HistoriaAkcja na modłę Stalina. Jak „ludowa” Polska wypędziła Ukraińców

Akcja na modłę Stalina. Jak „ludowa” Polska wypędziła Ukraińców

Pozostałości cmentarza na Łemkowszczyźnie
Pozostałości cmentarza na Łemkowszczyźnie / Źródło: fot. BEW
Dodano 11
Polscy żołnierze weszli do każdego domu i powiedzieli: „Macie trzy godziny na spakowanie się, wysiedlamy was wszystkich”.

Między latem 1944 a wiosną 1945 r. Armia Czerwona zajęła ogromne obszary w sercu Europy, a w ślad za nią rozpoczęły się przymusowe wędrówki ludów. Stalin urządzał środek kontynentu wedle założeń sowieckiej polityki, nieliczącej się z sytuacją ukształtowaną w ciągu wieków. Obok milionów Polaków i Niemców również setki tysięcy Ukraińców musiały opuścić swe rodzinne „małe ojczyzny”. Zanim przejdziemy do akcji „Wisła” – w której wyniku Ukraińcy i Rusini zostali przesiedleni ze wschodniej Lubelszczyzny i Podkarpacia na zachodnie Pomorze, Dolny Śląsk, ziemię lubuską oraz Warmię i Mazury – powiedzmy o ich migracji, a także wypędzeniach na wschód, w powojenne granice ZSRS.

Wraz z Sowietami

O przesiedleniach Ukraińców na wschód niemal się nie pamięta, a przecież objęły one o wiele więcej ludzi niż akcja „Wisła”, stanowiąca zresztą w pamięci dotkniętych nimi mieszkańców ciąg dalszy tego samego zjawiska. Przesiedlenia te były wynikiem umów zawartych już 8 września 1944 r. między marionetkowym Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a rządami trzech również marionetkowych republik sowieckich – ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej. Ze strony komunistycznego PKWN podpisał umowę Edward Osóbka-Morawski, a ze strony ukraińskiej – Nikita Chruszczow. „Porozumienie” wykonywano według tajnej sowieckiej instrukcji przekazanej kilka dni później przez przedstawiciela ZSRS przy PKWN gen. Nikołaja Bułganina, a pełnomocnikiem ds. jej wykonania został Mykoła Pidhornyj (czyli Nikołaj Podgorny, późniejszy przewodniczący Rady Najwyższej ZSRS).

Czytaj także:
Ludobójstwo na Wołyniu

Zgodnie z umową polsko-ukraińską do Polski mieli zostać „repatriowani” (faktycznie: depatriowani, czyli pozbawieni ojczyzny) Polacy i Żydzi z dawnych województw: tarnopolskiego, stanisławowskiego i lwowskiego, natomiast z ziem pozostawionych przy przyszłej PRL (województw: rzeszowskiego, lubelskiego i krakowskiego) – Ukraińcy i Rusini. Obszar „repatriacji” podzielono na 15 rejonów, w których działały komisje pekawuenowsko-sowieckie, przyjmujące i weryfikujące zgłoszenia chętnych do wyjazdu i organizujące transporty. Założenie, że Ukraińcy będą chcieli opuścić rodzinne strony dobrowolnie, sprawdziło się do pewnego stopnia w pierwszej fazie przesiedleń, zwłaszcza wśród naiwnych Rusinów.

Zachętami do wyjazdu miało być zwolnienie od wszelkich podatków oraz anulowanie wszystkich zaległych płatności. Obiecywano ekwiwalenty za pozostawione mienie oraz nadziały do 15 ha ziemi. Poza „marchewką” dla chętnych do wyjazdu był też „kij” dla opornych – wyłączenie ludności ukraińskiej z reformy rolnej, likwidacja szkolnictwa ukraińskiego, delegalizacja Kościołów: greckokatolickiego i polskiego autokefalicznego prawosławnego. Z 500 tys. osób, które – jak szacowano – były uprawnione do wyjazdu, wyjechało do połowy 1945 r. 80 tys. Były to przeważnie rodziny ukraińskie z wiosek spalonych podczas działań wojennych i partyzanckich.

Efekty akcji uznano za niewystarczające. Zrezygnowano z zasady dobrowolności i zastosowano przymus, przy czym wysiedlano nawet rodziny czerwonoarmistów – zgodnie z przedwojennymi prawami zakazującymi obywatelom polskim służby w obcej armii, a także zamieszkiwania na terenach przygranicznych (dotknęło to zwłaszcza Łemków). Wysiedleń dokonywano pod nadzorem trzech dywizji wojska (3., 8. i 9.) oraz UB i MO. Akcja ta zyskiwała jednak w społeczeństwie polskim rosnące poparcie, ponieważ UPA rozpoczęła działania zbrojne, dywersyjne i odwetowe, a pamięć niedawnych zbrodni dokonywanych przez tę organizację przeciwko naszemu narodowi stanowiła niezagojoną ranę. Do końca 1945 r. przesiedlono ponad 80 tys. osób (ponad 20 tys. rodzin).

Kolejne wysiedlenia – w pierwszej połowie 1946 r., dokonywane nadal na podstawie przedłużanej umowy z Sowietami z 1944 r. – miały już przebieg dramatyczny. Zastępca szefa Sztabu Generalnego gen. Stefan Mossor wydał rozkaz utworzenia – jak na wojnie – Grupy Operacyjnej „Rzeszów” pod dowództwem gen. Jana Rotkiewicza, do której poza wymienionymi dywizjami dołączono dodatkowe pułki WP, a także wszystkie siły WOP, KBW, UB i MO. Wojsko przeprowadziło pacyfikacje kilku wsi (m.in. Terki i Zawadki Mochorowskiej), podczas których zginęły dziesiątki mieszkańców. Aresztowano członków greckokatolickiej kapituły przemyskiej wraz z bp. Hryhorijem Łakotą. I tak w pierwszej połowie 1946 r. wysiedlono ponad ćwierć miliona osób; niemal 50 tys. rodzin.

Oblicza się, że zanim rozpoczęto akcję „Wisła”, tereny pod jurysdykcją państwa polskiego opuściło blisko 480 tys. Ukraińców – zdecydowana większość z nich pod przymusem. Zauważmy też jednak, że w tym samym czasie z terenów II RP zaanektowanych do Ukraińskiej SRS wysiedlono niemal dwukrotnie więcej Polaków, dla których Małopolska Wschodnia i Wołyń były najbliższą ojczyzną. A pamiętajmy, że liczni Polacy uciekli stamtąd wcześniej do centralnej Polski w obawie przed rzeziami UPA, nadchodzącą Armią Czerwoną i następną okupacją sowiecką.

Akcja im. generała Ś.

Oto relacja Jewhena Czubyńskiego, mającego sześć lat, gdy na przełomie kwietnia i maja 1947 r. wysiedlano jego rodzinną wioskę Hroszówkę w powiecie brzozowskim (relacja spisana po ukraińsku, a zamieszczona przez Bogdana Huka w opracowaniu „1947”):

„Najstraszniejszym dniem dla naszej wsi był 27 kwietnia 1947 roku. Wczesnym rankiem przyjechało dużo polskiego wojska, okrążyli oni wieś tak szczelnie, że nawet kot czy pies nie zdołały uciec. Żołnierze weszli do każdego domu i powiedzieli: »Macie trzy godziny na spakowanie się, wysiedlamy was wszystkich«. Ludzie brali ze sobą, co kto miał, ale było tego niewiele, bo konie, krowy, lepsza odzież zostały już zrabowane przez Polaków. Ludzie szli jedynie z tłumoczkiem w rękach albo na plecach. Zapędzili nas do punktu zbiorczego we wsi Wara. Tego dnia wysiedlili także Jabłonicę. Przez kilka dni trzymali nas wszystkich w stodole. Ci, którzy nie mieli co jeść, dostawali pożywienie od wojska, które zarazem pilnowało nas ze wszystkich stron. Żołnierze powiedzieli, że jeśli ktoś będzie uciekać, będą do niego strzelać. Były z nami także polskie rodziny z naszej wsi, chociaż wojsko chciało ich zostawić, dlatego że byli Polakami. Ale oni powiedzieli nie, bo jak jedzie cała wieś, to oni też pojadą… Śmiesznie było z tymi wywiezionymi wraz z nami Polakami, bo nikt nie wierzył, że są oni Polakami, tym bardziej że nie potrafili nawet mówić dobrze po polsku”.

28 kwietnia 1947 r. Zgodnie z decyzją Biura Politycznego KC PPR – i planem akcji sporządzonym na rozkaz ministra obrony narodowej marsz. Michała Roli-Żymierskiego przez gen. Mossora – rozpoczęła się akcja „Wisła”. Na dowódcę wyznaczono właśnie gen. Mossora, na zastępcę ds. bezpieczeństwa – Grzegorza Korczyńskiego, a na zastępcę ds. KBW – płk. Juliusza Hibnera. Operacja polegała na przymusowym wysiedleniu wszystkich Ukraińców i Rusinów, jacy pozostali na tzw. Zakerzoniu. Tak w OUN i UPA nazywano tereny leżące na zachód od domniemanej linii Curzona, mającej ograniczać od wschodu terytoria polskie po I wojnie światowej. Wedle nacjonalistów ukraińskich po II wojnie owa linia miała biec wzdłuż Dunajca i Sanu, a dalej na północ pozostawić po stronie ukraińskiej również Chełmszczyznę i Zamojszczyznę.

Co ciekawe, roszczenia do tych ziem wysuwali jeszcze w 1944 r. również dostojnicy sowieccy pochodzenia ukraińskiego z Nikitą Chruszczowem i Ołeksandrem Kornijczukiem na czele (dramatopisarz i minister USRS, mąż Wandy Wasilewskiej). Wyglądałoby więc na to, że polscy komuniści – usuwając żywioł ukraiński z tych terenów – chcieli wytrącić z ręki argument zarówno nacjonalistycznym, jak i bolszewickim rewizjonistom z Ukrainy. Czy jednak Stalin byłby gotów jeszcze bardziej – zwłaszcza po zabraniu nam Lwowa i Borysławia – dotknąć Polaków.


Natomiast osiedlanie ludności ukraińskiej w obcym środowisku, dbając przy tym o jej maksymalne rozproszenie z dala od większych miast, o izolowanie inteligencji oraz osób podejrzanych o proukraińską agitację, wskazuje na dążenie władz do stworzenia państwa jednolitego etnicznie. Był to oczywiście zamach na narodową kulturę i tożsamość sporej grupy obywateli państwa polskiego.

Po depatriacji pekawuenowsko-sowieckiej lat 1944–1946 na gęsto zaludnionych obszarach pozostało niewielu Ukraińców. Podczas operacji „Wisła” wysiedlono wprawdzie aż 140 tys. ludzi, ale mieszkali oni przeważnie na górskich i zalesionych terenach (Polesie, Roztocze, Pogórze Przemyskie, Bieszczady, Beskid Niski i Sądecki oraz enklawa łemkowska na zachód od Pienin). Sporo z ewakuowanych wcale nie uważało się za Ukraińców (Łemkowie, Bojkowie, Dolinianie). Wielu innych pochodziło z mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich. Co piąty z wygnanych podczas pierwszego półrocza 1947 r. był Łemkiem. Byli oni odporni na agitację i szantaże ze strony OUN i UPA, co w ich przypadku podważało drugą przesłankę akcji „Wisła”, czyli konieczność likwidacji zaplecza UPA wśród ludności.

Faktem pozostaje, że nacjonaliści wzmogli działania na „Zakerzoniu” właśnie w tym czasie, bo – po pierwsze – zostali rozbici po sowieckiej stronie, a – po drugie – zbrojnymi wystąpieniami chcieli przypomnieć opinii międzynarodowej swe „prawa”, rzekomo przyznane im w nieszczęsnej depeszy brytyjskiego dyplomaty do dyplomaty sowieckiego z 11 lipca 1920 r. (w której w ogóle nie wytyczał on granicy na odcinku między Polską a Ukrainą). Aby zapobiec całkowitemu wysiedleniu ludności ukraińskiej, UPA atakowała siedziby komisji przesiedleńczych, stacje kolejowe, mosty, wiadukty, tory, linie telefoniczne. Paliła miejscowości zamieszkane przez ludność polską, a także już wysiedlone wsie, aby nie przybyli do nich polscy osadnicy.

Liczbę upowców Mossor szacował na 1,5–2,5 tys. ludzi. Rzucił przeciw nim – ale głównie dla zabezpieczenia wysiedleń – ponad 20 tys. żołnierzy i funkcjonariuszy, co powinno wystarczyć do wykonania zadania. Wcześniej ustalono współdziałanie z Sowietami, którzy poza pogranicznymi oddziałami NKWD desygnowali do akcji całą dywizję pancerną, i Czechosłowakami, również strzegącymi granicy po swojej stronie, a także udostępniającymi Polakom środki transportu.

Kolejnym powodem przeprowadzenia akcji „Wisła” miał być odwet za śmierć gen. Karola Świerczewskiego. Zginął on w zasadzce zorganizowanej przez UPA 28 marca 1947 r. na drodze pod Baligrodem w Bieszczadach. Akcja „Wisła” rozpoczęła się dokładnie miesiąc później. Symboliczna data, dobry pretekst. Czy ów brutalny, a zarazem wyjątkowo kiepski dowódca i zapijaczony czerwonoarmista w polskim mundurze zginął jednak od kuli nacjonalisty ukraińskiego? W jego płaszczu odkryto dziurę na plecach, zapewne od noża. Czy cios zadał podkomendny z ochrony? Sam z siebie czy na czyjeś zlecenie? Cóż, pochowano genarała z honorami, nakręcono o nim film, uwieczniono go w nazwie stołecznej arterii komunikacyjnej, a zarazem nareszcie się go pozbyto, zyskując przy tym polityczno-martyrologiczny motyw dla antyludzkiej operacji. Można by ją nawet nazwać: im. generała Świerczewskiego. Pasowałoby. W każdym razie na coś się wreszcie towarzyszom przydał...

Pod gołym niebem…

Akcja „Wisła” trwała formalnie do końca lipca 1947 r., choć grupy ludzi – choćby 32 rodziny Łemków z czterech wiosek między Pieninami a Beskidem Sądeckim – przesiedlono jeszcze w kwietniu 1950 r. Organizacja akcji polegała na przygotowaniu list przesiedleńców, ich wygnaniu z miejsc zamieszkania (tych, którzy by się ukryli, miano traktować jak „bandytów”), utworzeniu punktów zbornych po jednym, dwa przy każdym pułku, zajęciu się pozostawionym mieniem, działaniu kilkunastu stacji załadowczych na początku oraz punktów rozdzielczych w Olsztynie, Szczecinku, Poznaniu i we Wrocławiu, a także mniejszych stacji rozładowczych na końcu podróży, wreszcie na osiedleniu wypędzonych. Cała ta logistyka szwankowała w praktyce.

Czytaj także:
Sprawiedliwi wśród Ukraińców

Na stacjach załadowczych grupowano zbyt wielu ludzi naraz i brakowało wagonów, które mogłyby ich jak najszybciej zabrać. Wiele pozostawionej żywności – mimo dostarczania jej wygnańcom, wojsku oraz polskim osadnikom – marnowało się. Bałagan na stacjach rozdzielczych i docelowych obarczał znużonych, wystraszonych i poniżonych ludzi dodatkowym ciężarem, a domy dla nich przeznaczone – z reguły poniemieckie – okazywały się na ogół rozgrabione i zniszczone. Co przeżywali Ukraińcy, opisuje Wołodymyr Kowalczuk z Woli Krzywieckiej pod Przemyślem (cytuję za Hukiem):

„[…] w maju 1947 roku przyszła akcja »Wisła«. Ludzie już byli przygotowani na wszystko, zmęczeni tym codziennym niepewnym życiem, ciągłym uciekaniem do lasu i chowaniem się u sąsiadów albo »za górą« – czyli u znajomych lub krewnych mieszkających dosłownie za górą, gdzie akurat »nie przechodzili«. Gospodarstwa już zostały przeczesane – ograbione, pozostało tylko własne życie. Wysiedlenie przebiegało – co wiem z opowieści oraz sam pamiętam – »dość spokojnie«. W ciągu dwóch godzin trzeba było się spakować. A wyglądało to tak. 27 kwietnia do naszej wsi przyjechało dużo polskiego wojska. Ludzie zaczęli mówić: coś tu będzie, coś się stanie. 28 kwietnia od wczesnego ranka krążyła już wieść o zebraniu u sołtysa. Na tym zebraniu powiedzieli, że do drugiej po południu we wsi ma nie być żadnego Ukraińca. Mój ojczym, Josyp (Józef) Kowalczuk, gdy powrócił z zebrania, to powiedział: »Wypędzają nas z rodzinnego domu«. Zaczął ładować wóz. Pomagał mu w tym najstarszy brat Tadej (Tadeusz), mama i nas czterech braci. Zbyt wiele na ten wóz nie załadowaliśmy, konia już nie było, ludzie sami pchali i ciągnęli wóz, na którym znajdował się majątek sześciu rodzin. Nie było lekko opuszczać dom rodzinny. Miałem wówczas 9 lat. Zabrałem tylko swojego psa i prowadziłem go na sznurku. Pies nie chciał iść, był młody, bał się. Kiedy już dojechaliśmy do Krzywczy, wojsko dało żołnierza z końmi. W tym czasie polscy chłopcy wystraszyli tego psa i zostałem sam. Pies pobiegł z powrotem do domu, w którym tego dnia jeszcze mieszkaliśmy, a my poszliśmy dalej już pod wojskową eskortą.Znaleźliśmy się na łąkach położonych nad Sanem, koło wsi Nienadowa. Tam w obozie trzymali nas przez kilka dni pod gołym niebem. Było chłodno, padały deszcze. Po kilku dniach obozowania zawieziono nas na stację kolejową Przeworsk, gdzie ludzi wraz ze zwierzętami i dobytkiem załadowano do wagonów towarowych. Ludzie z naszej wsi byli wywożeni w dwóch transportach. Pierwszy pojechał na Koszalin. My wyjechaliśmy drugim, który został skierowany w Olsztyńskie. 9 maja przywieźli nas do Kętrzyna, z Przeworska nasz transport R-307 wyruszył 5 maja 1947 roku. Wieźli nas pod eskortą wojska”.


Dowódca konwoju miał wykaz przesiedleńców i ich mienia oraz dwie zalakowane koperty. W jednej znajdowała się nazwa końcowej stacji rozdzielczej, w drugiej wskazówki dla kierownika punktu rozdzielczego – czy rodziny z danego transportu można osiedlać w małych grupkach, czy wyłącznie pojedynczo. Dodać należy, że w punktach zbornych przeprowadzano istną sowiecką filtrację, w wyniku której deportowanych dzielono na trzy kategorie pod względem bezpieczeństwa dla państwa – A, B i C, przy czym ostatnia zawierała najłagodniejszą ocenę. Bałagan i mniejsza liczba dostępnych jeszcze domostw powodowały jednak, że wójtowie – wbrew zakazom – musieli niekiedy tych z kategorią A umieszczać przy rodzinach z B i C.

Najbardziej niebezpiecznych – inteligentów, księży greckokatolickich i osoby podejrzane o współpracę z UPA – kierowano do więzień lub Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Do tego dawnego podobozu Auschwitz trafiło prawie 2,8 tys. Ukraińców – w tym 823 kobiety, 22 księży greckokatolickich i trzech księży prawosławnych. Ponad 150 z nich zmarło.

Plan przygotowany w Ministerstwie Ziem Odzyskanych z 18 kwietnia 1947 r. przewidywał rozmieszczenie przesiedleńców w województwach szczecińskim i olsztyńskim. Specjalnym zarządzeniem zabraniano osiedlać ich: w pasie 50 km od granic lądowych państwa; w pasie 10 km od starych granic z 1939 r.; w pasie 30 km od wybrzeża morskiego; w odległości mniejszej niż 30 km od miast wojewódzkich.

Jeśli chodzi o militarną stronę akcji „Wisła”, to z pewnością cios wymierzony w UPA był celny: praktycznie przestała istnieć, rozbita i pozbawiona zaplecza. Paru sotniom udało się wymknąć na stronę czechosłowacką. Ukraińska mniejszość narodowa (obywatele polscy deklarujący się jako Ukraińcy), która w II Rzeczypospolitej wynosiła 3 mln 250 tys. osób, według spisu powszechnego z 2011 r. liczyła w III Rzeczypospolitej dokładnie 38 795 osób.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 5/2017
Artykuł został opublikowany w 5/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 11
  • Puknij się IP
    Rosalak - chachłofilu! Nie wycieraj sobie gęby p.Stalinem!
    Dodaj odpowiedź 5 0
      Odpowiedzi: 0
    • Obserwator IP
      Ukraińcy na tzw. Ziemiach Odzyskanych dostali gospodarstwa po wysiedlonych Niemcach. Domy murowane, zagrody, ziemię. Nie byli wpychani w struktury PGR. Mieli szansę wkorzenić się i wielu to zrobiło. Jedna wioska ukraińska od drugiej była odległa o kilkanaście kilometrów, przedzielona polskimi. To spowodowała, że z czasem asymilowali się, Mieszane małżeństwa zrobiły też swoje. Kulturowo i językowo idealnie się wtopili czyli asymilowali, obecnie raczej już czują się Polakami ukraińskiego pochodzenia, grekokatolikami. Z czasem przeniknęli do okolicznych miast i pracują we wszystkich zawodach, także inteligenckich, są dobrymi i lojalnymi obywatelami Polski. TVP 3 Olsztyn nadaje nawet jeden program dla nich, bo na Warmii i Mazurach jest ich sporo. Część Ukraińców wyjechała do Kanady wykorzystując polskie paszporty.
      Dodaj odpowiedź 6 0
        Odpowiedzi: 0
      • historyk niezależny IP
        Takie akcje wysiedlenia, na taką skalę przeprowadzono przeciw Niemcom i Ukraińcom a więc mniejszościom narodowym gdzie działały organizacje które na masową skalę prowadziły działalność antypolską, Białorusinów pozostawiono, nawet niewielką mniejszość Litewską pozostawiono. Ale na Białostoczczyźnie i Suwalszczyźnie nie mieliśmy do czynienia z antypolskim podziemiem, na Rzeszowszczyźnie,Bieszczady,Podkarpacie podziemie antypolskie było faktem, podobnie na ziemiach odzyskanych.
        Dodaj odpowiedź 13 0
          Odpowiedzi: 0
        • gonzo IP
          Bardzo brutalne rozwiązanie. Ale jak łaziłem po Bieszczadach to cieszyłem się, ze nie musiałem tam walczyć. A gdyby ci ludzie tam zostali to musiałbym. Zawsze jakieś siły zewnętrzne wykorzystywałby to do siania zamętu w kraju. Więc trzeba było to zrobić. W tym przypadku komuchy wykonały po prostu polską rację stanu.
          Dodaj odpowiedź 19 1
            Odpowiedzi: 0
          • prawa strona IP
            proszę mnie uświadomić...czy biedacy byli torturowania kobiety gwałcone dzieci nabijane na płoty....
            Dodaj odpowiedź 32 1
              Odpowiedzi: 0
            • Szacki IP
              Akcja Wisła była i tak łagodna w porównaniu do zbrodni wołyńskiej.
              Dodaj odpowiedź 39 1
                Odpowiedzi: 0
              • historyk niezależny IP
                Nie mogło zabraknąć niczym nie potwierdzonych pogłosek o zapijaczonym Świerczewskim i ciosu od noża.
                Dodaj odpowiedź 17 2
                  Odpowiedzi: 0
                • Polska Piastowska IP
                  Komuna poza wszystkimi wadami zrobiła dwie dobre dla Polski rzeczy. To była jedna z nich.

                  Dzięki temu jesteśmy jednolitym etnicznie i kulturowo państwem. Szkoda, że kosztem ziem na Wschodzie ale nie mamy w granicach multikulturowego bałaganu. Lepiej być mniejszym terytorialnie państwem ale jednolitym kulturowo i etnicznie.
                  Dodaj odpowiedź 41 3
                    Odpowiedzi: 0
                  • kowalski IP
                    Ciekawe bo po stronie ukraińskich historyków,publicystów lub tzw. zwykłej ludności jakoś nie widać śladu żalu,smutku czy współczucia po zamordowanych[okrutnie] ,wygnanych czy tylko wysiedlonych polskich sąsiadach.
                    Dodaj odpowiedź 35 2
                      Odpowiedzi: 0
                    • historyk niezależny IP
                      Kiedy Jankesi walczyli z Vietcongiem wysiedlali ludność objętą walkami, Francuzi zwalczając Vietminch podobnie, w Algierii wysiedlali całe wioski na terenach objętych walkami z FLN, podczas Greckiej wojny domowej dziesiątki tysięcy Greków i greckich Słowian wysiedlono z terenów walk z Armią Demokratyczną. Jak miano sobie poradzić z UPA czy SB OUN, do tego z siatką terenową OUN, mieli jeszcze 10-15 lat ich zwalczać w trudnym, wrogim terenie.Poza tym ludobójstwo na Kresach, mordy na luberszczyźnie,zamojszczyźnie,w Bieszczadach to tworzyło niechęć do Ukraińców w społeczeństwie Polskim, do tego pamiętano przedwojenny terroryzm OUN

                      Rozumiem że antykomunizm obejmuje również UPA,może i Wehrwolf, kiedy artykuł o strasznym wypędzeniu Niemców, jak by nie było SS,Selbschutzu,Gestapo okropieństwa okupacji.

                      Ja rozumiem, że Polak może mieć tylko jedną ojczyznę, ale dlaczego to ma być Ukraina ?
                      Dodaj odpowiedź 31 0
                        Odpowiedzi: 0
                      • historyk IP
                        Nie ma co rzucać epitetami. Mdli mnie ta cała neobanderowska propaganda.

                        To nie żadna "akcja na modłę Stalina", tylko działanie dla dobra Polski, dokładnie ochrony jej ludności przed bestialskim ludobójstwem. Akcja Wisła była w pełni zgodne z obowiązującym wtedy prawem krajowym i co najciekawsze międzynarodowym. Są szczegółowe analizy na ten temat, więc wielka szkoda, że autor do nich nie sięgnął. Parę rzeczy zrobiono w PRL naprawdę dobrze: po pierwsze odbudowa przemysłu po zniszczeniach wojennych (niestety został zniszczony przez Balcerowicza) oraz akcja Wisła.
                        Dodaj odpowiedź 56 3
                          Odpowiedzi: 0

                        Czytaj także