Reaktywacja banderyzmu jako narzędzie polityki obecnej elity państwa ukraińskiego

Reaktywacja banderyzmu jako narzędzie polityki obecnej elity państwa ukraińskiego

Dodano: 
Flagi UPA, zdjęcie ilustracyjne
Flagi UPA, zdjęcie ilustracyjne 
Krzysztof Zagroda Banderyzm jako faszystowska ideologia i ludobójcza praktyka pewnego odłamu ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego był zjawiskiem osadzonym w specyficznych realiach – czyli uwarunkowaniach historycznych, społecznych i politycznych pierwszej połowy XX wieku, zatem należy – jako taki – do historii.

Celem tego ruchu było utworzenie monoetnicznego państwa o ustroju totalitarnym. Głównym środkiem prowadzącym do jego osiągnięcia, były czystki etniczne realizowane za pomocą brutalnego terroru, skierowanego przeciw ludności nie-ukraińskiego pochodzenia. Cel ten był do pewnego stopnia zbieżny z celami jakie stawiało sobie kierownictwo sowieckie, zmierzającymi do nowego politycznego ukształtowania Europy Wschodniej, poprzez „przesunięcie” Ukrainy i Polski na zachód i uczynieniu z nich kontrolowanych przez Kreml mono-etnicznych krajów zależnych, wchodzących w skład ich wewnętrznego i zewnętrznego imperium. Metoda była ta sama: przerazić okrucieństwem miejscowych Polaków i Niemców do tego stopnia, by ci z obszarów których granice miały się zmienić, uciekli sami. Ten sam cel na terenie Wołynia, dawnej Galicji oraz Małopolski Wschodniej stawiała sobie UPA, dlatego jej aktywne działania do czasu przejścia frontu w czasie wojny przez te tereny miały charakter zorganizowanej akcji, skierowanej niemal wyłącznie przeciw Polakom. Późniejsze akcje UPA, związane z oporem przeciw siłom sowieckim, które zajęły te tereny, miały charakter defensywny i niezorganizowany, a ich skutki, mierzone liczbą ofiar po stronie sowieckiej, były o blisko rząd wielkości niższe, niż skutki działań UPA skierowanych wcześniej przeciw Polakom.

Współczesne odrodzenie ruchu banderowskiego na Ukrainie

Ma ono inne cele, związane z zupełnie innymi realiami politycznymi i społecznymi. Istnieje wiele przesłanek, które prowadzą do wniosku, że ruch banderowski był od samego początku animowany i podsycany przez te ośrodki zagraniczne, które w istotny sposób przyczyniły się do przewrotu politycznego 2013 roku w Kijowie. Już wcześniej – po pierwszym „Majdanie” z 2004 – tradycja i symbolika banderowska znajdowała uznanie i była honorowana przez władze ukraińskie. Sytuacja po roku 2013 była jednak jakościową zmianą. Wtedy bowiem zaczęły powstawać ukraińskie jednostki paramilitarne i wojskowe, przesiąknięte ultranacjonalistyczna ideologią, co miało zapewne – w zamyśle ich twórców – doprowadzić do sytuacji, w której rozwijający się konflikt zbrojny pomiędzy Rosją a Ukrainą nie będzie miał żadnego pokojowego zakończenia, bowiem współcześni banderowcy, wzorem swoich poprzedników z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, będą się bić do upadłego, nie dopuszczając do zawarcia pokoju na warunkach możliwych do przyjęcia przez Rosję.

Polityczna reaktywacja banderyzmu miała zatem określony i poważny cel strategiczny oraz określała – w znaczącym stopniu – polityczny charakter państwa ukraińskiego, poprzez uczynienie banderyzmu integralną częścią współczesnej Ukrainy w sferze ideologicznej. Prawdą jest, że główną funkcją reaktywowanego banderyzmu jest wzmacnianie determinacji do walki z Rosją, bez względu na jej wynik i skutki dla Ukrainy jako państwa i Ukraińców jako narodu, a antypolskie ostrze banderowskich tradycji nie było dotąd eksponowane. Nie oznacza to jednak, że to ostrze nie istnieje i że twórcy i realizatorzy tej polityki nie brali pod uwagę, jakie będzie ona mieć konsekwencje w relacjach polsko-ukraińskich. Nie jest bowiem tak, jak sobie naiwnie wyobrażają, lub nieco mniej naiwnie usiłują wmówić sobie i innym przedstawiciele pro-ukraińskiego polityczno-medialnego mainstreamu w Polsce, że „Ukraińcy nie wiedzą co robię i sami szkodzą sobie w ten sposób”. Nie jest to bowiem żadna konstatacja wynikająca z analizy postępowania władz Ukrainy w tej sprawie oraz ich uwarunkowań, tylko pewne założenie, którym mainstream rozpaczliwie broni się przed wnioskami, nasuwającymi się w nieodparty sposób nieuprzedzonym obserwatorom, również i tym, którzy – tak jak piszący te słowa – do niedawna przynajmniej, pomimo wielu rozczarowań, byli wobec Ukrainy nastawieni mimo wszystko przyjaźnie i skłonni byli popierać wysiłek wojenny tego kraju w walce z Rosją. Wnioski, w związku z sytuacja, z którą mamy do czynienia od końca maja tego roku, nasuwają się w sposób nieodparty: mamy do czynienia z państwem Polsce wrogim w stopniu podobnym do wrogości Związku Sowieckiego wobec Polski w czasie II Wojny Światowej, które realizuje swoją własną, bardzo agresywną i niebezpieczną politykę, będącą na ostrym kursie kolizyjnym z naszymi podstawowymi interesami bezpieczeństwa, i to na wielu poziomach. Fakt, że można też w podobny sposób opisać politykę rosyjską w niczym nie zmienia takiej oceny polityki Kijowa wobec naszego kraju, oraz szerzej – skutków, jakie nieuchronnie niesie za sobą utrzymywanie obecnego kursu przez Zełenskiego i jego ludzi tak dla samej Ukrainy, jak i – pośrednio – dla Europy i Polski.

W co gra Kijów, czyli jaka jest w tym szaleństwie metoda?

W największym skrócie: chodzi o to, by zmusić władze w Warszawie do posłuszeństwa władzom w Kijowie we wszystkich ważnych z ich punktu widzenia kwestiach. Jak chcą to osiągnąć? Dając w zawoalowany sposób do zrozumienia, że posiadając tak silną diasporę i tak bardzo rozbudowaną siatkę swoich służb, działających za granicą (jesteśmy drugim po Rosji krajem pod względem skali infiltracji wywiadowczo-agenturalnej służb ukraińskich) mogą w Polsce przeprowadzać akcje sabotażowo-dywersyjne, a polskie służby nie są w stanie dokonać atrybucji takich ataków. Nie możemy odróżnić aktów sabotażu i dywersji zlecanych przez Kijów, od tych zlecanych przez Moskwę, i zawsze w takim wypadku Kijów będzie twierdził, że to sprawki Rosjan a my obiektywnie jesteśmy w sytuacji ignoramus et ingnorabimus – nie wiemy i nie będziemy wiedzieć. Co nie zmienia politycznych skutków, bo jeśli ataki będą się nasilać, to Polacy będą musieli dojść do nieuchronnego wniosku, że rząd nie jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa. I zmienią taki rząd w najbliższych wyborach na jakiś inny, bo w Polsce – w odróżnieniu od Rosji i Ukrainy – takie sytuacje wciąż jeszcze się zdarzają. Znamienne jest przy tym, że jednostka ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, która otrzymała owe „zaszczytne” (zdaniem Kijowa) miano „bohaterów UPA”, jest jednostką specjalizującą się właśnie w akcjach sabotażowo-dywersyjnych na terenie wrogiego państwa (do tej pory – na terenie Rosji).

Wnioski, jakie z przypomnienia przez Kijów do czego Ukraińcy są zdolni musi wyciągnąć rząd w Warszawie są oczywiste: Polska ma być grzeczna, bo jak nie… Przesłanie zostało chyba odczytane właściwie, czego najlepszym dowodem jest przebieg niedawnego (wizyta 11-13 września tego roku) spotkania w Kijowie szefa polskiego MSZ-u z jego ukraińskim odpowiednikiem, gdzie na nieśmiałe sugestie ze strony Sikorskiego, że oficjalne honorowanie przez ukraińskie władze UPA jest w Polsce postrzegane jako „kontrowersyjne” (n.b. może u pana Sikorskiego w domu, bo w przeciętnym polskim domu to chyba już raczej nie ma tu żadnych kontrowersji) minister Andrij Sybiha odpowiedział, że ta sprawa nie jest już pierwszoplanowa we wzajemnych stosunkach i wyraził zadowolenie z działań polskich władz w zwalczaniu „anty-ukraińskich zachowań” w Polsce… Innymi słowy: już żeście to „danie” zjedli, zatem nie macie co narzekać, tylko skoncentrujcie się na dalszym wykonywaniu tego, czego od was oczekujemy.

Jakie mogą być dalsze konsekwencje tolerowania przez Polaków takiej polityki?

By odpowiedzieć na to pytanie, zarysujmy tu pewien możliwy scenariusz rozwoju sytuacji i przeanalizujmy jego skutki dla Polski. Jeśli zima będzie mroźna, tak jak ostatnia, a Ukraina nadal będzie mieć zdolności rażenia wybranych celów na terenie Rosji, może ulec pokusie (lub być w przeświadczeniu swoich decydentów do tego zmuszona), by ugodzić Rosję w najbardziej dotkliwy sposób, i doprowadzić tam do społecznej destabilizacji. Sposób jest oczywisty: atak na kluczowe węzły scentralizowanych sieci ciepłowniczych, zasilających w ciepło rosyjskie miasta. Gdyby do tego doszło (musimy pamiętać że Ukraina dysponuje środkami, których może w tym celu użyć), wtedy rosyjskie miasta zaczną zamarzać… Jak zareaguje Kreml? By odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy postawić się w sytuacji Putina i jego ludzi. Odpowiedź jest oczywista. Zareagują agresywnie, i to w sposób skrajny. Wszystkie opcje będą wtedy na stole, łącznie z nuklearnymi. Cel strategiczny, jaki przyświeca Rosji w tej fazie wojny – czyli rosyjska definicja zwycięstwa – ulegnie wzmocnieniu i stanie się bezalternatywnym: definitywne zniszczenie państwowości Ukraińskiej. O ile na początku 2022 Rosja chciała tylko Ukrainę „sfinladyzować”, o tyle po pięciu latach wojny i ogromnych stratach w ludziach, oraz – co więcej – po nagromadzeniu się i petryfikacji będącego ubocznym skutkiem wojny jeszcze silniejszego antyrosyjskiego resentymentu wśród samych Ukraińców, ten cel nie jest już aktualny, bo próba ograniczenia się do niego mogłaby być niebezpieczna dla ekipy Putina i mogłaby doprowadzić do politycznej destabilizacji w samej Rosji.

Jeśli zatem Ukraina, zamiast negocjować warunki kapitulacji będzie dalej eskalować – a wciąż jest do tego zdolna – Rosja nie będzie miała innego wyjścia niż zepchnąć „banderowców” (czyli tych Ukraińców, którzy nie przejdą na rosyjski) co najmniej za Zbrucz, a być może nawet za San. Co ciekawe, taką perspektywą zaczął straszyć Europę ostatnio sam Zełenski, więc nie ona chyba tak nierealistyczna... Dokładnie omówienie skutków takiego scenariusza, zarówno w wersji „ukraińskiej strefy Gazy” między Zbruczem a Sanem, jak i w wersji bardziej skrajnej – wypchnięcia ich do Polski (nie róbmy sobie złudzeń, że te 20 milionów Ukraińców znajdzie się gdzie indziej niż u nas) wykracza poza ramy tego artykułu. Dość na tym, że byłaby to sytuacja która całkowicie zmienia charakter naszego kraju, bowiem instaluje nam na naszej ziemi drugi naród, który – na skutek działań ekipy Zełenskiego, szczególnie tych z końca maja tego roku – jest wobec Polski i Polaków wrogo nastawiony. Mają zresztą realne powody do wrogości, bo zrobiliśmy im w 2022 poniekąd to samo, co nasi zachodni alianci zrobili nam w 1939. Zafundowaliśmy im złudzenia, za które płacą teraz krwią i ruiną własnego kraju i całego swojego życia. Ale największa odpowiedzialność spada oczywiście na tych, którzy sami pchają swój naród w otchłań, a jednocześnie najwyraźniej znaleźli sobie sposób na przetrwanie tej katastrofy, jako ten element, którego niemieckim euro-federalistom pod wodzą Ursuli von der Leyen najbardziej brakuje do domknięcia ich projektu: zbrojnego ramienia Unii Europejskiej, które będzie w stanie wziąć wszystkich malkontentów „głębokiej integracji europejskiej” (przede wszystkim chyba polskich) za twarz...

Konkluzje

Być może ktoś mógłby zarzucić temu, co stwierdzam tu wcześniej, jakieś anty-ukraińskie uprzedzenie, lub wręcz wrogość. Nic bardziej mylnego! Nie uważam zwykłych Ukraińców za wrogów, nawet tych, którzy z powodu zwykłej przekory, lub na skutek propagandowego oddziaływania dali się uwieść banderowskim hasłom i symbolom. Nie wiedzą co czynią i nie zdają sobie sprawy, jak szkodliwą – przede wszystkim dla nich samych i dla ich rodaków – politykę w ten sposób popierają. Naszym pierwszoplanowym zadaniem jest im to uświadomić, bo może się zdarzyć i tak, że zrobimy – z konieczności to – co zrobił Egipt, mimo ciągnącej się w strefie Gazy masakry: zamkniemy granicę przed tą dwudziestomilionową falą… To, co możemy spróbować przynajmniej zrobić w naszym prawdziwym wspólnym – Polaków i Ukraińców – interesie, to uświadomić im, że – jeśli chcą uniknąć prawdziwie katastrofalnych scenariuszy – to jest już czas najwyższy na zmianę ich politycznego przywództwa. Zełenski nie jest najwyraźniej w stanie zrobić tego, co prawdziwy mąż stanu – taki, jak generał Karl Mannerheim – zrobiłby na jego miejscu. Przyjąć do wiadomości, że wojna jest przegrana i umieć odejść, by uratować to, co się jeszcze uratować da. Zełenski chce najwyraźniej – wzorem pewnego niesławnej pamięci Austriaka – walczyć do końca. Jego sprawa. Ale to wy, Ukraińcy, musicie wybrać – czy chcecie nadal za nim, na własną zgubę, tą ścieżką podążać. Bo po tym, co Zełenski zrobił w maju, jeśli będziecie musieli uciekać, Polska się już przed wami nie otworzy. Krzysztof Zagroda 22.10.2026

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także