Jadę zatłoczonym tramwajem linii 12 w Łodzi z Atlas Areny na dworzec Łódź Fabryczna, czas wrócić do domu z festiwalu komiksu. Jest sobotnie popołudnie. Trzy nastolatki (raczej młodsze niż starsze) zastanawiają się na głos, na co iść do kina. Jedna zauważa zapowiedź „Lalki” w repertuarze multipleksu. „A co to jest?” – pyta. „»Lalka« to taka lektura szkolna” – odpowiada druga. Zaś trzecia włącza się w dyskusję, mówiąc, że widziała pierwszą część w Netflixie. „A ta w kinie to pewnie druga część, ale szybko nakręcili” – zakłada.
Warto iść do kina
Obawiam się, że szum informacyjny wygenerowany przy okazji premiery serialu Pawła Maślony może zaszkodzić konkurencyjnej wersji kinowej w reżyserii Macieja Kawalskiego. Wedle analiz internetowych interakcji dwie trzecie reakcji na serial Netflixa jest negatywna, oby nie przeniosło się to na szersze przekonanie, że wszystko, co się „Lalka” nazywa, trzeba omijać szerokim łukiem.
Tymczasem na „Lalkę” Kawalskiego warto iść do kina z przynajmniej trzech powodów. Po pierwsze, nie jest to retelling czy remiks (jak u Maślony), lecz próba adaptacji, więc próba bardziej na serio zmierzenia się z literackim oryginałem.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
