T rzeci rok z rzędu usiłowałem dowiedzieć się od dyrekcji festiwalu, jakie cztery filmy dołączyło MKiDN do 12 konkursowych wyłonionych przez dyrekcją artystyczną. Bezskutecznie. Przed 12 miesiącami na moje prośby rzecznik prasowy resortu zareagował klasycznie, po prostu zablokował moje konto, a teraz jedna z sześciu decydentek dyrekcji FPFF – po trzech tygodniach i ponagleniu – odpisała mi, że „tajemnica ochrony danych osobowych (!!!) nie pozwala ujawnić, jakie filmy zostały zgłoszone do konkursu” itp. Zwykła informacja staje się „tajemnicą państwową spec. znaczenia”! Madame, każdy film ma napisy początkowe i końcowe, gdzie z imienia i nazwiska są wymienione osoby odpowiedzialne nawet za catering na planie i WC! Reżyserzy odrzuconych filmów mogą się czuć upokorzeni, zawstydzeni? Wprost przeciwnie, głośno komentują werdykt dyrektor artystycznej FPFF i polityczne decyzje ministerstwa z Krakowskiego Przedmieścia. Od ponad 10 lat jestem tzw. członkiem Rady Programowej FPFF w Gdyni. Tym razem nie było jej spotkania, a nawet konferencji prasowej, a jedynie tajne „Śniadanie Prasowe”, rankiem w kinie Iluzjon. Nie dostałem zaproszenia, a zadałbym wiele niewygodnych pytań wiceministrowi MKiDN Maciejowi Wróblowi.
W latach ubiegłych na łamach „Do Rzeczy” postulowałem prezentację wszystkich filmów zgłoszonych do konkursu festiwalowego w wybranym kinie (wybranych kinach), aby społeczeństwo mogło zobaczyć, na jakie produkcje wydano nasze pieniądze, i co w Gdyni pominięto. „Resort” kultury i FPFF pozostają nieugięte w swojej odmowie.
CZEKAJĄC NA „CAŁOPALENIE”
Tegoroczny 51. FPFF zaczynał się „bulwarowo”. Daniel Olbrychski publicznie rozdarł szaty, gdyż dyrektor od kinematografii w MKiDN, sławny (osławiony) Maciej Dydo, wyrzucił go ze składu jurorów festiwalu. Decyzję cofnięto, ale dotknięty do żywego aktor oferty powrotu nie przyjął. Jury w swoim składzie było – delikatnie mówiąc – „ciekawe”, takie „z łapanki”. Przewodniczący Krzysztof Zanussi zadanie miał trudne. Poprawność polityczna takich filmów jak „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, o powrocie do powojennych Niemiec Tomasza Manna, czy „Nasza rewolucja” Piotra Domalewskiego, opowiadająca historię związku Jacka Kuronia i jego żony Gajki, „Hot Spot” Agnieszki Smoczyńskiej o starym polityku, dyktatorze rządzącym krajem za pomocą AI, konfrontowała się z obrazami ważnymi historycznie: „Pojedynek” (o zbrodni w Katyniu) Łukasza Palkowskiego oraz „Przez ścianę” (o terrorze w bierutowskiej Polsce) Macieja Sobieszczańskiego.
Zanussi bardzo odważnie i roztropnie 20 lat temu, po powołaniu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, stwierdził, że zasady przyznawanie dotacji na realizację filmów fabularnych (i pozostałych) są KORUPCYJNE, gdyż w danym roku lider komisji w PISF, pan X, przyznaje miliony panu Z, a w następnym roku odwrotnie. Wszelkie gildie filmowców natychmiast przywołały reżysera do porządku, przypominając mu „różne” zaszłości. Zanussi zamilkł i sam zaczął korzystać z mechanizmu przyznawania dotacji. Jego dwa ostatnie filmy: „Eter” z 2018 r. i„Liczba doskonała” z 2022 r. były wręcz słabe, a publiczność je zignorowała. Czekamy na „świeżynkę” pt. „Całopalenie” – już sam tytuł zapowiada intelektualne wstrząsy.
BEATYFIKACJA JACKA KURONIA
Nawiązując do powyższych uwag, byłem przekonany, że reżyser Zanussi pod presją poprawności politycznej i innych nacisków przyzna Złote Lwy Pawłowi Pawlikowskiemu za „Ojczyznę” (dawniej „Vaterland”), nagrodzoną na MFF w Cannes 2026 r. za najlepszą reżyserię, a tu „szok i niedowierzanie”, reżyser Pawlikowski dostał jedynie nagrody pocieszenia – za reżyserię oraz za scenografię. Drugim powszechnym faworytem był film Piotra Domalewskiego pt. „Nasza rewolucja”, przedstawiający kilka lat z politycznej działalności Jacka Kuronia i jego żony Grażyny (Gajki), i o ile bardzo wspierałem w MKiDN (PiS-owskim) scenariusz poprzedniego filmu Domalewskiego pt. „Ministranci”, a film okazał się świetny, o tyle miałem do niego żal, że wdeptuje w polityczną beatyfikację Jacka Kuronia. Doskonale pamiętam, jak przez radio agitował za „socjalizmem z ludzką twarzą” itd. Lista zarzutów wobec polityka z czasów jego działań w III RP jest długa, dlatego doceniam werdykt jury, że jedynie nagrodziła Jacka Komana za drugoplanową rolę męską w „Naszej rewolucji”. Świetnych drugoplanowych ról było zresztą kilka. Pominięcie Bogusława Lindy, grającego oficera lekarza z Katynia w filmie Łukasza Palkowskiego „Pojedynek”, uważam za duże przeoczenie. Można było przyznać nagrody ex aequo.
NA MIARĘ „CASABLANKI”
Na szczęście i zgodnie z wysokimi walorami artystycznymi i historycznymi jury uhonorowało Złotymi Lwami Macieja Sobieszczańskiego za dramat miłosny z czasów terroru komunistycznego pt. „Przez ścianę”. Młodzi w kazamatach MBP przy Koszykowej (dzisiejsza siedziba Ministerstwa Sprawiedliwości ministra Żurka!), niesłusznie aresztowani, porozumiewają się alfabetem Morse’a. Miłość pozwala im przetrwać. Nie boję się nazwać dzieła Sobieszczańskiego dziełem na miarę polskiej „Casablanki” z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman. Jestem przekonany, że zyska milionową widownię, a pokolenie 20–30-latków pierwszy raz w życiu dowie się czegoś o MBP, ministrze Radkiewiczu i jego zastępcach: Romanie Romkowskim oraz Mieczysławie Mietkowskim. ‘Srebrne Lwy zdobył film pt. „Powiedz mi, co czujesz” dr. Łukasza Rondudy, kuratora Muzeum Sztuki Współczesnej – „klocka Trzaskowskiego”. Film to niemal „eksponat” z tego muzeum. Jak informuje FPFF, jest to „portret najmłodszego pokolenia Polaków zanurzonego w kulturze terapeutycznej”, i dalej: „zainteresowanego zdrowiem psychicznym i skupionego na antyprzemocowych wzorcach”. „Film przygląda się również nowej, czułej męskości przełamującej jej dotychczasowe opresyjne i toksyczne wzorce”. O matko i córko! Najważniejsza scena filmu to ta, gdy para „bohaterów” biegnie po ulicy i sika w majtki/spodnie! To jest to, czego oczekiwał podatnik, finansując dzieło Rondudy znanego z filmu „Wszystkie nasze strachy” (tematyka LGBT) i dokumentu o „czapce wpierdolce”.
Obsypany nagrodami został też film Jana Komasy pt. „Dobry chłopiec” („Good Boy”). Anglojęzyczny film, którego akcja rozgrywa się w Anglii, z angielskim aktorami. Nagrodzono go za najlepszy scenariusz – doprawdy przecież scenariusz (i film) to popłuczyny, plagiacik z „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka (rok 1971), zakończony przesłaniem z „Poematu pedagogicznego” sowieckiego „pisatiela” Antona Siemionowicza Makarenki. Rozumiem, że poza reżyserem Zanussim jury arcydzieła Kubricka nie widziało i o Makarence nie słyszało, ale to nie usprawiedliwia popełnienia fatalnej pomyłki. Film został nagrodzony też za montaż – było kilka innych filmów z tym elementem w lepszym wykonaniu. I w końcu kpina zupełna: nagrodę za najlepszą rolę męską dostał Anson Boom. Było kilka innych kreacji na FPFF, choćby Aidan Gillen czy Jakub Gierszał, obaj w filmie „Pojedynek”.
Złoty Pazur, a raczej „złotą wykałaczkę”, zdobył najsłabszy film FPFF pt. „Hot Spot” Agnieszki Smoczyńskiej. Dostał też nagrody za muzykę, dźwięk i kostiumy. Rozumiem, że jury bało się Smoczyńskiej, ale bez przesady. „Hot Spot” to zupełna bzdura SF. Sześć lat temu walczyłem ze scenariuszem tego filmu. „Głowa” rządząca państwem/światem/ cywilizacją to superinteligencja, dziwnym trafem mająca przypominać postać prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Lata mijały, film powstał już za panowania KO i o, niezamierzone dziwo, teraz Głowa wizualnie przypomina maskę starego Donalda Tuska lat niemal 70!
Godne pochwał były również inne filmy. Akcja dramatu „Dziki, dziki wschód” Jana Holoubka toczy się zimą 1943 r. w małym polskim miasteczku. „Exotic” to obraz społeczno-muzyczny w reżyserii Soni Orlewicz-Zakrzewskiej, z niepokojącą kreacją Jaśminy Polak. „Violetta Villas” (reż. Karolina Bielawska) przedstawia biografię legendarnej piosenkarki, a „Kobieta stanu wolnego”, w reżyserii Elizy Godlewskiej i Alana Ruczyńskiego, przynosi wstrząsający wizerunek problemu bezdomnści w Polsce. Wręczając Złote Lwy, „ministra” (tak ją zaanonsował klaun serialowy prowadzący Galę FPFF) Marta Cienkowska oświadczyła, że „zmieniamy, odzyskujemy kulturę” i„jeszcze rok walki przed nami”. Ufam, że najwyżej 12 miesięcy panoszenia się, a potem powrót normalności. Dziś bowiem zarówno FPFF, jak i MKiDN to – zgodnie z teorią Antonia Gramsciego – instytucje opanowane w całości przez neomarksistów kulturowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
