Jeżeli porównamy sobie wskaźniki handlowe dotyczące relacji UE–Rosja przed wojną oraz te z 2026 r., to można odnieść wrażenie, że Moskwa niemal przestała się liczyć w europejskich rachubach. W 2021 r. eksport do Rosji opiewał na ok. 90 mld euro, w 2025 – 30 mld. Import w 2021 r. sięgał 160 mld euro, a w minionym roku – 28 mld. Do tego sankcje, do tego kolejne transze pomocy Ukrainie, do tego krytyka Władimira Putina itd. To wszystko prawda, jednak nie jest to pełen obraz sytuacji.
Rosja jako biała plama
W dłuższej perspektywie próba zrobienia z Rosji wielkiej białej plamy na mapie europejskiej polityki jest skazana na porażkę. Nie udało się to Napoleonowi, nie było to możliwe w trakcie zimnej wojny. Rosja jest na tyle istotnym graczem w geopolitycznej układance, że nie można po prostu udawać, iż nie istnieje. Nie będą tego robić żadne liczące się podmioty na arenie międzynarodowej. Sam potencjał gospodarczy i polityczny Rosji sprawia, że konieczne jest branie jej pod uwagę. Szczególnie gdy wojna na Ukrainie wreszcie się zakończy. A przecież każda wojna kiedyś się kończy.
Niedawne porozumienie Stanów Zjednoczonych z Rosją w sprawie dostaw ponad 4,8 mln ton oleju napędowego wywołało spore poruszenie wśród komentatorów politycznych. Padały tradycyjne zarzuty dotyczące zdradzonych wartości, prorosyjskości etc. Mało kto dopuszcza jednak do siebie myśl, że nie każdy zachodni polityk traktuje Putina jako zło metafizyczne. Nawet ci, którzy dzisiaj ślą pomoc Ukrainie, jednocześnie utrzymują kontakty z Kremlem.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
