W marcu 2014 r., gdy Ukraina przeżywała zajęcie Krymu przez zielone ludziki, amerykański senator John McCain stwierdził, że Rosja to „duża stacja benzynowa udająca kraj” i że Biały Dom musi objąć sankcjami jej dostawy ropy i gazu oraz wesprzeć Ukrainę dostawami broni.
Niespełna 10 lat później szef unijnej dyplomacji, Josep Borrell, przytomnie zauważył, że właściciel stacji ma bombę atomową. Nasi optymiści z Centrum Mieroszewskiego nieco ponad rok temu, 1 października 2025 r., stwierdzili, że… na tej stacji nie ma paliwa. W zeszłym tygodniu polska opinia publiczna, oczytana w mediach głównego nurtu, pełnych opisów sukcesów ukraińskich dronów niszczących kolejne rosyjskie rafinerie, została zaszokowana tym, że rosyjska stacja benzynowa wciąż działa. Co gorsza, nasz kluczowy sojusznik, Donald Trump, zamierza tam zatankować.
Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
