Piotr Włoczyk: Naddniestrze, quasipaństwo separatystyczne utrzymywane przez Rosję, od ponad trzech dekad odgrywa w tym regionie Europy rolę jątrzącej się „rany”. Ukraińcy mogliby w ciągu kilku dni zakończyć historię tego przedziwnego tworu. Dlaczego jeszcze tego nie zrobili?
Kamil Całus: Gdy kilka lat temu w Kijowie pojawiły się poważne głosy na rzecz siłowego rozwiązania kwestii Naddniestrza, władze mołdawskie były taką perspektywą mocno przestraszone. I przede wszystkim dlatego – z powodu oporu Kiszyniowa – nic się w tej sprawie nie wydarzyło.
Chodziło o naruszenie suwerenności Mołdawii, która uważa Naddniestrze za część własnego terytorium?
Tak, to jest jeden z problemów. W świetle prawa międzynarodowego byłby to przecież atak na Mołdawię. Kolejnym problemem byłyby fale uchodźców z Naddniestrza. Bazy wojskowe, również ta największa, rosyjska, zlokalizowane są w terenie zurbanizowanym. Biedna Mołdawia, gdzie struktury państwowe są dość szczupłe, miałaby bardzo duży problem z „zagospodarowaniem” takiej masy uchodźców.
Poza tym wejście do Naddniestrza armii ukraińskiej i obalenie tamtejszych władz zmusiłoby Mołdawię do zajęcia się tym terenem, czyli do jego szybkiej reintegracji.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
