dosłownie nadzy. Komuniści badający później tę sprawę stwierdzili, że na wyspie zaczęły obowiązywać zasady... „pierwotnej gospodarki socjalistycznej”. Spora część zapasu mąki została zresztą zmarnowana, bo nie było skąd wziąć wystarczającej liczby worków. Mąkę zwalono wprost na ziemię i została zasypana przez śnieg. To właśnie wówczas na wyspie doprowadzeni do rozpaczy ludzie zaczęli się zjadać.


Jak to wyglądało?

Ofiarami padały głównie młode kobiety. W archiwum Memoriału znajduje się następująca relacja Taissy Michaiłowny Czokariewy, która mieszkała w wiosce położonej w pobliżu wyspy: „Złapali ją, przywiązali do topoli, obcięli jej piersi, uda, wszystko, co się da zjeść, wszystko, wszystko. Byli głodni, każdy musi jeść. Wykrwawiła się, umarła. Takie rzeczy się zdarzały. Jak się szło po wyspie, to się widziało mięso zawinięte w szmaty. Mięso człowieka, którego pokroili”. To właśnie miejscowa ludność nazwała i do dziś nazywa Nazino „wyspą kanibali”.

Zachowały się jakieś raporty medyczne potwierdzające te opowieści?

Tak. Felczerzy oglądali zwłoki i zapisywali, że część z nich miała wycięte miękkie fragmenty ciała i narządy wewnętrzne. Wątroby, serca, płuca. A w jednym przypadku nawet genitalia. Kilku kanibali strażnicy złapali nawet na gorącym uczynku, ale wypuścili ich, bo „sowiecki kodeks karny nie przewidywał kary za nekrofagię”. O poziomie felczerów niech świadczy zaś to, że uznali przypadki kanibalizmu za objaw... „ottanizmu”, czyli połączenia terminów „atawizm” i „onanizm”.

Czytaj także:
Zoologiczna polonofobia Stalina

To, co działo się na Nazino, nie było jedynym przypadkiem ludożerstwa w „raju robotników i chłopów”.

Tak. Ludzie zjadali się podczas wywołanego przez bolszewików na Ukrainie i w Kazachstanie wielkiego głodu. A wcześniej zdarzało się to podczas wojny domowej. Jacques Rossi, autor słynnej „Encyklopedii mowy Gułagu”, opowiadał mi również o tzw. krowach. Byli to młodzi więźniowie łagrów namawiani do ucieczki przez kryminalistów. Gdy cała grupa oddalała się już o wiele kilometrów od obozu i kończył się zabrany prowiant, urkowie mordowali swoją „krowę” i zjadali jej mięso. W ten sposób mogli przeżyć długie tygodnie w tajdze.

Wróćmy na Nazino. Dlaczego, gdy władze się zorientowały, że sytuacja jest tak fatalna, nie dostarczono na wyspę jedzenia, sprzętu i zaopatrzenia?

Ponieważ – tak jak mówiłem – wszystko w Sowietach funkcjonowało tylko na papierze. Zapasy miały dostarczyć statki Gosparu, czyli państwowej kompanii zajmującej się transportem rzecznym. Problem w tym, że stały unieruchomione w portach. Zamontowano bowiem w nich akurat nowe niemieckie silniki, ale nie pomyślano o kupieniu oleju rafinowanego niezbędnego do funkcjonowania tych silników. Lokalna komendantura nie miała zaś dosłownie nic. Proszę sobie wyobrazić, że cała księgowość tej instytucji była prowadzona na kawałkach brzozowej kory! Skoro więc nie było papieru, to tym bardziej nie mogło być mowy o zdobyciu jedzenia, ubrań i narzędzi dla 6 tys. ludzi.

Jak zachowywali się wobec deportowanych na Nazino strażnicy i przedstawiciele lokalnych władz?

Niezwykle brutalnie. Traktowali ich gorzej niż zwierzęta. Bili, mordowali, upokarzali, a nawet ograbiali z resztek nędznego dobytku. Obżerali się na ich oczach. Doszło do tego, że urządzali polowania na ludzi. Po prostu strzelali do tych nieszczęśników dla sportu. Wybierali takich, którzy nie umieli pływać, i kazali im wsiadać do łódek i wiosłować. Gdy docierali na środek rzeki, kazali im skakać do wody. Oczywiście ludzie ci tonęli. Na porządku dziennym były doraźne egzekucje za rozmaite „przewinienia”. W swoim żargonie strażnicy nie mówili, że pilnują deportowanych, ale że ich wypasają.

Dlaczego tak ich traktowano?

To był element komunistycznej ideologii. Propaganda sowiecka rozbudzała dziką nienawiść do „wrogów ludu”. Jeden z lokalnych bolszewickich działaczy tak mówił koledze, który starał się zdobyć dla deportowanych buty i odzież. „Towarzyszu Szpiek, nic nie rozumiecie z polityki naszego państwa. Naprawdę myślicie, że te elementy przysłano tutaj, żeby je reedukować? Nie, towarzyszu, musimy kombinować tak, żeby do wiosny wszyscy pozdychali. Sami widzicie, w jakim stanie ich się nam przysyła. Wysadzą ich na brzegu rzeki obdartych, gołych. Gdyby państwo naprawdę chciało ich reedukować, ubrałoby ich bez naszej pomocy”.

Zdarzały się ucieczki?

Tak, na ogół ludzie klecili jakieś prymitywne tratwy i starali się za ich pomocą dostać na brzeg. Byli jednak zabijani przez strażników – którzy otwierali ogień bez ostrzeżenia – albo tonęli z wycieńczenia. Na odcinku kilkudziesięciu kilometrów w dół rzeki okoliczni mieszkańcy wyławiali ludzkie ciała. Były ich setki.

Ilu ludzi zginęło na Nazino?

W ciągu kilku tygodni dwie trzecie spośród 6 tys. deportowanych. Było to na tyle szokujące nawet jak na stosunki sowieckie, że powołano w tej sprawie komisję. Stało się tak za sprawą Wasilija Wieliczkowa, partyjnego instruktora-propagandzisty pracującego w okolicy. Gdy dowiedział się o tym, co wyrabia się na Nazino, był zszokowany i napisał pełen oburzenia list do samego Stalina.

Dobry komunista?

Problem w tym, że Wieliczkowa najbardziej oburzyła nie sama zbrodnia na Nazino, ale to, że wśród wykończonych na niej ludzi było kilkudziesięciu aresztowanych przypadkowo członków partii komunistycznej. Na przykład żonie pewnego ważnego bolszewika urkowie obcięli piersi i je zjedli.

Jak zareagował Stalin na ten list?

Powołał wspomnianą specjalną komisję. Bolszewicy uwielbiali bowiem podobne rozwiązania. Mnożenie kolejnych instytucji, które miały wyjaśniać błędy poprzednich. Z prac tej komisji, która działała w drugiej połowie 1933 r., niewiele wynikło. Jedynie komendanta Nazino Cepkowa i kilku jego współpracowników zdymisjonowano i wpakowano na rok–dwa lata do łagrów. Zysk był taki, że ja – pisząc po kilkudziesięciu latach książkę o Nazino – mogłem wykorzystać wytworzone przez komisję dokumenty.

Jak skończyła się ta cała historia?

Takich miejsc jak Nazino było bardzo dużo. Setki tysięcy ludzi musiały zginąć, aby sowieckie kierownictwo przyjęło wreszcie do wiadomości, że wielki plan kolonizacji Syberii sporządzony przez Gienricha Jagodę to całkowita utopia. W końcu został on więc wyrzucony do kosza, a bolszewicy zabrali się do opracowywania kolejnych, równie zbrodniczych i równie utopijnych projektów. Tak właśnie działał Związek Sowiecki, to unikalne w dziejach świata połączenie totalitaryzmu z chaosem.


Nicolas Werth jest znanym francusko-brytyjskim sowietologiem. Napisał rozdziały poświęcone Związkowi Sowieckiemu w „Czarnej Księdze Komunizmu”. Jest dyrektorem Institut dʼHistoire du Temps Présent (IHTP) w Paryżu. Napisał między innymi „Histoire de l’Union soviétique de Lénine a Staline”, „Les Proces de Moscou (1936–1938)” i „L'État soviétique contre les paysans”. Jego najbardziej znaną książkę „Wyspa kanibali” wydało w Polsce wydawnictwo Znak.


Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 8/2014
Artykuł został opublikowany w 8/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 20
  • TTTTT IP
    Komunizm dla świata był gorszy nawet od nazizmu!
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 0
    • Jechwoparch IP
      Goebellsowska propaganda neonazistów trwa w najlepsze. To taka prawda jak ich ta cała czarna księga komunizmu
      Dodaj odpowiedź 1 8
        Odpowiedzi: 0
      • spenalizować marksizm w każdej odmianie IP
        nieźle, nieźlem marksiści to gorzej niż zwierzęta i należy ich wyjąć spod prawda bo zrobią nam znowu coś takiego.
        Dodaj odpowiedź 11 1
          Odpowiedzi: 0
        • pytający niedowiarek IP
          Jeżeli nie wierzę na słowo w te super hitoryjki, to jakie i gdzie zgromadzone dowody zebrali panowie historycy?
          Dodaj odpowiedź 2 23
            Odpowiedzi: 0
          • Hans738434 IP
            Jeśli się nie opamiętamy to i nas ktoś urządzi taką wyspę dla ateistów, gejów, czarnych i arabów....
            Dodaj odpowiedź 26 137
              Odpowiedzi: 5
            • MrCin IP
              Treść została usunięta
              Dodaj odpowiedź 15 225
                Odpowiedzi: 5

              Czytaj także