HistoriaGrochów - przedmurze Warszawy. Jak 10 tys. Rosjan padło na przedpolach stolicy

Grochów - przedmurze Warszawy. Jak 10 tys. Rosjan padło na przedpolach stolicy

Bitwa pod Grochowem. Obraz Bogdana Willewalde'a (ok. 1850 r.)
Bitwa pod Grochowem. Obraz Bogdana Willewalde'a (ok. 1850 r.)
Dodano 1
To była jedna z najbardziej zaciętych bitew powstania listopadowego. Polacy obronili stolicę przed Moskalami.

20 stycznia 1831 r. Sejm wybrał księcia Michała Gedeona Radziwiłła na wodza naczelnego. Radziwiłł przyjął wybór tymczasowo i tylko dlatego, że obiecał mu doradzać gen. Chłopicki. To był warunek nowego władcy. Wybierając go, posłowie wiedzieli, że tak naprawdę wybierają Chłopickiego.

„W taki sposób za wodzem formalnym stał wódz faktyczny” pisał Stefan Przewalski, biograf generała. W taki też sposób nominacja Radziwiłła zaprowadziła Chłopickiego, uważanego już niemal za zdrajcę narodowej sprawy, na pole bitwy pod Grochowem. Niestety, te poniekąd podwójne dowództwo zaważyło na przebiegu walki.

Pesymizm Chłopickiego był przerywany krótkimi atakami optymizmu. Zdarzało mu się powiedzieć „Ja tego durnia Dybicza pobiję”. I może niewiele brakowało, by tak się rzeczywiście stało.

Feldmarszałek Iwan Dybicz, czyli Hans Karl von Diebitsch, urodzony na Dolnym Śląsku, na czele swojej armii przekroczył granice Królestwa Polskiego 5 lutego 1831 r. Bitwa pod Stoczkiem 14 lutego, w której kawalerzyści korpusu gen. Józefa Dwernickiego rozgromili dwa pułki strzelców konnych, pokazały, że Rosjan można bić i zwyciężać. „Stoczek podniósł ducha wszystkich, imponując równocześnie przeciwnikowi” pisał Wacław Tokarz. Doskonale spisała się pięć dni później polska piechota dywizji gen. Jana Skrzyneckiego pod Dobrem, górując nad rosyjską. Odpierała jej cztery ataki, a wspaniale spisał się, walcząc na bagnety, 4. pułk pod dowództwem Ludwika Bogusławskiego.

19 lutego pod Wawrem żołnierze dywizji Szembeka i Żymirskiego z powodzeniem nacierali na przeciwnika.Boje te były jednak jedynie przygrywką przed wielką bitwą na przedpolu Warszawy, do której zbliżała się armia Dybicza.

Bagnet trzykrotnie zakrwawiony

Przed Pragą, przedmieściem Warszawy leżącym na prawym brzegu Wisły, znajdował się podmokły, bagnisty teren. Stał się on oparciem dla polskiej linii obronnej. A jej kluczowym punktem był las, nazwany później Olszynką Grochowską. Rozciągał się z północy na południe na długości ponad 1,5 km, ze wschodu na zachód miał ok. 1 km. Górował nad okolicznym terenem, a dostęp do niego z trzech stron utrudniały bagna. Las zasłaniał polskie ugrupowanie przed wzrokiem Rosjan. Chłopicki kazał rozstawić działa po obu stronach Olszynki, tak by ostrzeliwały jej przedpole. Rosjanie skazani byli na atak na wąskim odcinku, co pozwalało Polakom pozostawić znaczne siły w rezerwie.

Pierwszy bój o Olszynkę Grochowską został stoczony 20 lutego i rozpoczął się od pojedynku artyleryjskiego. Rosyjskie natarcie znalazło się pod ogniem polskiej artylerii i zostało odparte w walce na bagnety przez 4. Pułk Piechoty.

Kapitan Kajetan Władysław Rzepecki wspominał: „Bagnet mój zakrwawił się tam przynajmniej trzy razy, a lufa karabinu tak była gorąca, że bałem się go nabijać, aby mi nabój eksplodujący rąk nie rozszarpał. […] Sypaliśmy tak celnie ołowiem w oczy, że zawsze Moskale musieli tył podać i lasek opuścić”. Rosjanie stracili 1,6 tys. żołnierzy zabitych i rannych. Polskie straty były trzykrotnie niższe.

Pięć dni później, 25 lutego, feldmarszałek Dybicz rzucił ponownie do boju swoje oddziały. Musiał przełamać pozycje polskie w lesie olszynowym, blokujące drogę do Warszawy. A rozkaz ataku wydał akurat tamtego dnia, ponieważ obawiał się o los korpusu ks. Szachowskiego, który starł się rankiem 25 lutego z dywizją gen. Krukowieckiego pod Białołęką i cofał się pod polskim naporem.

Przeciwnikiem Dybicza był nominalnie Michał Radziwiłł, wódz naczelny, który miał swoje stanowisko opodal żelaznego słupa-pomnika budowy szosy brzeskiej, wystawionego w 1825 r. i do dziś stojącego przy ul. Grochowskiej. Faktycznie dowodził gen. Józef Chłopicki, jego doradca. Ubrany tamtego dnia w niebieski surdut, „dawał rozkazy pewne, dobitne, bez wahania się, bez radzenia kogokolwiek, był prawdziwie wzorem do naśladowania, wzbudzał zaufanie i męstwo” wspominał Ignacy Kruszewski, jego adiutant.

Dybicz dysponował 65 batalionami piechoty, 86 szwadronami jazdy, 178 działami. Polacy mogli przeciwstawić 32 bataliony, 69 szwadronów i 114 dział. Około godz. 9 artyleria rosyjska otworzyła ogień w kierunku polskich pozycji, koncentrując się na Olszynce Grochowskiej. W Olszynce znajdowała się wówczas 2. dywizja piechoty gen. Franciszka Żymirskiego, uczestnika powstania kościuszkowskiego, weterana Legionów Polskich, podpułkownika wojska Księstwa Warszawskiego, który brał udział w boju pod Raszynem w 1809 r.

„Setne działa grzmią bez przerwy, ziemia drży, od tumanu i kurzu słońce się zaćmiewa, pociski krzyżują się wzdłuż i wszerz, ziemia od nich zorana i śmierć już szeroko panuje” wspominał Stanisław Barzykowski, członek Rządu Narodowego, uczestnik bitwy.

Męstwo liczbę zastępuje

Po trwającym ponad pół godziny przygotowaniu artyleryjskim ruszyła piechota rosyjska, ostrzeliwana kartaczami i kulami przez baterię kpt. Nieszkocia. „W miejsce stu padłych wchodzą tysiące i kolumny płynąc po własnych trupach, dosięgają Olszyny” pisał Wojciech Chrzanowski, uczestnik bitwy.

Żołnierze rosyjscy wdarli się do lasu olszynowego. Rozpoczęła się zażarta walka. Generał Rohland zagrzewał żołnierzy, wołając: „Dziatwa! Ani kroku im dalej! Za broń, pal! Potem na bagnety!”. Wprawdzie 2. Pułk Strzelców ugiął się nieco, lecz 7. pułk wsparty później przez 3. pułk odparł dwa ataki i wyrzucił nieprzyjaciela z obrębu olszyny.

Dybicz wprowadzał do walki coraz to większą liczbę batalionów. Najpierw 19, a potem 27 batalionów atakowało 12 batalionów polskich. Generał Chłopicki widział znaczną przewagę atakujących, a jednak nie wzmacniał sił obrońców Olszynki. Zamierzał bronić jej jak najdłużej możliwie niewielkimi siłami, by oszczędzić jak najwięcej batalionów do wykonania zwrotu zaczepnego.

Wysłał więc do gen. Żymirskiego swojego adiutanta, nakazując trzymać się w Olszynce za wszelką cenę. Żymierski przekazał Chłopickiemu, że jego bataliony są już wyczerpane bojem. Chłopicki nie przyjął tego do wiadomości. Kazał wrócić adiutantowi z poleceniem: „Niech się zębami trzyma!”.

Po odparciu trzech ataków żołnierze Żymirskiego, zagrożeni także okrążeniem, wycofali się z Olszynki. Około południa las znalazła się w rękach rosyjskich. Chłopicki nie mógł dopuścić do definitywnej utraty tej kluczowej pozycji. Do boju weszły dywizje Skrzyneckiego i Szembeka.

Czytaj także:
Bomby przeciw caratowi

„Dowódcy nasi czują wielkość i trudność chwili i zamierzają z siebie dać przykład. Na czele stają: Żymirski, Roland, Czyżewski, Jurski, Staniszewski, Sośnicki i tylu innych, kto ich wyliczy. Wszystko jest na przodzie, wszystko przed frontem, śmiercią gardzą, bo za ojczyznę walczą. Nieprzyjaciel ufny w liczbę śmiałym krokiem się zbliża i przy rowach znów bój krwawy i zacięty się wszczyna, krew obficie płynie, trup przy trupie pada. Trzykroć Moskale chcą rów przebyć, trzykroć za niego są przerzucani. Szeregi nasze przerzedzają się, lecz męstwo liczbę zastępuje, zwycięstwo wątpliwe, waha się” tak Stanisław Barzykowski relacjonował polski kontratak.

Chłopicki prowadzi natarcie

Generał Józef Chłopicki, z cygarem w ustach, stanął na czele jednego z trzech batalionów grenadierów z dywizji Szembeka (pozostałymi dowodzili ppłk Prądzyński i gen. Milberg), atakujących prawą stronę Olszynki, podczas gdy na lewą ruszył płk Skrzynecki, który szedł na czele 8. Pułku Piechoty. Ruszyli przy miarowym dźwięku bębnów, śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła”. Gdy Chłopicki zauważył, że pierwszy szereg grenadierów się zachwiał, zabrał rannemu żołnierzowi karabin i poprowadził natarcie.

„Był to dawny Chłopicki spod Epili i Saragossy takim, jakim go widziała i widzieć chciała Polska, a jakim on pozostawał w największych tajnikach swojej duszy” pisał Stefan Przewalski, biograf generała.

Doszło do walki na bagnety, kolby, a nawet na pięści. Żołnierze rosyjscy nie wytrzymali impetu uderzenia i zaczęli się cofać, bezładnie, niemal w panice. Pułkownik Ignacy Prądzyński wołał: „Dzieci, sto kroków jeszcze, a działa te wasze”, wskazując na baterię rosyjską. Pułkownik Bogusławski napominał żołnierzy 4. Pułku Piechoty: „Do oficerów strzelaj, z wolna mierz, w sam łeb pal, chciałeś rewolucji, teraz dobrze zabijaj, bo jak nie zwyciężymy, bieda będzie”. Pułk ten poniósł w bitwie grochowskiej najcięższe straty – 40 proc. żołnierzy. W ataku na Olszynkę wziął udział także 20. Pułk Piechoty. Jego żołnierze mieli kosy nastawione na sztorc.


Prawdopodobnie podczas kontrataku gen. Franciszek Żymirski został ciężko ranny kulą armatnią, która zgruchotała mu ramię, i wkrótce zmarł. Olszynka została odbita. „Była to może najpiękniejsza chwila w życiu generała” – pisał Wojciech Chrzanowski. Był to jednak zarazem szczytowy wysiłek polskiej armii i moment dramatyczny.

Generałowie odmawiają

Chłopickiemu nie udało się zaangażować rezerw, by rzucić je do pościgu i zaatakowania pozycji rosyjskich. Przez swoich adiutantów wzywał gen. Jana Krukowieckiego i jego 1. dywizję oraz gen. Tomasza Łubieńskiego stojącego na czele korpusu jazdy, by go wsparli. Na próżno. Chłopicki sam sobie był winny, uchylając się od objęcia stanowiska naczelnego wodza Krukowiecki, który znajdował się pod Białołęką, odpowiedział bowiem, że słucha tylko rozkazów naczelnego wodza, czyli Radziwiłła.

„Mimo dwoistości rozkazodawstwa stanowisko gen. Krukowieckiego może zasługiwać tylko na naganę. Jako stary, doświadczony żołnierz musiał się orientować w stopniu zdolności swoich wodzów, warunkach i łatwo mógł pojąć, czyje rozkazy są bardziej celowe, a więc przede wszystkim wiążące” – oceniał Stefan Przewalski. Gdyby 1. dywizja przyszła pod Grochów, ułatwiłaby i przedłużyła obronę polskich pozycji.

Generał Tomasz Łubieński także nie przyjął rozkazu Chłopickiego do wiadomości. Miał tak samo jak Krukowiecki powiedzieć, że nie zna innego wodza niż Radziwiłł i robił uwagi, że Chłopicki nie zna się na wykorzystaniu kawalerii w walce. Zadrwił sobie z jednego z adiutantów Chłopickiego – Aleksandra Walewskiego, syna Napoleona, pytając, czy generałowi chodzi o dywizję czy dywizjon jazdy, na co Walewski zdenerwowany i zmieszany nie umiał odpowiedzieć. Łubieński uważał, że teren Grochowa nie nadaje się do użycia jazdy. Jednak kawaleryjskiej szarży dokonała tam wkrótce jazda rosyjska. Krukowiecki i Łubieński mogli też argumentować, że Chłopicki miał powierzone dowodzenie tylko pierwszą liną boju, a oni byli poza nią.

Czytaj także:
Ostatni strzał powstańca styczniowego - zamach na cara Aleksandra II

Chłopicki wstrząśnięty odpowiedziami obu generałów miał powiedzieć: „Jutro jestem naczelnym wodzem; jutro generał Krukowiecki i generał Łubieński oddani będą pod sąd wojenny”. Pojechał jeszcze ok. godz. 14 do Michała Radziwiłła, pod słup żelazny, by interweniować. Naczelny wódz miał wydać odpowiednie rozkazy obu generałom, lecz jeśli nawet tak się stało, były już spóźnione. Wracając do walczących oddziałów, gen. Chłopicki został poważnie ranny w nogi, gdy rosyjski pocisk eksplodował pod jego koniem.

„Strata Chłopickiego stała się największym nieszczęściem dla armii polskiej, której był duszą; od tej chwili nie było już jedności w bitwie; każdy walczył oddzielnie i jakby na swój własny rachunek” – uważał Ignacy Prądzyński.

W powstałym chaosie wyróżniał się postawą płk Jan Skrzynecki, któremu wynoszony z pola bitwy Chłopicki przekazał dowództwo. W istocie Skrzynecki rozkazywał jednak tylko własnej 3. dywizji i częściowo 2. dywizji. Dowodził obroną Olszynki Grochowskiej. Także dla niego, tak jak dla Chłopickiego, był to dzień chwały. Znów rozgorzała zażarta bezpardonowa walka.

„Polacy, Moskale, Czwartaki, Ósmaki, strzelcy, Siódmaki, pokryci posoką krwawą, że aż źle patrzeć, leżą całymi stosami! W głównym rowie środkowym tyle trupa, tyle krwi ludzkiej! Powietrze cuchnie, odrażający odurza nas fetor! Mimo to dotrzymaliśmy placu aż do godziny czwartej i każdy z nas, Czwartaków, miał w olszynie na pewno trzech Moskali na swoim sumieniu” – wspominał Kajetan Władysław Rzepecki.

Złamana rosyjska szarża

Polskie bataliony musiały wycofać się z Olszynki, ale jej opanowanie nie oznaczało, że droga do Warszawy stała dla Dybicza otworem. Polska armia cofała się, lecz nie została rozbita. Klęskę miała zadać jej wielka szarża kawalerii rosyjskiej, odcinając polskie oddziały od Pragi i jedynej przeprawy i tak za małej na spokojny odwrót – mostu łyżwowego. A lód na Wiśle był cienki. Mogła po nim przejść piechota, ale nie artyleria, tabory ani jazda.

Główną siłą uderzeniową byli kirasjerzy. Zaatakowali z impetem i brawurą, być może spotęgowaną alkoholem. Skrwawili się jednak na czworobokach batalionów 8. pułku mjr. Karskiego, który – jak pisał Ignacy Kruszewski – „z zimną krwią blisko przypuścił i morderczym ogniem ich przyjął”. Ułani rosyjscy rzucili się na bataliony 4. pułku. Salwa oddana przez żołnierzy, którzy podpuścili szarżujących na 20 kroków, zmiotła z koni połowę atakujących.

„Potok jazdy odbija się o ogniem ziejące żelazne piersi pułku, rozdziela na kilka fal, które zwracają się na bagna kawęczyńskie, a tam pod ogniem bateryj Konarskiego i Masłowskiego rozpryskują się w pojedyncze krople” – tak opisywał tę nieudaną szarżę Wojciech Chrzanowski. Piechotę wsparł płk Ludwik Kicki na czele szwadronów 2. i 5. Pułku Ułanów, uderzając na kirasjerów.

„Idące na czele szwadrony ułanów w bardzo swoisty sposób atakowały eszelonami kirasjerów. Mianowicie zaczęli bić ich lancami po głowach, wbijając im hełmy aż po ramiona, oślepiając w ten sposób poszczególnych jeźdźców, spychając z koni i biorąc do niewoli. Wielu tak oślepionych jeńców prowadzonych do Warszawy jeszcze na moście próbowało się uwolnić, »ale czas nie pozwalał«. Część kirasjerów wpadła aż na bagna Saskiej Kępy, gdzie pojedyncza kompania 1. p.s.p. wzięła ich do niewoli” – pisał Stefan Przewalski.

Do niepowodzenia rosyjskiej szarży przyczyniły się też salwy rakiet kongrewskich oddane przez baterię kpt. Karola Skalskiego. Nie czyniły właściwie szkody jeźdźcom, ale płoszyły i dezorientowały konie. „Zalegające ciemności wzmacniały jeszcze bardziej straszne światło, które wydawały, lecąc ze świstem w powietrzu” – wspominał Ignacy Prądzyński efekt wywołany przez rakiety. Największe straty, sięgające 80 proc. atakujących, poniósł pułk kirasjerów ks. Alberta Pruskiego.

Złamanie szarży pozwoliło jednak polskim oddziałom na spokojniejszy odwrót na przedmoście praskie i do Warszawy, przekreśliło plany odcięcia im drogi odwrotu. Feldmarszałek Dybicz nie zdecydował się na kontynuowanie natarcia, które mogło zakończyć się powodzeniem. „Intuicja zawiodła rosyjskiego wodza naczelnego, inteligencja również” – pisał Stefan Przewalski.

Bitwa na polach Grochowa była niezwykle krwawa. Rosjanie stracili 9,4–10 tys. zabitych i rannych, Polacy 6–7,4 tys. Nie przyniosła zwycięstwa żadnej ze stron, ale postawa polskich żołnierzy złamała na pewien czas napór armii rosyjskiej. Nie udało się jej zająć Warszawy już w lutym 1831 r. Rosjanie zajęli ją dopiero we wrześniu.

Ignacy Kruszewski, adiutant gen. Chłopickiego, oceniał:

„Tak skończyła się ta pamiętna batalia, bez wodza prawie, bez związku, przy niesubordynacji i zawiści niektórych generałów, przy niewypełnionych rozkazach, nie zostaliśmy złamani, nie stracili armat, niewolnika więcej wzięli, jak nieprzyjaciel ujął, kilkaset tylko kroków ustąpiliśmy pola. […] Nieszczęśliwy granat, pękając pod koniem Chłopickiego, pozbawił nas wygranej, której skutków dla ojczyzny naszej i dla całej Europy nikt obrachować nie zdoła”.

Był to fragment książki Tomasza Stańczyka i Witolda Paska „Polskie Termopile”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Fronda.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2017
Artykuł został opublikowany w 2/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 1
  • Konserwatysta IP
    Szacunek dla walczących żołnierzy ale reasumując to było najgłupsze z polskich powstań.
    Dodaj odpowiedź 5 2
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także