To najbardziej skrótowy bilans policyjny wydarzeń, które w ostatni weekend wstrząsnęły nie tylko tym drugim co do wielkości demograficznej, ale i pod względem PKB krajem Unii Europejskiej.
Zadaniem polityka jest chłodna ocena, jak te wydarzenia wpłyną na sytuację polityczną w państwie, w którym za niewiele więcej niż pół roku odbędą się wybory prezydenckie. A będzie to elekcja obserwowana bardzo uważnie w całej Europie, a nawet w całym politycznym świecie.
Francja bowiem jest pierwsza w wyborczej kolejce przed trzecim i piątym krajem UE, czyli Włochami i Polską, gdzie też będą wybory Anno Domini 2027. Nie wspominam o wyborach w kilku niemieckich landach, bo nie odbędą się one w jednym terminie,ani o wyborach w ważnych z różnych powodów mniejszych krajach takich, jak Finlandia i Grecja.
Sondaże prezydenckie w kraju Gallow są jednoznaczne. Od momentu, w którym potwierdziła swój start w wyborach – a spowodowała to decyzja kontrolowanego przez prezydenta Macrona wymiaru sprawiedliwości (!) prowadzi w nich Marine Le Pen, przywódczyni prawicowej, antyimigracyjnej, eurosceptycznej partii Zjednoczenie Narodowe (niegdyś był to założony przez jej ojca Jean-Marie Le Pena Front Narodowy). Jej wynik to 35 procent plus.
Potem jest przepaść i kandydaci z wynikami po kilkanaście, pod dwadzieścia procent. Na miejscu drugim, czasem drugim-trzeci ex aequo jest skrajny lewicowiec Jean-Luc Melenchon. To polityczny patron bardzo wielu spośród 550 tys. francuskich demonstrantów z ostatniej soboty. To aktywiści jego partii Francja Nieujarzmiona byli mocno zaangażowani w te protesty, co nie znaczy bynajmniej, że w zadymy i okradanie sklepów. Ale to właśnie ta formacja puszczała w mediach społecznościowych filmiki pokazująca rzekoma czy prawdziwą brutalność policji – przede wszystkim skierowaną przecież właśnie przeciwko tym, co bili się z policją i okradali sklepy. Filmiki te pokazywały też zamaskowanych funkcjonariuszy w cywilu, których na pierwszy rzut oka nie sposób odróżnić od zamaskowanych zadymiarzy.
Dla bardzo wielu Francuzów następuje swoiste "sklejenie" nie tylko protestów, ale też rozruchów, przemocy i grabieży z ultralewicową Francją Nieujarzmiona i jej 74-letnim liderem, zresztą byłym europosłem. Jeżeli te sondaże potwierdzą się w maju podczas wyborów, i w drugiej turze (która jest pewna) spotkają się Madame Le Pen i Monsieur Melenchon, to bardzo wielu Francuzów zagłosuje na nią nie dlatego, że ją lubi i popiera, tylko dlatego, że będzie nadzieją na zatrzymanie chaosu, anarchii, rabunku, niszczenia państwa (w sensie nie tylko jego autorytetu, ale też wręcz budynków administracji publicznej).
Prezydent Emmanuel Macron jeszcze nie zdecydował kogo poprze. Czeka. Chce startować szereg (sic!) jego współpracowników, w tym dwóch byłych premierów: Gabriel Attal (obecnie sekretarz generalny formacji Macrona "Odrodzenie") oraz Edouarde Philippe. Nieco wyżej w sondażach stoi ten drugi, starszy, bo 56-letni (Attal był najmłodszym szefem rządu w dziejach Francji – miał wtedy 35 lat, teraz ma 37, co dla wielu jest zbyt mało, jak na prezydenta). Philippe czasem nawet zrównuje się z Melenchonem, ale to był sondaż jeszcze sprzed ostatnich zadym.
Na razie jedno jest pewne: politycznym beneficjentem tych protestów jest ta, która nie była z nimi utożsamiam, czyli Marine Le Pen. Ostatni weekend wzmocnił szanse na drugą turę Melenchona, ale też uruchomił jego spory elektorat negatywny. A to znów dobre wieści dla narodowej prawicy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
