Potęga polskiej husarii

Potęga polskiej husarii

Atak husarii na obrazie Józefa Brandta z 1898 r.
Atak husarii na obrazie Józefa Brandta z 1898 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 4
Dopóki husaria zwyciężała, dopóty Rzeczpospolita zadziwiała świat, a jej kryzys zapoczątkował upadek Korony i Litwy zakończony rozbiorami. Przez całe wieki opisywano ją jako niezwyciężoną i niezłomną. Jednak wokół tej formacji nagromadziło się wiele mitów i niedomówień, które ze względu na brak źródeł oraz zachowanych elementów rynsztunku rozwiązać możemy tylko za pomocą rekonstrukcji zbroi, rzędu, konia i sposobów walki tej formacji.

Husarze uważali się za bezpośrednich spadkobierców rycerstwa polskiego i podporę Rzeczypospolitej. Twierdzili, że zasłaniają ją swymi piersiami przed wrogiem: „Jeżeliby niebiosa zapaść się miały, to my je podtrzymamy na ostrzach kopii”. To mit, bo poza szlacheckim duchem i honorem husaria nie miała nic wspólnego z rycerskimi chorągwiami ziemskimi z początku XV w.

Na Moskwę

Jak uważają Jerzy Cichowski i Andrzej Szulczyński, wywodziła się ona od serbskich jeźdźców określanych mianem „usar” lub „gusar”, którzy pojawili się w 1500 r. Często zwano ich racami, a pierwszą bitwą, w której wzięli udział, było starcie z Tatarami pod Kleckiem w 1506 r. Osiem lat później Konstanty Ostrogski dysponował już pod Orszą 800 husarzami.

Racowie nadawali się do pościgów i walk z Tatarami oraz Turkami, jednak nie tworzyli osobnych oddziałów. Chorągwie jazdy polskiej składały się z ciężkich i zanikających powoli kopijników osłoniętych pełnymi pancerzami płytowymi, lekkich raców służących z drzewkiem, czyli długą kopią, oraz strzelców wyposażonych w kusze. Im dalej w wiek XVI, tym kopijników było coraz mniej, a coraz więcej szlachty – i to zamożnej, z dobrych domów – służyło „po usarsku”. Wreszcie w 1576 r. król Stefan Batory zreformował jazdę koronną, likwidując strzelców i niedobitki kopijników. Powstały chorągwie husarskie liczące od 50 do 100 koni i składające się z pocztów będących pozostałością dawnej rycerskiej kopii. Tworzyli je towarzysze – zwykle zamożni szlachcice – przyprowadzający do oddziału od dwóch do nawet siedmiu pocztowych zwanych pachołkami i podobnie uzbrojonych. Struktura ta może wydawać się archaiczna, ale podobną organizację miały kompanie zaciężnych rajtarów, gdzie towarzysz stawał do boju w towarzystwie jednego knechty lub dwóch.

Batory nakazał ujednolicić rynsztunek husarzy. Mieli używać pancerzy (kolczug) lub półzbroi płytowych, karwaszów albo zarękawi, szyszaków, pałaszy, szabel, koncerzy oraz oczywiście tzw. drzewek.

Nowo sformowana jazda sprawdziła się w bitwie nad Jeziorem Lubieszowskim, gdzie rozbiła wojska zbuntowanego Gdańska. Kolejne dziesięciolecia okazały się złotym wiekiem husarii. W roku 1601 pod Bukowem Jan Zamoyski pokonał dzięki niej hospodara wołoskiego – Michała Walecznego. Cztery lata później, pod Kircholmem, hetman Jan Karol Chodkiewicz, dysponujący zaledwie 3,5-tysięcznym wojskiem, którego znaczną część stanowili husarze, zwyciężył 11-tysięczną armię szwedzką.

Kolejne zwycięstwo stało się wydarzeniem praktycznie bez precedensu w historii wojen. W czasie walk o zdobycie Moskwy, w 1610 r. pod Kłuszynem, Stanisław Żółkiewski na czele około 3 tys. ludzi – w większości husarii – pobił połączone armie moskiewsko-szwedzkie liczące ze służbą nawet do 48 tys. ludzi, co oznaczało prawie 14-krotną przewagę nad armią koronną! W bitwie tej husaria dokonywała cudów – kilkakrotnie szarżowała na Moskali i Szwedów, obalała piersiami końskimi płoty i przeszkody, a wcześniej maszerowała ponad 40 km.

Mało kto dziś zdaje sobie sprawę, że husarze z przełomu XVI i XVII w. wyglądali inaczej niż skrzydlaty jeździec wystawiony w Muzeum Wojska Polskiego. Przede wszystkim nie wszyscy posiadali półzbroje płytowe. Od czasów Batorego aż do lat 30.–40. XVII w. wielu towarzyszy używało pancerza, czyli kolczugi, na którą nakładano płytowy napierśnik włoskiego typu zwany animą. Głowę chronił szyszak w kształcie dzwonu z daszkiem, nakarcznikiem i nosalem, często jednak zamiast niego używano po prostu kapalinu – hełmu z płaskim, podobnym do kapelusza rondem, zaopatrzonym jednak w nakarcznik i nosal chroniący twarz.

Późniejsza zbroja husarska miała odpowiedniki w innych armiach. Niemieccy rajtarzy i arkebuzerzy często wyglądali podobnie jak husaria, różniły ich jednak detale zbroi, czasem brak naramienników i skrzydeł. Rajtarzy używali nierzadko szyszaków podobnych do husarskich, które zostały upowszechnione na zachodzie przez Gottfrieda Pappenheima służącego w polskiej armii.

Sami przeciw wszystkim

Po zakończeniu wojen moskiewskich husaria ciągle była potrzebna. W czasie obrony Chocimia w 1621 r. wykonała niesamowitą szarżę, kiedy 7 września 600 jeźdźców spędziło z pola walki ponad 10 tys. żołnierzy tureckich. Niestety, kolejne lata przyniosły wojnę o ujście Wisły, gdzie polska jazda musiała mierzyć się z armią szwedzką zreformowaną przez Gustawa Adolfa i dysponującą dużą siłą ognia. W roku 1626 husaria poniosła dwie pierwsze porażki – pod Walmozją w Inflantach i pod Gniewem, gdy szarże prowadzone w trudnym terenie załamały się w ogniu szwedzkich muszkietów. Nie był to jednak kres znaczenia tej jazdy. W dalszym ciągu była ona w stanie – za cenę dużych strat – przełamać szyk piechoty, tyle że Gustaw Adolf, mając w pamięci poprzednie klęski, wykorzystywał przeszkody terenowe lub umocnienia, uniemożliwiające wykorzystanie impetu polskiej jazdy. Jak podaje Radosław Sikora w „Fenomenie husarii”, skutecznie unikał walnej bitwy, a hetman Stanisław Koniecpolski, nie mogąc wywabić go z obozu, zaczął stosować taktykę wojny szarpanej. W ten sposób udało mu się zaskoczyć i pobić Gustawa Adolfa w 1629 r. pod Trzcianą, gdzie szwedzki król o mało nie zginął z ręki polskiego husarza.

W roku 1633 widzimy husarię w czasie walk pod Smoleńskiem z Moskalami i Kamieńcem Podolskim – z Turkami i Tatarami. W okres wojen kozackich od 1648 r., a potem polsko-moskiewskich o Ukrainę i wreszcie szwedzkiego potopu w latach 1655–1656 weszła już odmieniona i zreformowana. Jako uzbrojenie ochronne upowszechniły się półzbroje, zamiast wcześniejszych kolczug atakowała też w płytszym, trzy- lub czteroszeregowym szyku.

Ruina Rzeczypospolitej spowodowała zubożenie szlachty i spadek liczby kosztownych chorągwi husarskich. Jak podaje Jan Wimmer, w samej tylko Koronie w latach 1655–1660 było ich zaledwie dziewięć. Wciąż jednak odnosiły one sukcesy w walkach z przeważającym przeciwnikiem. W bitwie pod Warszawą w 1656 r., gdzie husaria przełamała lewe skrzydło Szwedów. Pod Kutyszczami w 1660 r., gdy 140 skrzydlatych jeźdźców rozbiło 1 tys. Kozaków i około 700 moskiewskich rajtarów. Wtedy właśnie, na Litwie, w bitwie pod Połonką doszło do epizodu, o którym pisał hetman Paweł Sapieha: „Zamieszała husaria z kopiami piechotę i [...] żaden drzewca darmoć nie skruszył. Jam tego nie widział, ale godny wiary towarzysz powiada, iż sześciu na jednej kopiej widział Moskalów”.

Liczbę husarii powiększył czterokrotnie – jak podaje Radosław Sikora – hetman, a potem król Jan III Sobieski. To za jego czasów, w 1673 r., jazda przeprowadziła miażdżącą szarżę na Turków w drugiej bitwie pod Chocimiem, a potem miała największy udział w legendarnym zwycięstwie pod Wiedniem w 1683 r. Ciekawe, że wedle najnowszych ustaleń w generalnej szarży 12 września husaria ustawiona została nie tylko na prawym skrzydle polskim, ale także na całej szerokości frontu sprzymierzonych! Jak wynika z relacji – również cudzoziemskich – do centrum i lewego skrzydła Sobieski wysłał od 6 do 12 chorągwi husarskich, które zaatakowały i złamały wroga, zanim Austriacy i Niemcy zdołali uderzyć. Ostateczna zwycięska szarża była zatem dziełem wyłącznie armii polskiej!

Czytaj także:
Bitwa pod Hodowem - husarskie Termopile

Jedną z ostatnich wygranych bitew z udziałem husarii były Parkany 9 października 1683 r. Jednak jeszcze w 1694 r. 400 spieszonych husarzy odparło w bitwie pod Hodowem atak Tatarów, których było – jak liczono – nawet 40 tys., co daje stosunek siły 1:100!

Nadchodził koniec znaczenia tej formacji. W 1702 r., w bitwie ze Szwedami pod Kliszowem, szarża husarii załamała się w ogniu piechoty wyposażonej w nowoczesne flinty z zamkami skałkowymi. Ostatnia szarża odbyła się w 1716 r. pod Kowalewem Pomorskim – w czasie walk konfederatów tarnogrodzkich z wojskami króla Augusta II.

Do koni!

Nie wiemy dziś, jak wyglądały ani jakiej rasy były bojowe konie używane przez husarię. Cudzoziemcy określali je mianem koni polskich, obok których używano także wierzchowców tureckich zwanych turkami. W drugim przypadku prawie na pewno chodzi o wierzchowce zwane dziś arabami. Do tej właśnie rasy należał na przykład ulubiony rumak Jana III Sobieskiego – Pałasz. Jeśli chodzi o pozostałe, to możemy tylko wskazać spośród dostępnych ras takie ich odpowiedniki, które wielkością, dzielnością i temperamentem odpowiadają wierzchowcom używanym przez husarię. Ważną wskazówką będą wymiary zachowanych kulbak i uzd.


Z całą pewnością możemy odrzucić większość współczesnych ras, wyhodowanych w wiekach XVIII i XIX. A zatem konie angielskie, folbluty i – jak powiadał poczciwy, przedwojenny gen. Eugeniusz Ślaski – półkrówki SP, trakeny, śląskie, fryzyjskie, westfalskie, holsztyńskie, hanowerskie i wiele innych. Co więc zostaje? Jedna rasa, która wywodzi się od dawnych polskich wierzchowców: koń małopolski, o dziwo świetnie nadający się pod siodło, wytrzymały i spokojny.

Araby i małopolaki to jedyne konie, do których dopasować można repliki kulbak z XVII-wiecznym rozstawem ławek. Niestety, dzisiejsze małopolaki nie są idealnymi potomkami tych sprzed 400 lat, bo w ciągu wieków były uszlachetniane między innymi domieszką genów koni angielskich, orientalnych, a nawet kabardyńców z Kaukazu.

Wbrew temu, co można by sądzić, orientalny koń polski z XVII w. – podobnie jak dzisiejszy arab – nie był wysoki i mierzył w kłębie około 150–155 cm. Należy pamiętać jednak, że 400 lat temu ludzie byli mniejsi i drobniejsi. Konie husarii były wytrzymałe, odporne na trudy i brak dobrej paszy, a przy tym szybkie i – co najważniejsze – bardzo zwrotne.

Bojowy rumak był oczywiście szkolony do walki. Jednak owa „wyprawa konia po husarsku” nie była skomplikowanym treningiem dostępnym tylko dla wtajemniczonych. Dzisiaj każdy jeździec posiadający ujeżdżonego, pojętnego i spokojnego konia jest w stanie nauczyć go większości jej elementów. Według sarmackiego podręcznika szkolenia koni, czyli „Hippiki” Krzysztofa Pieniążka z 1607 r., wierzchowca szkolono w następujący sposób: wykreślano na ziemi dwa styczne koła o promieniu około 9 metrów każde. W okręgach tych ćwiczono skręty konia, ujeżdżając go najpierw stępem i kłusem, a potem galopem. Później przygotowywano ścieżkę o długości około 35 metrów zakończoną podwójnymi kołami o średnicy około 3,5 metra. Wszystko po to, aby rozpędzać na tym torze, a następnie ćwiczyć zawracanie na końcach. Był to ważny element szkolenia wojskowego – przygotowywanie rumaka do nagłego zwrotu i odskoku po uderzeniu na wroga.

Czytaj także:
Lisowczycy - polscy jeźdźcy apokalipsy

Ćwiczenia te zdoła wykonać dziś prawie każdy bardziej zaawansowany jeździec. Sęk jednak w tym, że bardzo trudno zmieścić się w opisanych przez Pieniążka okręgach. Trenując w opisany sposób własnego wierzchowca, mam wrażenie, że współczesne konie są większe i dłuższe niż w XVII w. Stąd bardzo trudno bez ćwiczeń zrobić zwrot w galopie na malutkim kółku o średnicy 3,5 metra, i to w dodatku wtedy, gdy wykonuje je jeździec w zbroi. Znacznie prościej zawrócić, wykonując na końcu linii półpiruet lub zatrzymując się i robiąc zwrot przez zad, jednak staropolskie podręczniki nic na ten temat nie mówią. Być może Pieniążkowi nie chodziło o to, aby jeździec wymuszał na koniu pewne manewry przez pomoce, ale aby poprzez regularne ćwiczenia sprawił, by koń sam nauczył się wykonywać ciasne zwroty.

Jedynym trudnym elementem wyprawy husarskiej była nauka tzw. korwetowania, zaadaptowana z włoskiej szkoły jazdy. Polegała ona na nauczeniu konia, aby podnosił się na tylnych nogach i wykonywał jeden lub kilka podskoków. Było to przydatne w trakcie walki, jeśli jeździec zostawał otoczony przez kilku przeciwników. Wówczas podskok konia pozwalał się ich pozbyć i przygotować do wykonania zwrotu w ciasnym miejscu.

Drzewka śmierci

Husaria górowała nad Szwedami, Moskwą i Turkami umiejętnością szarży, którą w XVI w. częściowo zatraciła kawaleria zachodnioeuropejska, preferując karakol – czyli natarcie z wykorzystaniem broni palnej. Jazda polska nie szarżowała jednak na podobieństwo dawnych rycerzy; już w XVI w. wyposażono ją w broń, która miała niewiele wspólnego z dawną kopią. Dlatego zwano ją drzewkiem.

Było to po prostu długie do nawet 6 metrów drzewce z grotem na końcu. Wykonywano je w prosty sposób – długi i cienki drąg rozpiłowywano, a następnie wydłubywano ze środka drewno i obie połówki sklejano na powrót, czasem dodatkowo oplatając rzemieniem lub włóknami konopnymi. Tak przygotowana broń była lekka i w dodatku dłuższa niż piki piechoty. Husarz dosięgał nią pikiniera, zanim w niego samego (lub częściej jego konia) wbiło się wrogie ostrze. Zwalał z konia rajtara, zanim ten zdołał dosięgnąć go rapierem lub skutecznie wystrzelić z pistoletu.

Dodatkowo husarze przewozili „drzewka” osadzone w tokach (wytokach), skórzanych tulejach zaczepionych o przedni łęk kulbaki. W trakcie ataku husarze mogli pochylić kopię, nie wyciągając jej z toku, co odciążało rękę jeźdźca.

Drzewko było doskonałą bronią do szarży. Kiedy podczas rekonstrukcji bitwy pod Kłuszynem w 2010 r. w trakcie pokazowej szarży husarii ustawiłem się na koniu na wprost atakującej grupy jeźdźców, wrażenie było porażające. Stojąc na wprost atakującej husarii, trudno się zorientować, jaka jest prawdziwa długość „drzewek”, bo ich proporce rozpraszają wzrok. Rozpędzony grot dostrzega się dopiero wówczas, gdy jest w odległości około dwóch–trzech metrów od oczu, wówczas jednak nie ma już czasu na jakiekolwiek działanie. Najemni pikinierzy z armii szwedzkiej pod Kircholmem i Kłuszynem mogli być zatem bardzo zaskoczeni długością kopii ich przeciwników.

Kopia łamała się zawsze po uderzeniu w cel. Dlatego husaria przystępowała do bitwy w płytkim szyku liczącym za czasów Sobieskiego trzy szeregi, aby uderzyć od razu jak największą liczbą kopii. Jeśli po ich skruszeniu nie przełamała szyku wroga, to zawracała po nowe „drzewka”, a jeśli ich nie miała – szarżowała znowu z koncerzami albo szablami.

Skrzydlate zbroje?

Skrzydła do dziś budzą spory. Husaria używała ich czy nie? Dysponujemy zarówno źródłami pisanymi, jak i ikonograficznymi, które potwierdzają ich użycie. Jedni historycy argumentowali, że nie da się w nich jeździć, nie można wsiąść na konia. Drudzy – że były stosowane, bo ich szum płoszył wierzchowce przeciwnika, zatrzymywał tatarskie arkany, a nawet odciążał konia.

Prawda jest dosyć prozaiczna – po założeniu półzbroi husarskiej ważącej od 12 do 16 kg dodatkowy kilogram w postaci skrzydła jest prawie niewyczuwalny. Do tego stopnia, że przebywając w domu, łatwo coś zdemolować albo połamać konstrukcję na przykład przy nieostrożnym przechodzeniu przez drzwi.

Czytaj także:
Rewanż za potop. Polscy jeźdźcy apokalipsy

Skrzydła na plecach komplikują nieco wsiadanie i zsiadanie z konia, zwłaszcza jeśli ich dolna część jest zbyt długa. Czy szumią w czasie szarży? Bywałem świadkiem, kiedy atakowało nawet 60 wierzchowców. Szumu nie było. Niewątpliwie jednak nawała skrzydlatych jeźdźców wywoływała popłoch wśród koni wroga, bo wspominają o tym niemal wszyscy cudzoziemcy mający styczność z opisywaną formacją.

Ze skrzydłami związany jest jednak jeszcze jeden mit – często rysuje się lub ukazuje je przymocowane do pleców husarzy. Takie noszono dopiero w XVIII w., kiedy opisywana formacja stała się wojskiem paradnym i pogrzebowym. W XVI i XVII w. często występowało pojedyncze skrzydło, i to w dodatku mocowane do zbroi pocztowego, a nie towarzysza. W wielu przypadkach przytwierdzano je nie do naplecznika zbroi, ale do tylnego łęku kulbaki – tak jak na „Rolce sztokholmskiej” pokazującej husarię z 1605 r. Umieszczano je także na tarczach albo u lewego boku jeźdźca.

Upadek legendy

Husaria upadła z dwóch podstawowych przyczyn. Pierwszą był niedowład skarbowy I Rzeczypospolitej, która nie była w stanie wypłacać na czas żołdu wojsku. Ponieważ służba w elitarnej jeździe wymagała dużych wydatków, już w latach 70. XVII w. wielu towarzyszy wyjeżdżało do swych majątków, pozostawiając pod chorągwią czeladź. Doprowadziło to do powstania instytucji towarzyszy sowitych, będących husarzami tylko z nazwy i nieprzebywających pod chorągwią, a w zamian za to wystawiających dodatkowego zastępcę – pocztowego. Także rotmistrzowie – dowódcy chorągwi – poczęli wyręczać się porucznikami, a ci z kolei – namiestnikami, co powodowało spadek morale i sprawności bojowej.

Druga przyczyna była natury technicznej – pod koniec XVII w. udoskonalono broń palną, wprowadzając skałkowe karabiny piechoty, strzelające szybciej i celniej niż muszkiety, tak jak pod wspomnianym Kliszowem. Odtąd „drzewko” już na zawsze musiało ustąpić miejsca kuli.

Jacek Komuda

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2015
Artykuł został opublikowany w 1/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 4
  • Norman IP
    Nie zgadzam się, że przyczyną upadku husarii w XVIII w. był rozwój broni palnej. Przecież w innych armiach były oddziały ciężkiej jazdy - kirasjerów, które jeszcze w czasach ponapoleońskich uważano za wartościowe.
    Dodaj odpowiedź 4 1
      Odpowiedzi: 0
    • Pawcio IP
      Ciekawy artykul choc mnostwo przeinaczen i polprawd.....jesli sie bazuje na najlepszym specjaliscie od husarii Panu Radoslawie Sikorze prosze robic to stuprocentowo.....wyjasnil on fachowo dlaczego doszlo do upadku husarii na przelomie XVII/XVIII wieku. Zatem : bitwa pod Gniewiem....ostatecznie husaria przelamala ten 'potezny lud ognisty' w jednej szalenczej szarzy...ale strona polska nie rozbila Szwedow zabezpieczonych przez 'fortele'i warunki terenowe oraz Szwedzi nie rozbili Polakow, bo musieliby wyjsc w pole poza swoje 'fortele' (ale wtedy bylby drugi Kircholm)....wynik remis taktyczny...porazka dla strony polskiej w wymiarze strategicznym; pod Hodowem spieszeni byli bodajze takze pancerni jesli mnie pamiec nie myli a nie mam ksiazki pod reka by sprawdzic; i kolejny raz trzeba odkrecac nagminnie powtarzany mit o niezwyklej skuteznosci broni palnej( patrz R.Sikora ) to nie karabiny z zamkami skalkowymi powstrzymaly husarie a braki w morale i szkoleniu.....owczesna husaria moze wygladala jak ta z lat wczesniejszych ale NIE POTRAFILA SZARZOWAC I WALCZYC jak swoi poprzednicy( patrz R.Sikora)....P.S.: a propo skutecznosci broni palnej...to co z napoleonskimi kirasjerami rozbijacacymi wrogie czworoboki piechoty? co z somossiera??? co z kawaleria XX-wieczna????
      Dodaj odpowiedź 11 0
        Odpowiedzi: 0
      • Polska suwerenna IP
        Husaria - "towar eksportowy" jeśli chodzi o polską narracje narodową.
        Tak USA zbudowały swój etos na westernach kręconych masowo.

        Ale po co kręcić filmy reklamujące Polskę w pop-kulturze ?! Po co promować Polskę?!

        Miarą polskiego ministra kultury jest liczba filmów o husarii.

        Panie Gliński niech sie pan weźmie do roboty.
        Dodaj odpowiedź 19 1
          Odpowiedzi: 1

        Czytaj także