HistoriaSiemaszko: To było najmniej złe wyjście

Siemaszko: To było najmniej złe wyjście

Zbigniew Siemaszko
Zbigniew Siemaszko / Źródło: fot . Fundacja Niepodległości
Dodano 13
- Polska mogła tylko wybierać między Niemcami a Rosją. Wtedy trzeba się było trzymać świętej zasady: „Salus Rei Publicae suprema lex esto” – trzeba było szukać najmniej złego rozwiązania – mówi Zbigniew S. Siemaszko, polski historyk, pisarz i publicysta emigracyjny.

Janusz Pierzchała: Należy pan do pokolenia, które urodziło się i wychowało w niepodległej Polsce. Co wpłynęło najbardziej na kształtowanie się pana jako polskiego patrioty?

Zbigniew Sebastian Siemaszko: Dom, szkoła, to znaczy Gimnazjum oo. Jezuitów w Wilnie, i Stanisław Cat-Mackiewicz, to znaczy pismo, które redagował i wydawał, czyli „Słowo”.

Kto i co włożył do pana duszy i umysłu po kolei?

Dom – to była tradycja i wiara, dwa podstawowe elementy. Dom był zdecydowanie rzymskokatolicki i przywiązany do tradycji polskiej zarówno w znaczeniu ogólnym, jak i lojalności w stosunku do otoczenia, w którym moja rodzina żyła przez wieki. Moi rodzice mówili w takim języku, w jakim do nich się zwracano. Białoruski nie był językiem domowym, ale jeżeli ktoś mówił do nas po białorusku, to się rozmawiało po białorusku. Nie było żadnego strasznego potępiania prawosławia. To była inna religia, ale była respektowana. Jeśli Wielkanoc prawosławna zbiegała się z katolicką, to pop przyjeżdżał do naszego domu i składał życzenia.

Gimnazjum jezuitów wychowywało elity i to wychowywało wspaniale. Nie mówiono: „Wy jesteście elitą”, ale: „Wy będziecie musieli decydować”. Jezuici uczyli publicznego wypowiadania się. Nabrałem u nich poczucia obowiązku i odwagi do publicznego występowania, do wypowiadania się. A ponieważ polityka zawsze mnie bardzo interesowała, zacząłem czytać „Słowo” Mackiewicza, które było zawsze w domu. Wreszcie zaczęło odgrywać pewną rolę w moim życiu wojsko. W czwartej klasie byłem uczniem przysposobienia wojskowego, ale to miał każdy. Ja natomiast uczęszczałem jeszcze na PW konne. Byłem zakochany w koniach i bardzo dobrze jeździłem. Kiedy miałem 15 lat, zacząłem uczęszczać do ujeżdżalni i miałem ujeżdżanie na koniach wojskowych.

Pańskie pokolenie stało się najbardziej przegranym, najbardziej eksterminowanym pokoleniem w dziejach Polski. Rzuconym naprawdę na stos. Pańskie dociekania historyczne w dużej mierze krążą wokół dwóch samobójczych decyzji polityki polskiej: podjęcia wojny w 1939 r. oraz powstania warszawskiego w 1944 r. Czy ten krąg zainteresowań wybrał pan z uwagi na los swego pokolenia?

Nie! Te zainteresowania zaczęły się dlatego, że mieszkałem w Wilnie. W Wilnie bowiem w latach 1938 i 1939 istniała chyba jedyna opozycja, aktywna opozycja przeciw wojnie z Niemcami. Był to też sprzeciw wobec powszechnego bezkrytycznego akceptowania tezy: „Niemcy – odwieczny nasz wróg”. Wówczas zresztą zaczęła się moja konfrontacja z endekami na długie lata. „Słowo” i środowisko „Słowa” koncentrowały się w publicystyce i działaniach politycznych na odpowiedziach na pytanie: Na czym polegają naprawdę interesy Rzeczypospolitej? Ekonomista prof. Swianiewicz na wiosnę 1939 r. uzyskał audiencję u Becka i starał się go przekonać, że wojna z Niemcami to popełnianie samobójstwa, że trzeba szukać z nimi porozumienia. Za karę on, profesor, człowiek wówczas 40-letni, został zaraz powołany do wojska. A Mackiewicza, który najpierw pisał, że trzeba szukać porozumienia z Niemcami, a potem, gdy przyjęto tzw. gwarancje brytyjskie (nie wiadomo zresztą, co to miało znaczyć), nazwał je „sojuszem egzotycznym”, Józef Beck wsadził do Berezy. Draka była niesamowita!

Jakie były pana zdaniem przyczyny tych katastrofalnych decyzji politycznych?

Jeżeli bym jeszcze pożył, jeżeli miałbym siły, to na ten temat chciałbym napisać pracę. Jak to się stało, że ci sami ludzie, którzy w 1920 r. bardzo skutecznie przeciwstawili się agresji Rosji Sowieckiej i utrzymali niepodległość Polski, kilkanaście lat później zaufali Sowietom, uwierzyli, że „Sowiety się nie ruszą”, a w lipcu 1944 r. „przyjdą nam z pomocą”. To była przecież główna przesłanka decyzji o walce o Warszawę – i to wszystko po 17 września 1939 r., po deportacjach, łagrach, masakrach, po Katyniu, po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z rządem RP, po akcji „Burza”. Ja do dziś nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Widzę różne okoliczności, zdaję sobie sprawę z masy czynników; była działalność komunistów takich jak Wasilewska, była pod koniec lat 30. jakaś propaganda, że „Sowiety są teraz innym krajem”, „Sowiety się ucywilizowały” itd., ale to nie tłumaczy wszystkiego. Skąd to się brało, do końca nie wiem…

Pisząc o ekipie, która rządziła Polską w 1939 r., Stanisław Mackiewicz zatytułował jeden rozdział swej „Historii Polski…”: „Ludzie niedorośli do rządzenia”. Mościcki, Beck, Rydz, Sławoj-Składkowski – „Piłsudskiego wachmistrz Soroka”… Umysły politycznie słabieńkie. Czy to nie jest może główna przyczyna naszej tragedii, że po śmierci Piłsudskiego państwo dostało się w ręce najgorszych z jego ludzi?

Tak, ale nie musiało się dostać! Prezydentem miał być Walery Sławek, a Rydz miał się zajmować tylko wojskiem. Tymczasem on się zajmował polityką, a wojskiem nie miał się kto zajmować. Przecież przygotowanie do wojny 1939 r. i wykonanie było katastrofalne. Na przykład rozdzielali tyle i tyle wojska na kilometr. Czy pan to sobie wyobraża?

Jeżeli chodzi o Becka, to był on wielką pomyłką Piłsudskiego. August Zaleski był lepszym ministrem, opanowanym, ostrożniejszym, ale Beck go wygryzł.

Ambasador Kajetan Morawski napisał kiedyś, że Józef Beck był najgorszym ministrem spraw zagranicznych, jaki się mógł Polsce przydarzyć. Czy podziela pan to zdanie?


Podzielam to zdanie, bo Beck to rodzaj marzyciela, a nie realista polityczny. Był politykiem emocjonalnym… Proszę pana, polityka Piłsudskiego sprowadzała się do tezy: „Ani z Niemcami, ani z Rosją”. I to była polityka słuszna dopóty, dopóki Hitler nie doszedł do władzy, a Rosja nie zaczęła reform ekonomicznych, głównie „piatiletki” – planu pięcioletniego rozwoju przemysłu. Przed 1939 r. to były już dwie prawdziwe potęgi militarne. Utrzymanie takiej samej odległości od Berlina i od Moskwy było już niemożliwe. Hitler zerwał z polityką Rapallo, zerwał współpracę z Sowietami. Polska mogła tylko wybierać między Niemcami a Rosją.Wtedy trzeba się było trzymać świętej zasady: „Salus Rei Publicae suprema lex esto” – trzeba było szukać najmniej złego rozwiązania.

Jakie były więc inne możliwości polityki Rzeczypospolitej pod koniec lat 30., które pozwoliłyby jeśli nie uniknąć klęski, to przynajmniej wydatnie ją zminimalizować?

Tylko pójście z Niemcami! 40 lat temu tego bym nie powiedział, bo tak mnie wychowano, ale teraz mówię – trzeba było iść z Niemcami! Wszystkie te „Międzymorza”, sojusz z Rumunią, szukanie zbliżenia z Czechami, nie mówiąc już o tych – pożal się Boże – gwarancjach brytyjskich, to nie była polityka. Tragedia polegała na tym, że Hitler był fanatykiem, dążył do wojny. On jednak jeszcze nie był taki w 1935 r., gdy tuż po śmierci Piłsudskiego składał propozycje ambasadorowi Lipskiemu, bardzo wyraźne propozycje. W owym czasie to było najmniej złe wyjście. Obowiązkiem polityków polskich było wybrać najmniej złe rozwiązanie.

W czerwcowym numerze „Nowego Czasu”, w pięknej skądinąd laudacji na pana cześć, prof. Marek Kornat rozróżnił dwie historie: afirmatywną i krytyczną, czyli jak ją nazwał – „rozdrapującą rany”. Pańskie prace zaliczył do tej drugiej. Czy podziela pan ten punkt widzenia?

Nie sądzę, abym rozdrapywał rany. Ja odróżniam propagandę i politykę historyczną od historii, która ma być rzetelna, to znaczy zaczynać od ustalania faktów. Oczywiście, dobry polityk powinien znać obie: prawdziwą historię i historię „fryzowaną”. Jednak zawsze powinien się kierować zasadą, którą stawiam na pierwszym miejscu i którą ciągle podkreślam: „Interes narodu jest prawem najwyższym”.

Podkreślał pan nieraz, również publicznie, jak bardzo utrata niepodległości, ziem wschodnich oraz narzucenie ustroju bolszewickiego zmieniły oblicze polskiej kultury.

Do II wojny światowej kultura polska była przez całe stulecia bardzo elitarna. To była kulturaszlachecka z przyczyn całkiem naturalnych. W średniowieczu miasta były bardzo niemieckie, ostoją polskości były wieś, dwór szlachecki. Tam się rodziła i rozwijała polska kultura. Już od XVI w. przejmowało ją polonizujące się mieszczaństwo (Lwów był takim pięknym przykładem). Człowiek był jej wartością najwyższą w wymiarze ziemskim, to było przesłanie chrześcijańskiej cywilizacji łacińskiej, dlatego kultura ta tak bardzo przyciągała elity litewsko-ruskie. Dawała im prawa, zapewniała podmiotowość polityczną.Była ona alternatywą dla modelu rosyjsko-bizantyjskiego, gdzie najwyższym dobrem było państwo, któremu człowiek musiał bezwzględnie służyć.Jej ekspansja trwała 500 lat. Już rzeź rewolucyjna lat 1918–1920, znana jako „pożoga”, w szczególny sposób wycięła polskie elity na głębokich Kresach, niszcząc je ekonomicznie i mordując lub zmuszając ludzi do opuszczenia rodzinnych stron. Pomimo to kultura ta trwała w dalszym ciągu i imponowała. Po odbyciu służby w Wojsku Polskim białoruski chłopak zachowywał się jak pan. Pańskość imponowała. To wszystko skończyło się po 1945 r.

Jak by pan określił teraźniejszą polską kulturę?

Żeby Polaków nie denerwować, nazywam ją PRL-owską. Jest ona zupełnie czymś innym niż wiekowa polska kultura. Są oczywiście wyjątki, może nawet liczne,ale ogólnie rzecz biorąc, sposób myślenia Polaków, sposób reagowania, sposób oceny rzeczy bardzo się zmieniły. Wrzesień 1939 r., ale przede wszystkim nieszczęsne powstanie warszawskie złamały psychikę Polaków. Po latach przyznałem rację Stanisławowi Mickiewiczowi, który pisał w 1945 r., że tak jak Biała Góra zmieniła psychikę Czechów, jak Verdun zmieniło psychikę Francuzów, tak powstanie warszawskie zmieni psychikę Polaków.

Poza tym przez dziesięciolecia komunizmu Polacy utracili szacunek dla samych siebie oraz dla własnej historii i wcale go nie odzyskali. Utracili poczucie własnej wartości,dumę narodową, popadli w kompleksy niższości i dlatego tak naśladują, żeby nie powiedzieć – małpują, wszystko, co napływa z Zachodu. Szczególną rolę w kształtowaniu tego stanu rzeczy odgrywają w dalszym ciągu zmarksizmowane wydziały humanistyczne uniwersytetów, które kształcą ludzi ograniczonych, niepotrafiących myśleć przyczynowo-skutkowo, pozbawionych logiki. Proszę popatrzeć, jak jest traktowana historia i tradycja.Polska międzywojenna przedstawia same wady. Wszystko, co szlacheckie, ma same wady. Szlachta miała swoje wady, ma się rozumieć. Największą wadą szlachty od pewnej epoki w Polsce przedrozbiorowej stał się brak dbałości o państwo, brak tego, co tak charakteryzuje Rosjan. A mimo to przez stulecia Polacy wywierali ogromny wpływ również na Rosjan. Przecież elita rosyjska w Moskwie mówiła najpierw po polsku, a potem dopiero przeszła na francuski. A poloneza tańczyli nawet w czasie uroczystości zmiany nazwy Sankt Petersburga na Leningrad. Bal zaczął się od „polskowo”.

Wracając do teraz…

Wracając do teraz. Po 1990 r. Polska nie przeżyła żadnego odrodzenia narodowego, podobnego do tego po roku 1918, nie było więc również odrodzenia kultury. Poza wszystkim do tworzenia wielkiej kultury potrzeba pieniędzy. Komunizm zniszczył stan posiadania wszystkich warstw społecznych, niezależność materialną. Pytam przyjaciół z Polski, jak zachowuje się młode pokolenie dzieci nowobogackich, którzy wzbogacili się na tzw. transformacji po roku 1990. I słyszę, że oni uważają się za „Europejczyków”, broń Boże za Polaków, a styl ich życia można wyrazić maksymą: „Panem, circenses et sexus”. Żadnych aspiracji, żadnego poczucia służby społecznej. Dlatego to wszystko takie marne.

I co dalej…? – nawiązując do tytułu pańskiej autobiografii.

Co dalej? Sytuacja na naszym obszarze zaczyna być w pewien sposób podobna do tej z lat 30. Zjednoczona Europa pruje się i sypie. Niemcy, jej główny budowniczy i beneficjent, przeżywają wielki kryzys polityczny, spowodowany polityką Merkel. Na rozkład państwa sobie nie pozwolą, więc porządek mogą przywrócić siły radykalne, a wiemy, co to znaczy… W sytuacji, gdy Europa wymknie im się z rąk, będą chcieli szukać porozumienia z Rosją, zresztą cały czas ten flirt między nimi trwa. Albo z Polską… A wtedy tylko alternatywa: Niemcy i Polska versus Rosja albo Niemcy i Rosja dzielące wpływy na ciele Polski. Tym bardziej że Trump chce uporczywie zresetować stosunki z Rosją, ułożyć z nią podział świata. Oby nie za cenę Europy Wschodniej. Sytuacja Polski staje się trudna, a politycy polscy mają się nad czym zastanawiać.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 11/2018
Artykuł został opublikowany w 11/2018 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 13
  • Alianci IP
    Alianci sprzedali w Jałcie całą Europę środkową. Jednak w 1939 roku, rok po rzezi Polaków na Białorusi, a także czystkach na samych Rosjanach, nie wiedziano, czy Stalin się kiedyś opamięta.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • pogromca mitów IP
      Sojusz z Hitlerem to dla Polski pewna klęska w każdym wariancie, zwycięstwo Hitlera to zagłada Polski. Przegrana Hitlera to Polska zredukowana do "księstwa warszawskiego". W 1918 roku Polska miała niesamowite szczęście które zdarza się raz na 1000 lat. To by się nie powtórzyło. Mieliśmy szczęście że Armia Imperium Rosji została zastąpiona Armią Czerwoną, a Armia II Rzeszy zablokowana energicznyni działaniami Francji.
      Dodaj odpowiedź 12 13
        Odpowiedzi: 0
      • Realista IP
        Za sojusz z Hitlerem Polska nie wypłaciłaby się Żydom do końca Świata oskarżana o współudział w Holokauście...
        Dodaj odpowiedź 12 13
          Odpowiedzi: 0
        • Zxcvb IP
          Świetny wywiad. Z wszystkim się zgadzam.
          Dodaj odpowiedź 14 4
            Odpowiedzi: 0
          • pogromca mitów IP
            I tak uważam że sojusz z Francją i W.Brytanią w realiach epoki był jedynym rozwiązaniem dającym, szanse na suwerenność . Kto mógł przypuszczać że Francja 1918 roku dyktująca warunki Niemcom, Francja 1919 która uratowała Wielkopolskę przed niemiecką ofensywą, po 20 latach okaże się tak defetystyczna i bezwolna.
            Dodaj odpowiedź 21 9
              Odpowiedzi: 2

            Czytaj także