Mróz-Gorgoń żali się w TVN24. "Płacę cenę, jakiej żaden bandyta nie zapłacił"

Mróz-Gorgoń żali się w TVN24. "Płacę cenę, jakiej żaden bandyta nie zapłacił"

Dodano: 
Prof. Barbara Mróz-Gorgoń
Prof. Barbara Mróz-Gorgoń Źródło: PAP / Leszek Szymański
Barbara Mróz-Gorgoń po raz pierwszy szerzej odniosła się do afery wokół raportu przygotowanego przy pomocy sztucznej inteligencji.

Barbara Mróz-Gorgoń pełniła funkcję pełnomocnika rządu ds. promocji marki Polski zaledwie 23 dni. Jej nagłe odejście miało związek z publikacją dokumentu "Polaków portret własny", który powstał przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji i zawierał szeroko komentowane sformułowania, w tym "naturalną chlebowość". Dodatkowo pojawiły się w nim błędy stylistyczne i interpunkcyjne, a zawarte w dokumencie wniosku wzbudziły wątpliwości.

W programie "Czarno na białym" w TVN24 Mróz-Gorgoń przekonywała, że należy rozróżnić dwa dokumenty: 156-stronicową "Strategię Marka Polska" oraz "Polaków portret własny". Za przygotowanie pierwszego projektu Ministerstwo Sportu i Turystyki zapłaciło 179 tys. zł, przy czym sama Mróz-Gorgoń – jak podała – otrzymała dwie płatności po 30 tys. zł brutto. – Te wnioski są autorskie, oparte na badaniach, które są udokumentowane – zapewniała.

Według niej sztuczna inteligencja była wykorzystywana m.in. do stylistycznego opracowania tekstu i pomocy przy redagowaniu.

"Zwykły ludzki błąd"

Znacznie większe kontrowersje wzbudził dokument "Polaków portret własny. Raport z badań DNA marki Polska". Mróz-Gorgoń przekonuje teraz, że nie był to gotowy raport, lecz materiał roboczy i notatki do prezentacji wygłoszonej podczas konferencji. – Ten dokument stanowił jeden z materiałów roboczych, brudnopis został omyłkowo, pomyłkowo przeze mnie wysłany i zamieszczony na stronach think tanku Marka Polska – powiedziała, broniąc się.

Podkreślała, że za sam dokument nie zapłacono ze środków publicznych. Przyznała jednocześnie, że nie sprawdziła pliku przed jego publikacją. – I za to się biję w piersi i płacę dzisiaj cenę, myślę taką, jakiej żaden bandyta w tym kraju nie zapłacił – stwierdziła.

Była pełnomocniczka mówiła również o konsekwencjach całej afery. Jak relacjonowała, w pierwszych dniach otrzymywała obraźliwe SMS-y i wiadomości średnio co kilka minut. Opowiedziała też, że na jednej ze stacji benzynowych została opluta przez obcą osobę i nazwana „szmatą”. Po tym zdarzeniu przez dłuższy czas miała praktycznie nie wychodzić z domu. – Naprawdę mówimy tutaj nie o dużym hejcie, o jakichś złych wzmiankach w prasie. To było wręcz tsunami najpierw złych opinii, później właściwie takiego perpetuum mobile, samo nakręcających się nienawistnych już treści. Ja również co 6 minut średnio dostawałam w pierwszych dobach czy to bardzo przykre SMS-y, czy to maile.

– Też spotykały mnie rzeczy, które wcześniej wydawały mi się niemożliwe, że ktoś, kogo kompletnie nie znam, kto jest mi osobą obcą, jest w stanie podejść do mnie na stacji benzynowej, mnie opluć i nazwać s***ą – dodała.

Mróz-Gorgoń nie chciała szerzej mówić o okolicznościach swojej dymisji. Przyznała jedynie, że w pewnym momencie "poczuła się ciężarem". W sprawie prowadzone jest śledztwo prokuratury, a na uczelni toczy się wobec niej postępowanie dyscyplinarne.

Czytaj też:
"Święta Tereso ratuj". W sieci kolejne nagranie z Mróz-Gorgoń

Źródło: TVN24
Czytaj także