Z powstania na marsz śmierci
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Z powstania na marsz śmierci

Dodano: 
Wejściu do obozu Stutthof
Wejściu do obozu Stutthof / Źródło: Wikimedia Commons
– Nogi nam się uginały z przerażenia. Esesmani kazali nam się położyć na ulicy. Jedna z dziewczyn dobrze znała niemiecki i przekazała reszcie, że właśnie planują naszą egzekucję… – mówi Helena Majkowska, uczestniczka Powstania Warszawskiego i więźniarka KL Stutthof.

PIOTR WŁOCZYK: Widzę, że na honorowym miejscu w domu trzyma pani obrazek Jezusa Miłosiernego, na którym widnieje data: „1944”. Ten obrazek rzeczywiście pamięta wojnę?

HELENA MAJKOWSKA: Tak. Znalazłam go na ulicy Dworkowej w Warszawie, leżąc na ziemi przed zapowiedzianą nam przez Niemców egzekucją. Proszę sobie wyobrazić tamten moment. Byłam przerażoną 18-letnią dziewczyną z powstania, która za moment zostanie zamordowana. Naraz patrzę, a obok mnie na bruku leży obrazek z tak dobrze znanym w Polsce wizerunkiem Pana. Wystarczyło wyciągnąć rękę. Podniosłam go, pocałowałam i... zaczęłam robić rachunek sumienia. Ten obrazek był potem ze mną w obozie koncentracyjnym Stutthof. Trzymałam go cały czas przy sercu i nieustannie powtarzałam: „Panie Boże, ufam Tobie, wiem, że nie zginę. Matko nieustającej pomocy, wspomóż mnie. Spraw, abym wróciła do domu”. Jak pan widzi, moje błagania zostały wysłuchane i mimo piekła, które zgotowali nam Niemcy, dzięki opiece z Nieba udało mi się dożyć 95 lat.

Wróćmy do momentu, kiedy miała pani zostać rozstrzelana.

Niemcy nas na ul. Dworkowej wyciągnęli z kanałów. Dzień wcześniej, 26 września, dostałyśmy z koleżankami rozkaz przejścia z Mokotowa na Śródmieście. Cały dzień szłyśmy kanałami. To jest coś niewyobrażalnego dla ludzi żyjących dziś. Woda po pas, smród, od którego kręciło się w głowie, spuchnięte trupy, przez które trzeba było się przedzierać, szczury i wreszcie granaty i gaz, które do studzienek wrzucali Niemcy. Szliśmy wzdłuż ścian, trzymaliśmy się lin i modliliśmy się, żeby nie zabłądzić. Okazało się, że nie da się wyjś eściu. Wszędzie, gdzie próbowaliśmy, byli już Niemcy. W końcu padły dramatyczne słowa: trzeba wracać na Mokotów.

Na ul. Dworkowej Niemcy wyciągnęli nas z kanałów, krzycząc: „Raus, raus!”. Wokół studzienki stali esesmani z karabinami. Było nas 40 dziewczyn, prawie wszystkie to sanitariuszki i łączniczki z Pułku „Baszta”. Nogi nam się uginały z przerażenia. Esesmani kazali nam się położyć na ulicy. Jedna z dziewczyn dobrze znała niemiecki i przekazała reszcie, że właśnie planują naszą egzekucję... Dowodzący Niemcami oficer kazał rozstawić karabin maszynowy. Leżałyśmy tak ok. dwóch godzin. Każda jedna z nas robiła sobie po cichu rachunek sumienia i prosiła Pana Boga, żeby nam odpuścił grzechy. W międzyczasie Niemcy wyłapali chłopaków, którzy wyszli z tego samego włazu, popędzili ich kawałek dalej i tam rozstrzelali.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.

 0
Czytaj także