KrajPolacy w Alamo. Powstańcy listopadowi w jednej z najsłynniejszych bitew w historii USA

Polacy w Alamo. Powstańcy listopadowi w jednej z najsłynniejszych bitew w historii USA

Obraz
Obraz "Upadek Alamo" Roberta Jenkinsa Onderdonka / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 20
Pietrasiewicz przerzucał szablę z ręki do ręki i za kark wciągał każdego Meksykanina na mur, by rozpłatać mu głowę. Tak walczyli weterani powstania listopadowego w jednej z najsłynniejszych bitew w historii USA.

Posępna muzyka dobiegająca z obozu meksykańskich żołnierzy nie pozwalała zmrużyć oczu mieszkańcom Teksasu, zgromadzonym w Alamo pod San Antonio, którzy zapragnąwszy uniezależnić się od Meksyku, ledwie trzy dni wcześniej ogłosili swoją niepodległość. Jeden z nich rozpoznał melodię starej pieśni, której słowa mówiły o podrzynaniu gardeł pokonanym wrogom. Nazajutrz, wczesnym rankiem 6 marca 1836 r., Meksykanie uderzyli na tę niewielką twierdzę. Bohaterstwo jej obrońców, którzy wówczas zginęli co do jednego, jest czczone po dziś dzień i nie przesadza Waldemar Łysiak, gdy pisze, że „datę tę każde teksańskie dziecko zna od kolebki, a każde amerykańskie od pierwszej klasy w szkole”.

Alamo, które zasłużyło sobie na miano amerykańskich Termopil (i „Kolebki Teksasu”), nie powinno być jednak obojętne także polskiemu sercu. Wśród jego obrońców była bowiem garść Polaków – weteranów powstania listopadowego, którzy znaleźli się na drugiej półkuli i tam też, broniąc wolności innych, znaleźli grób.

Z Galicji do Ameryki

Po klęsce powstania listopadowego tym żołnierzom polskim, którzy od razu nie udali się na emigrację na zachód Europy i nadal pozostawali w zaborze austriackim, zagroziło wydanie w ręce władz rosyjskich. Złożyli oni wówczas petycję na ręce Austriaków, by pozwolili im pozostać w Galicji. Ci jednak się na to nie zgadzali, a po klęsce wyprawy Józefa Zaliwskiego do zaboru rosyjskiego w 1833 r. część polskich weteranów aresztowano i wywieziono do twierdzy w Brnie, skąd mieli powędrować do zaboru rosyjskiego, a stamtąd na Syberię. W tej sytuacji jeden z przywódców polskiego uchodźstwa politycznego, książę Adam Jerzy Czartoryski, udał się do Wiednia i w osobistej rozmowie z cesarzem Franciszkiem II otrzymał zgodę na to, by tym powstańcom, którzy nie mieli w zaborze austriackim rodzin i zajęcia, pozwolić na wyjazd do innego państwa. Rzecz jasna książę chciał, by udali się do któregoś z krajów zachodnioeuropejskich, w najgorszym przypadku do francuskiego wówczas Algieru. Cesarz, za podszeptem któregoś ze swoich zauszników, zdecydował jednak, by polskich żołnierzy przymusowo wywieźć do Stanów Zjednoczonych. Tego, że nie znali angielskiego i innego zajęcia niż wojaczka, nie wzięto pod uwagę.

W listopadzie 1833 r. Polaków zaokrętowano w Trieście na dwa statki – „Guerrero” oraz „Hebe”. Pierwszą nazwę nadano na cześć bohatera walki o niepodległość Meksyku przeciw Hiszpanom („Guerrero” to obecnie jeden z meksykańskich stanów), druga była imieniem mitologicznej bogini młodości. Z 234 żołnierzy i oficerów, którzy znaleźli się pod pokładami, niektórzy służyli jeszcze u Napoleona Bonapartego i w Armii Księstwa Warszawskiego. Był wśród nich także amerykański lekarz Paul Fitzsimmons, który w czasie powstania wstąpił ochotniczo do 9. pułku piechoty i dzieląc los Polaków, w tak niespodziewany sposób wracał do swojej ojczyzny.

Czytaj także:
Kit Carson - (nie)zapomniany bohater Dzikiego Zachodu

28 marca 1834 r. powstańców wysadzono w Nowym Jorku. Byli pierwszą tak dużą zwartą grupą Polaków, która przybyła do Stanów Zjednoczonych. Natychmiast wysłali petycję do komitetu pomocy powstaniu listopadowemu, powstałemu z inicjatywy Jamesa Fenimore’a Coopera, znanego amerykańskiego pisarza, autora „Ostatniego Mohikanina”, zawiadamiając o swoim przybyciu. Dzięki temu komitet szybko wystarał się dla nich o prawo osiedlenia się w Ameryce, a nawet niewielki, bo 33-dolarowy zasiłek.

Na nowojorskich ulicach polscy żołnierze wzbudzili dużą sensację. Jak pisał Wiesław Fijałkowski: „Polacy bowiem nosili ćwierćmetrowej wysokości wojskowe kaszkiety, nierzadko ozdobione pieczołowicie przechowywanymi piętnastocentymetrowymi kitkami oficerskimi i blachami srebrnych orłów”. Dlatego ich adaptację do amerykańskiego społeczeństwa rozpoczęto od podarowania im ubrań cywilnych.

Pobyt w Nowym Jorku był dla większości przejściowy. Wkrótce liczna 70-osobowa grupa wyjechała do Illinois, gdzie otrzymała ziemię i zaczęła wieść żywot farmerski. Ledwie 17-letni porucznik August Jakubowski, syn Antoniego Malczewskiego, poety romantycznego, autora słynnej „Marii”, szybko nauczył się angielskiego, napisał pierwszy polski wiersz o Indianach, a potem książkę – „Wspomnienia polskiego wygnańca”. Zawierała ona szkice z historii, literatury i obyczajów polskich, przede wszystkim wschodnich ziem polskich, a także kilka tłumaczeń z Mickiewicza i Malczewskiego, które zadedykował damom z Ameryki. Uzyskany ze sprzedaży dochód przeznaczył na wyjazd do Meksyku, gdzie od lat w armii tego państwa służył jego stryj Konstanty Malczewski. Za Jakubowskim pojechało jeszcze kilku oficerów. Z kolei równie młody porucznik Józef Truskolaski dzięki pomocy Coopera ukończył studia inżynieryjne i osiadł w Utah. Jeszcze inni zakładali szkółki sztuk pięknych, tańca, szermierki lub jazdy konnej, w których wykorzystywali umiejętności wyniesione ze swoich szlacheckich domów.

Wielu jednak czekały tylko dorywcze prace w porcie, które równały się głodowi i poniewierce. Nic dziwnego, że kiedy w mieście pojawili się werbownicy do oddziałów, które miały walczyć w dążącym do uwolnienia się spod władzy Meksyku Teksasie, Polacy, chociaż mieli mgliste pojęcie, kto z kim i o co się bije, odpowiedzieli na ten apel. Co prawda jeden z przywódców tej grupy, por. Feliks Andrzej Wardziński ze słynnego Czwartego Pułku Piechoty, bijący się z Moskalami przez całe powstanie, począwszy od walk o Arsenał w czasie nocy listopadowej, proponował, by wszyscy wstąpili do jednego oddziału. Tak się jednak nie stało, gdyż werbownicy działali bez porozumienia ze sobą i – ostatecznie – Polacy zasilili różne oddziały. Pewna część wybrała zupełnie inny kierunek, zgłaszając się do oddziałów ochotniczych, usiłujących podbić indiańskich Seminolów na Florydzie.

Na murach Alamo

W nielicznej grupie Polaków, którzy trafili pod rozkazy niespełna 25-letniego płk. Williama Barretta Travisa, byli trzej artylerzyści: ppor. Napoleon Dembicki, Adolf Pietrasiewicz i jego starszy brat Franciszek Pietrasiewicz. W dniu 12 grudnia 1835 r. wzięli udział w zdobyciu niewielkiej twierdzy El-Alamo, założonej w budynkach dawnej misji zakonu franciszkanów pod wezwaniem św. Antoniego, której nazwa pochodziła od ocieniających ją drzew alamo. Zajęcie Alamo było w części zasługą Dembickiego, który uniemożliwił Meksykanom użycie artylerii. Wówczas ich dowódca, spodziewając się, że armaty wpadną w ręce Teksańczyków, rozpoczął pertraktacje, po których zgodził się wycofać z twierdzy. Teksańczycy obsadzili Alamo, jednak już w końcu lutego 1836 r. nowa liczna armia pod osobistym dowództwem prezydenta Meksyku gen. Antonia Lopeza Santa Anny otoczyła twierdzę. 5 marca Meksykanie pozwolili opuścić Alamo kobietom i dzieciom. Było pewne, że następnego dnia rozpocznie się szturm.


Marcowym świtem żołnierze meksykańscy, przy dźwiękach hiszpańskiego marsza „Deguello”, wspomnianej już pieśni o podrzynaniu gardeł, ruszyli naprzód. „Jego złowieszcza melodia, pochodząca jeszcze z czasów wojen z Maurami, tradycyjnie zapowiadała walkę bez pardonu i bezlitosną śmierć wroga” – pisał historyk boju o Alamo Jarosław Wojtczak. Czternaście dział artylerii teksańskiej pod kierunkiem por. Almerona Dickinsona (lub według innych przekazów – Dembickiego) powstrzymało początkowo atakujących: „Dobrze wymierzona kula armatnia zabiła idącego na czele swoich oddziałów płk. Duque i zmiotła połowę kompanii strzeleckiej z batalionu Toluca.

Reszta nacierających z pogardą dla śmierci podeszła do murów i przystawiła drabiny oblężnicze. Mordercze salwy z broni Teksańczyków powaliły pierwsze szeregi atakujących. Niektórzy z obrońców mieli pod ręką po kilka naładowanych muszkietów, z których strzelali teraz wprost w twarze wspinających się na mury żołnierzy meksykańskich. Rażone ogniem kolumny dwukrotnie odstępowały od murów Alamo, żeby po przegrupowaniu zaatakować po raz trzeci” – pisał Wojtczak. W końcu jednak Meksykanie, mający znaczną przewagę liczebną, ale i atakujący z wielkim męstwem, wdarli się na fortyfikacje. Zawrzała tam mordercza, bezpardonowa walka, która po zdobyciu murów przez Meksykanów przeniosła się na plac przed tzw. długimi koszarami, a następnie do samych koszar. Zginął Travis, zginął słynny traper James Bowie, wynalazca jednego z typów noża myśliwskiego, nazwanego jego nazwiskiem i używanego przez obrońców Alamo, ginęli jeden po drugim obrońcy, w tym Polacy.

Czytaj także:
Tecumseh - ostatni wódz, który zjednoczył Indian

Ostatnie ich chwile opisał, co prawda w mocno przerysowany sposób, amerykański dziennikarz polskiego pochodzenia Artur Waldo: „Starszy Pietrasiewicz odznaczał się szaloną siłą. Ten przerzucał szablę z ręki do ręki i za kark wciągał każdego Meksykanina na mur, aby rzucić po chwili z rozpłataną głową […]. Adolfa Pietrasiewicza zaszedł jakiś żołdak z tyłu i wystrzałem z rusznicy położył trupem. Dembickiego widziano w kilku miejscach, jak zaciekle szerzył śmierć, zamiatając wrogów tuzinami. Gdy zaczynał sapać, to odbiegał od nich, łapał w zmęczone płuca więcej powietrza i w nowem miejscu bił nachodzących na niego przeciwników. Gdy go wreszcie także siły opuściły, kilka bagnetów wypruło duszę i z niego. Najdłużej trwał Franciszek Pietrasiewicz, który na odmianę to zdobytą szablą, to karabinem walczył. Były momenty, że w jednej ręce trzymał szablę, a w drugiej karabin za lufę i kruszył łby po dwa naraz z lewej i z prawej strony siebie. Nie cofał się, ale na rosnący stos ciał przed sobą wchodził coraz wyżej i tak z góry ułatwiał sobie obronę […] Zwalono wreszcie i jego”.

Dembicki poległ zapewne przy obsłudze dział znajdujących się na dachu kościoła, które ostrzeliwały wdzierających się na mury Meksykanów, jeden z nich, sierżant Becerra, zapamiętał tę scenę. Franciszek Pietrasiewicz był wśród sześciu ostatnich żywych obrońców Alamo, którzy skupili się obok legendy Dzikiego Zachodu, słynnego trapera i myśliwego, z pochodzenia Irlandczyka, Dave’a Crocketta (w jego postać w filmie „Alamo” wcielił się, jakżeby inaczej – John Wayne, również reżyser tej produkcji). Ostrzeliwali się oni do końca na placu przed kaplicą, a potem bronili kolbami i nożami Bowie, by zginąć pod kulami i bagnetami Meksykanów. Tak zakończył się bój o Alamo, który trwał równo półtorej godziny i w którym Polacy „odbierali […] swoją śmierć sprzed lat, która się spóźniła, i być może widzieli inne mundury przed sobą” (Waldemar Łysiak).

Podobnie tragiczny okazał się los pozostałych polskich obrońców Teksasu. Polegli ci, którzy poszli pod rozkazy Jamesa Granta – jego niewielki oddział został zaskoczony i wybity niemal bez walki nad strumieniem Agua Dulce pod San Patricio przez gen. Jose Urrea o przydomku Niezwyciężony. Jednak najwięcej Polaków zginęło pod Goliad. W tym mieście zgromadził się oddział ochotników amerykańskich spoza Teksasu, ponaddwukrotnie większy niż załoga Alamo, dowodzony przez płk. Jamesa Walkera Fannina. Dowódcą jego artylerii był Teodor Piotrowicz, a służyli w niej między innymi podoficerowie Karnicki i Józef Skrzynicki (ten ostatni w obsłudze jedynej haubicy), a także Michał Dębicki; polskim żołnierzom piechoty przewodził ppor. Feliks Kartuski. Polacy ponoć doradzali Fanninowi, by bronił się w dobrze ufortyfikowanym Goliad. Ten jednak, wykonując rozkaz głównodowodzącego armią teksańską Sama Houstona, opuścił miasto, porzucając przy tym artylerię. Nie uszedł daleko, gdy milę od strumienia Coleto Creek został otoczonym przez kawalerię „Niezwyciężonego”.

Doszło do bitwy, w której Teksańczycy i Polacy odparli ataki Meksykanów, zadając im duże straty. Ci jednak w nocy otrzymali posiłki i ochotnicy Fannina, dodatkowo jeszcze odcięci od wody, musieli zaprzestać walki. Jeńców odprowadzono do Goliad, jednak następnego dnia wyprowadzono ich z miasta, po czym rozstrzelano. W tym samym czasie w Goliad zabito rannych ochotników na czele z Fanninem. Meksykańscy żołnierze wykonali uchwałę swojego parlamentu, nakazującą rozstrzeliwać każdego cudzoziemca, schwytanego z bronią w ręku na terytorium Meksyku, lecz nie może to usprawiedliwiać mordu, o którym zresztą wbrew prośbie gen. Urrey zdecydował sam Santa Anna. Tylko kilku ludzi przeżyło rzeź, wśród nich ppor. Kartuski, który ledwie żywy po samotnej ucieczce przez prerię dotarł do obozu Sama Houstona.

Prezydent jeńcem Polaka

Wydawało się, że sprawa niepodległości Teksasu jest przesądzona, gdyż wojsko Houstona, przygnębione poniesionymi klęskami, cofało się ku Zatoce Meksykańskiej, ścigane przez przeważające siły meksykańskie. Houston zatrzymał się obozem w delcie zatoki, na niewielkiej równinie San Jacinto. Wówczas zdarzyło się coś, co dało nadzieję Teksańczykom. Otóż jego zwiadowcy schwytali meksykańskiego kuriera – ze znalezionych przy nim rozkazów wynikało, że Santa Anna zdecydował się zadać ostateczny cios armii Houstona osobiście i, pozostawiając w tyle innych meksykańskich generałów, przybył na San Jacinto z siłami nieco mniejszymi od teksańskich.


W tym momencie na scenie pojawił się ponownie dzielny porucznik z Pułku Czwartaków Feliks A. Wardziński, jeden z niewielu żyjących jeszcze Polaków, walczących w szeregach teksańskich. Zwrócił się do Houstona z pomysłem zniszczenia mostu na rzece Vince, by odciąć Santa Annę od innych oddziałów meksykańskich. Ten zgodził się i Wardziński, niemiecki zwiadowca Schmidt oraz dwóch Teksańczyków, korzystając z osłony nocy, minęli obóz przeciwnika i wykonali zadanie. Po południu, 21 kwietnia 1836 r., Houston – jak pisze Jarosław Wojtczak – dosiadając konia o imieniu Saracen, dał szablą rozkaz do ataku, co nastąpiło przy dźwiękach miłosnej piosenki zaczynającej się od słów: „Czy przyjdziesz do altanki, którą dla Ciebie przygotowałem?”.

Meksykanie nie spodziewali się już tego dnia żadnych działań, podobnie jak i Santa Anna, który po zażyciu opium spał w namiocie bądź umilał sobie popołudnie z pewną Mulatką. Zaskoczenie było całkowite i mimo że część żołnierzy meksykańskich stawiła opór, impet natarcia w ciągu 20 minut rozstrzygnął walkę na korzyść ludzi Houstona. Teraz Teksańczycy brali odwet, mordując znaczną część pokonanych, którzy na próżno krzyczeli, że nie byli ani w Alamo, ani w Goliad; w końcu interwencja Houstona i płk. Thomasa Ruska przerwała mord. Wśród jeńców nie było jednak prezydenta Santa Anny. I znów nosa miał Wardziński. Ze Schmidtem wypatrzył na drugim brzegu Vince żołnierza w mundurze szeregowca, którego przyprowadzili do obozu. Okazał się nim Santa Anna.

Czytaj także:
„Patriota” nie wytrzymuje konfrontacji z prawdą historyczną

Prezydent Meksyku musiał podpisać rozkaz wycofania swoich wojsk z Teksasu i uznać jego niepodległość. Sam Houston został pierwszym prezydentem nowego państwa na kontynencie amerykańskim, natychmiast uznanego przez Stany Zjednoczone. A na odsłoniętym sto lat później pomniku upamiętniającym bitwę na równinie San Jacinto napisano, że była ona jedną z walk decydujących o losach świata. Dała bowiem niepodległość Teksasowi, co 11 lat później przyczyniło się do wojny między dwoma sąsiadami. W jej konsekwencji Stany Zjednoczone zyskały jedną trzecią obecnej wielkości. Tak narodziło się światowe imperium.

„Farbują mundury”...

Po uwolnieniu się spod władzy Meksyku Teksańczykom pozostawało już tylko pozbawić wolności i ziemi indiańskich mieszkańców tych obszarów – Czirokezów, Komanczów i Apaczów. Ci bronili się długo i często z powodzeniem; w walkach z nimi, najpewniej z Komanczami, brał też udział jako żołnierz 1. pułku z Galveston Wardziński, który został ranny i już w sierpniu 1837 r. zwolniony z wojska. W dowód zasług nadano mu 230 akrów ziemi w Harris, w pobliżu dzisiejszego Houston, a także przekazano, jak skrupulatnie wyliczył Wald, dwie czapki, dwa wełniane żakiety, dwie pary wełnianych spodni, dwa koce, cztery pary trzewików i dwie pary skarpetek. Później na ranczu Wardzińskiego osiadł też ppor. Kartuski.

Wardzińskiemu trafiały się różne ożenki, ale jakoś nie miał słabości do cudzoziemek, a o Polkę było wtedy trudno. Uważał się zresztą za takiego patriotę, że życia swego z żadną kobietą obcego pochodzenia nie chciał wiązać choćby za największe majątki – pisał z pełnym przekonaniem o dalszych losach por. czwartaków Artur Wald.

Po kilku latach, w 1845 r., Teksas został przyłączony do Stanów Zjednoczonych, a dwa lata później wybuchła wspomniana wojna, która miała zdecydować o losach północnej części Meksyku, stanowiącej niemal połowę obszaru tego państwa. Do szeregów amerykańskich zgłosił się niemłody już Wardziński, poza nim służyli tam też inni Polacy, między innymi lekarz Feliks P. Wierzbicki, kpt. Napoleon Kościałkowski i Karol Radzimiński. Jak można się spodziewać, nie zabrakło ich również po drugiej stronie. Weteran powstania listopadowego, kawaler złotego krzyża Virtuti Militari, wybitny chirurg Seweryn Gałęzowski, od kilkunastu lat mieszkający w Meksyku, leczył rannych z obu walczących armii. Natomiast wspomniany już Konstanty Malczewski po zakończeniu wojny spotkał Radzimińskiego w czasie prac nad wytyczaniem nowej granicy meksykańsko-amerykańskiej.

Myśląc o tych Polakach na drugim kontynencie, mimowolnie brzmią w uszach słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego o tych, którzy „farbują mundury, wędrują przez kraje i czasem strzelają do siebie nawzajem”. W przypadku tych, którzy służyli w armii amerykańskiej i meksykańskiej, możemy prawie na pewno orzec, że oni na szczęście do siebie nie strzelali.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2015
Artykuł został opublikowany w 7/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 20
  • Dociekliwy IP
    Proszę podać źródła z których pochodzi wiedza, że Polacy tam walczyli skoro nie ma ich w oficjalnych wykazach amerykańskich
    Dodaj odpowiedź 1 1
      Odpowiedzi: 0
    • Mare P IP
      Na liście poległych w Alano nie ma żadnego polskiego nazwiska .
      Dodaj odpowiedź 3 0
        Odpowiedzi: 0
      • Obserwator IP
        Prawdziwe historie proszę przeczytać w książkach takich jak: ,,Baśń jak niedźwiedź. Historie amerykańskie", autora: Garbiel Maciejewski, słynny bloger ,,Coryllus". Tam jest cała plejada wspaniałych książek (www.coryllus.pl). Wspaniały cykl z serii: ,,Baśń jak niedzwiedź..." ect. Wziąłem książkę do ręki aby przeglądnąć przez chwilę i złapałem się na tym, że przeczytałem jednym tchem ..całą! Wspaniałe historie.
        Dodaj odpowiedź 1 3
          Odpowiedzi: 1
        • Chanuka IP
          Takie porządne, rzetelne artykuły aż się miło czyta!
          Dodaj odpowiedź 15 2
            Odpowiedzi: 0
          • Karol IP
            Teksas,podobnie jak Kalifornia,Nowy Meksyk były częścią państwa Meksyk (serial Zorro np.rozgrywa się w Kaliforni ) Amerykanie (imigranci z Europy )parli na zachód Ameryki jak Niemcy na Pomorze czy Śląsk lub Polacy na Podole.Meksykanie bronili swojego państwa podobnie jak Ukraina broni dziś swojej integralności przed agresją prorosyjskich separatystów.Udział Polaków w tej agresji podobnie jak legionistów Dąbrowskiego w tłumieniu powstania czarnych niewolników na Santo Domingo nie jest powodem do chluby chyba,że z punktu widzenia Kalego.
            Dodaj odpowiedź 10 19
              Odpowiedzi: 1
            • Szacki IP
              Dla Polski nie miało to żadnego znaczenia, więc nie ma się czym specjalnie podniecać.
              Dodaj odpowiedź 8 12
                Odpowiedzi: 0
              • płaszczak IP
                aż dziw, że się nie okazało, że w bitwach pod Alamo, Goliad czy Gonzales dowodził jakiś przodek kaczyńskiego :)
                Dodaj odpowiedź 12 45
                  Odpowiedzi: 1
                • R---- IP
                  Dębicki jest w wykazie jako N. Debichi
                  Dodaj odpowiedź 15 1
                    Odpowiedzi: 0
                  • Ignis IP
                    Czy ktoś może poprawić, dopisać w wiki nazwiska polskich obrońców?
                    https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Alamo_defenders - jest tylko jeden z Pietrasiewiczów, ale nazwisko zapisane fatalnie
                    Dodaj odpowiedź 16 0
                      Odpowiedzi: 0
                    • Skrzypek na dachu IP
                      Brawo Texas Brawo USA .
                      Dodaj odpowiedź 21 5
                        Odpowiedzi: 0
                      • Bogdan IP
                        HYMN POLSKI .
                        youtube
                        Dodaj odpowiedź 16 3
                          Odpowiedzi: 1
                        • mr.off IP
                          Nieszczescie w tym, ze na tych spod Alamo co przerzucali szable z reki do reki powoluja sie dzis polityczni opryszkowie/hosztaplerzy z PiS podrzynajacy gardlo polskiej demokracji.

                          Ku chwale mrzonek o potedze Pana Prezesa.
                          Dodaj odpowiedź 13 65
                            Odpowiedzi: 4

                          Czytaj także