HistoriaKwarcowa rewolucja. Japoński patent opanował cały świat

Kwarcowa rewolucja. Japoński patent opanował cały świat

Jeden ze sklepów Seiko w Japonii.
Jeden ze sklepów Seiko w Japonii. / Źródło: Wikimedia Commons / Kakidai
Dodano 6
W 1969 r. pojawił się zegarek, który całkowicie zmienił sytuację na rynku. Zapoczątkował okres, który Japończycy nazwali kwarcową rewolucją, a Szwajcarzy – kwarcową zagładą.

Tymoteusz Pawłowski

Pierwsze zegarki mechaniczne pojawiły się na przełomie średniowiecza i renesansu. W XIV w. zegary wieżowe były już niemal w każdym liczącym się europejskim mieście, a w XVI stuleciu dostępne stały się zegarki kieszonkowe. Była to jedna z tych trudno zauważalnych zmian o olbrzymim wpływie na ludzkość. Bez dokładnego pomiaru czasu niemożliwe byłyby podróże morskie, badania astronomiczne i rozwój nauk fizycznych.

Sercem każdego zegara jest oscylator, czyli urządzenie generujące regularne drgania. Są one następnie zbierane, zliczane i poprzez skomplikowany systemem kółek zębatych przekazywane wskazówkom. Najprostszym oscylatorem są kolebniki i wahadła, zależne od grawitacji i znane ze ściennych „zegarów z kukułką”. W zegarkach kieszonkowych zastosowano natomiast wynalazek zwany kołem balansowym. Przez kolejne kilkaset lat rozwoju zegarmistrzostwo polegało przede wszystkim na miniaturyzacji: pierwsze zegarki „kieszonkowe” miały wielkość dużych jabłek, a u progu XIX w. – już tylko małych śliwek.

Przez cały ten czas zegarki były wytwarzane przez rzemieślników, więc każdy czasomierz był jedyny w swoim rodzaju i bardzo drogi. W początkach XIX w. w Szwajcarii rozpoczęto maszynową produkcję zegarków. Kraj ten stał się wówczas stolicą światowego zegarmistrzostwa.

Tymczasem za oceanem, w Stanach Zjednoczonych, tworzył się nowy demokratyczny, wolny i egalitarny naród. Amerykańscy producenci mieli ambicje zaopatrzyć każdego obywatela we własny zegarek. Rzucili zatem hasło „zegarka za dolara”, ale przez ćwierć wieku nie udało się zrealizować tej idei. Najtańsze zegarki kosztowały kilkakrotnie więcej. „Dolar watch” udało się wyprodukować dopiero w 1899 r. firmie Ingersoll. Przy okazji warto pamiętać, że ówczesny dolar miał wartość kilkuset złotych.

Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii pojawiły się zegarki naręczne. Były one szczególnie przydatne oficerom, którzy, czołgając się wśród okopów, nie mogli pozwolić sobie na luksus sięgnięcia do kieszeni. Podczas I wojny światowej mundury założyło kilkadziesiąt milionów mężczyzn i niemal każdy z nich potrzebował zegarka. W przeciągu kilku lat wyprodukowano ich miliony: tanich i noszonych na nadgarstku lewej ręki. To narodził się zegarek, jaki znamy współcześnie.

W pogoni za precyzją

Miniaturyzacja była jedną z dróg rozwoju zegarmistrzostwa. Drugą, być może ważniejszą, było poszukiwanie precyzji. Bez precyzyjnych czasomierzy nauka nie mogła się rozwijać. W jaki sposób zmierzyć prędkość światła, wyznaczyć stałe fizyczne, nadzorować procesy produkcyjne? Starano się więc produkować coraz dokładniejsze zegary i coraz precyzyjniejsze mechanizmy. Szczególną uwagę poświęcano oscylatorom balansowym. Na ich pracę miały wpływ: jakość napędzającej mechanizm sprężyny, grawitacja, a nawet temperatura otoczenia – a to tylko kilka z licznych czynników.

Istotna była również częstotliwość drgań oscylatora. Koło balansowe przeciętnego zegarka naręcznego „cykało” pięć razy na sekundę. Dokładność takich zegarków nie mogła być większa niż jedna piąta sekundy. Po kilkudziesięciu latach udało się wprowadzić do masowej produkcji zegarki o częstotliwości jednej dziesiątej sekundy, a nawet większej. Wciąż było to jednak za mało, co bardzo dobrze widać w sporcie: z dokładnością jednej dziesiątej sekundy można zmierzyć rekord w biegu na 800 metrów, ale sprint wymaga czegoś bardziej dokładnego, nie wspominając już o bobslejach...


Jeszcze większe znaczenie dokładność pomiaru czasu ma podczas produkcji bomb atomowych. Nic więc dziwnego, że to Amerykanom zależało na wyprodukowaniu bardzo dokładnych zegarków. Firma Elgin postanowiła użyć prądu do wprawiania w ruch mechanicznego oscylatora. Zegarki okazały się dokładne, ale bardzo nietrwałe. Po kilku latach Elgin został zmuszony do odkupienia wszystkich zegarków elektrycznych i... zbankrutował.

Nieco więcej szczęścia miała, również amerykańska, Bulova. Skorzystała ona ze szwajcarskich doświadczeń i jako oscylatora użyła malutkiego kamertonu. Zasilany równie malutką baterią drgał 720 razy na sekundę, co zapewniało fenomenalne rezultaty. Przeciętne zegarki mechaniczne miały dokładność jednej minuty na dobę. Zegarek kamertonowy – jednej minuty na... miesiąc. W 1960 r. nie można było dostać dokładniejszego zegarka naręcznego.

W laboratoriach trwały już jednak prace nad czasomierzem, którego oscylatorem był kryształ kwarcu. Pobudzony prądem drgał kilkanaście tysięcy razy na sekundę. Początkowo zdawało się, że zegarek taki skonstruują Szwajcarzy, ale wyścig wygrała japońska firma Seiko. W 1964 r. prototyp zegarka kwarcowego mierzył czas maratonu zamykającego igrzyska olimpijskie w Tokio, a 25 grudnia 1969 r. do sklepów trafił naręczny kwarcowy zegarek Seiko Astron. Kosztował tyle co średniej klasy samochód, ale jego dokładność wynosiła +– 5 sekund na miesiąc.

Rewolucja i kontrrewolucja

Szwajcarzy początkowo zlekceważyli zegarki kwarcowe. Prowadzili nad nimi własne badania, ale nie uważali, że staną się popularne. W 1970 r. produkowali przecież połowę zegarków świata. To ze szwajcarskim zegarkiem Edwin Aldrin zszedł na powierzchnię Księżyca (Neil Armstrong zostawił swój w kabinie lądownika). Czy temu monopolowi mógł zagrozić bardzo drogi zegarek kwarcowy z Japonii?

A jednak tak się stało. Japończycy rozpoczęli wielką kampanię marketingową, której ślady zauważalne są po dziś dzień, np. w filmach o Jamesie Bondzie z lat 70. Udostępnili swoją technologię wszystkim chętnym, co spowodowało, że producenci z całego świata chcieli kupować kwarce. Dzięki temu ich cena systematycznie spadała. W 1978 r. produkowano tyle samo zegarków kwarcowych co mechanicznych, a największym światowym eksporterem zegarków stał się Hongkong. Świat uniezależnił się od Szwajcarów, a ich przemysł zegarmistrzowski niemal przestał istnieć. Liczba manufaktur zmniejszyła się z 1,6 tys. do 600, a liczba pracowników spadła z 90 do 28 tys.

Gdy wydawało się, że nastąpi całkowity upadek, Szwajcarzy podnieśli się z kolan. W 1983 r. niemal wszyscy producenci zegarków z Alp połączyli siły – oprócz oczywiście luksusowych marek – dostali dofinansowanie od krajowych banków i stworzyli wspólne projekty badawcze. Najlepsze rezultaty przyniosło zwrócenie się w stronę młodzieży. Do tego momentu zegarki były atrybutem dorosłych, symbolem powagi, opakowanej w stalową kopertę i utrzymywaną na nadgarstku przez pasek ze skóry cielęcej. 1 marca 1983 r. do sklepów trafiła kolekcja „Swatch” – 12 różnokolorowych zegarków, z plastikowymi kopertami i plastikowymi paskami. Były tanie – kosztowały ok. 50 franków za sztukę – ale dobrej jakości. I były świetnie reklamowane. Młodzi ludzie mogli kupić sobie zegarki, jakie chcieli, i dobierać je do swojego nastroju czy ubioru.

W ten sposób uratowano szwajcarski przemysł zegarmistrzowski, a nawet chyba światowy. Dzisiaj bowiem większość z nas może sprawdzić czas w telefonie komórkowym i zegarki straciły na znaczeniu. Jako czasomierze. Mają jednak olbrzymią wartość jako biżuteria i ozdoba.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 10/2018
Artykuł został opublikowany w 10/2018 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 6
  • Angela IP
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Blasius IP
      Dziś rynek zegarkowy ma się coraz lepiej, a tanie chińskie kwarce stają się niemal faux pas. Choć Chińczycy przy tym nie śpią i od razu uderzają na kilku frontach. Z jednej strony wymyślają fikcyjne szwajcarskie marki (tak, nazwa powstaje na zasadzie połączenia francusko czy niemieckobrzmiących losowych imion i nazwisk, a później wykupuje się w Szwajcarii domenę internetową z taką nazwą). Kolejna metoda to produkcja zegarków na szwajcarskich maszynach. Chiny kupiły od Szwajcarii sporo maszyn do produkcji podzespołów, kiedy francuskie manufaktury wymieniały swoje na nowsze. Wreszcie podróbki. Chińskie „roleksy” są często niemal identyczne z oryginałami. Choć przy okazji Chiny mają i promują swoją rodzimą markę zegarków mechanicznych Sea-Gull, której zegarki czasem osiągają nawet ceny popularnych „szwajcarów”. Wielu nowych „producentów” (m.in. z Polski) stosuje też ciekawą strategię. Kupuje najtańsze japońskie mechanizmy produkowane w Chinach i obleka je w chińskie koperty w chińskich fabrykach by potem napisać na nich, „Germany”, „Poland”, „France”, a w krajach tych powstają jedynie ogólne projekty. :)
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • Zegarek naręczny IP
        Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że zegarki straciły na znaczeniu jako czasomierze. Jako biżuteria - i owszem - mogą być pięknym dodatkiem do ubioru, a także pokazywać poziom bogactwa czy zwykłego snobizmu właściciela. Jednak jako zwykłe czasomierze są po prostu praktyczne. Wyciąganie telefonu tylko i wyłącznie po to, żeby sprawdzić czas jest nie tylko niewygodne, ale zwyczajnie obciachowe. Czy autor tego artykułu tak robi? Wątpię.
        Dodaj odpowiedź 10 6
          Odpowiedzi: 2

        Czytaj także