Obraz obowiązkowy

Obraz obowiązkowy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pomysł Jana Komasy okazał się genialny w swej prostocie

Wyzwanie było niezwykłe. Z sześciu godzin roboczych materiałów do powstańczych agitacyjnych kronik robionych na zlecenie Biura Informacji i Propagandy KG ZWZ-AK ułożyć film, który zafascyno- wałby szerszą widownię i dałby się bez przymusu oglądać w kinach. Wymyślić narrację na tyle zwartą, by utrzymać uwagę odbiorców, i na tyle wątłą, by tej uwagi nie odciągać od rzeczy najważniejszej: autentycznych zdjęć z 1944 r.

(...) Oś fabularna jest nienachalna, jakby twórcy filmu świadomie zrezygnowali z większej kreatywności. No cóż, Jan Komasa kończy już prace nad „Miastem 44”, w którym będzie miał okazję pokazać artystyczną wizję świętego zrywu Polaków. Co prawda wywiad udzielony parę tygodni temu przez reżysera „Newsweekowi” budzić może spore obawy, ale przecież wtargnięcie wysokiej sztuki do oglądanego dokumentu pokazuje, jak wielki potencjał tkwi w temacie powstańczym. Gdy słyszymy dojrzały, świetny głos Mirosława Zbrojewicza wykładającego braciom reguły propagandy (ludzie nie chcą patrzeć jak umierają, to na co dzień mają...”), gdy do następnego ujęcia wtargnie jazzowy temat czy gdy w pewnym momencie zdjęciom twarzy cywilów ukrytych w piwnicach towarzyszyć będzie Litania do Najświętszego Serca Jezusa z „Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego:

od pożarów i spalenia żywcem -

wybaw nas Panie

od rozstrzelania - wybaw nas Panie

od zasypania - wybaw nas Panie

Czujemy, co by się zdarzyło, gdyby twórcy chcieli popłynąć ku kreacji. Ale tu, pokorni wobec dokumentalnego materiału, są powściągliwi. Powściągliwi i nawet trochę sztywni, co na początku budzi obawy, że teksty dopisane współcześnie będą raziły dydaktyzm oraz jakąś niestosownością.

– Gdzie dowódca?

– W dupie – słyszą od odchodzących.

– Ale fasoniarz – komentuje jeden z operatorów.

Albo sztandarowe:

– Co tu robicie?

– Kronikę powstania robimy. – A my powstanie robimy...

(...) 

Piszę o tych technicznych detalach, wyliczam części składowe, mnożę wątpliwości, a przecież czuję, że to wszystko po to, by odsuwać opowieść o wzruszeniu i bezgłośnym skowycie, które towarzyszą mi od pierwszych chwil projekcji. Gdy widzę moje umierające w konwulsjach miasto. Gdy widzę ludzi, skazanych na cierpienie i śmierć. W kolorze i stereo. Gdy widzę początkowe sekwencje pełne tych tak reklamowanych przez twórców muzeum „rozświetlonych twarzy”, no bardzo przepraszam, to ja przecież jednak znając koniec, też gdzieś w środku płaczę, gdy widzę chłopaczka pełniącego wartę z wielkim karabinem i dzieciaki bawiące się w budowanie schronów, gdy widzę maluchy śmiejące się z występu podwórkowego teatrzyku, a potem zwłoki i pogrzeb zawiniętego w prześcieradła 11-letniego Wojtusia, łącznika. (...)

Cały artykuł dostępny jest w 19/2014 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Autor: Andrzej Horubała
 0
Czytaj także