Historia zna wiele przypadków, gdy chylące się ku upadkowi reżimy doprowadzały do wojen, które miały pompować ich popularność na fali nacjonalistycznego uniesienia, a w rzeczywistości przynosiły im klęskę i zgubę. Tak było z grecką juntą w 1974 r. czy argentyńską w 1982 r. Fakt, Netanjahu różni się od greckich „czarnych pułkowników” czy też argentyńskiego gen. Leopoldo Galtieriego tym, że został demokratycznie wybrany, a w Izraelu wciąż panuje wolność słowa i zgromadzeń (choć nie dla Palestyńczyków). Pamiętajmy jednak, że III Rzesza też długo zachowywała pozory rządów prawa, choć oczywiście różnicą jest to, że w Izraelu panuje pełny pluralizm partyjny.
Ale jak ten pluralizm wygląda w praktyce? Na 14 miejsc w 120-osobowym Knesecie mogą liczyć dwie współrządzące partie ekstremistyczne Bezalela Smotricza i Itamara Ben-Gwira. To zwolennicy wypędzania milionów cywilów z ich domów, organizatorzy terrorystycznych bojówek tzw. osadników, marzący o aneksji sąsiednich terytoriów, bombardowaniu Palestyńczyków i Libańczyków „na oślep”, burzeniu arabskich domów i planujący robienie z egzekucji Palestyńczyków masowego widowiska.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
