Piotr Włoczyk: Premier Sanae Takaichi świętuje w październiku pierwszą rocznicę objęcia urzędu. Czym konkretnie ta pierwsza kobieta na stanowisku premiera Japonii zasłużyła sobie na miano „japońskiej Margaret Thatcher”, jak określają ją zachodnie media?
Dr Paweł Behrendt: To porównanie bardzo się podoba samej premier Takaichi. W polityce zagranicznej i obronnej jest zdecydowana i asertywna, natomiast w polityce wewnętrznej pozuje na miłą ciocię, która zawsze ma dla Japończyków dobre słowo.
Swoje rządy zaczęła od mocnego akcentu: powiedziała, że jeżeli Chiny zaatakują Tajwan, to może to zagrażać bezpieczeństwu narodowemu Japonii, co z kolei może uruchomić japońskie procedury obronne, łącznie z wykorzystaniem sojuszu z USA. Chiny zareagowały na to histerycznie.
Pojawiły się bojkoty towarów „Made in Japan”, a władze w Pekinie namawiały swoich obywateli, by rezygnowali z wycieczek do Japonii.
Nie ma się co dziwić tej reakcji, bo Takaichi powiedziała tak naprawdę: sprawdzam. Już wcześniej w japońskich dokumentach strategicznych dość jasno przedstawiano kwestię reakcji na agresję na Tajwan, ale po raz pierwszy takie słowa wypowiedziała szefowa rządu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
