Wieczorem 30 października 2026 r. sędzia Anna Korwin-Piotrowska zarządziła miesięczną przerwę w czynnościach prezesa Trybunału Konstytucyjnego Bogdana Święczkowskiego i wiceprezesa Bartłomieja Sochańskiego. Podstawą miał być art. 130 Prawa o ustroju sądów powszechnych, przepis nie znajdujący zastosowania dla sądu konstytucyjnego. Policja zabezpieczyła gmach, a prezydent zawrócił samolot lecący do Senegalu.
Najmocniej zareagowały instytucje, które z natury rzeczy stoją na straży porządku prawnego. Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego Zbigniew Kapiński stanowczo potępił działania wobec TK jako bezprecedensowe w demokratycznym państwie prawnym i podjęte poza ustawowym porządkiem prawnym. Przypomniał, że policja nie może być narzędziem woli politycznej rządzących, a nadanie czynności formy „zarządzenia” nie legalizuje przekroczenia kompetencji. Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysław Rosati uznał, że zarządzenia nie mają podstawy prawnej i w świetle prawa prezesem TK pozostaje Święczkowski. Prezydium NRA ostrzegło przed narastającą niepewnością prawną i wezwało do porozumienia konstytucyjnego.
Rząd przekonuje, że Trybunał od lat nie pełnił swojej funkcji, a w grudniu 2025 r. TSUE orzekł, że polski TK nie spełnia wymogów niezawisłego sądu. To prawda i nie ma żadnego znaczenia dla oceny tego, co stało się 30 października 2026 r. Państwo, które odsuwa prezesa sądu konstytucyjnego na podstawie przepisu napisanego dla sądów powszechnych i wprowadza do jego siedziby policję, działa bezprawnie. Celem nie można uświęcać środków, a państwa prawa nie naprawia się, łamiąc prawo. Wiele lat temu przypominał o tym Louis D. Brandeis, jeden z najwybitniejszych sędziów Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który ostrzegał, że rząd łamiący prawo uczy obywateli pogardy dla prawa i zaprasza anarchię. Gospodarki nie obchodzi, kto ma rację w sporze o przeszłość. Obchodzi ją, czy jutro obowiązują reguły. Jeśli władza może je zawiesić w jedną noc wobec Trybunału, może zrobić to wobec każdego, a to ma swoją cenę.
Dlaczego rynek jeszcze nie zapłacił i dlaczego zapłaci
W poniedziałek 2 listopada euro kosztowało ok. 4,41 zł, najwięcej od trzech lat, ale paniki nie było. Spokój ma proste wyjaśnienie, bowiem spór o Trybunał trwa od 2015 r., a inwestorzy od dawna traktują TK jako instytucję, która realnie nie działa. Nowa nie jest treść konfliktu, tylko jego forma, gdzie wchodzi policja i nowy wymiar konfrontacji siłowej, znanej raczej z republiki bananowej, niż kraju transformacji ustrojowej, który odniósł sukces gospodarczy.
To jednak spokój pozorny, bo rynek nie wycenia pojedynczego wydarzenia. Wycenia odpowiedź na pytanie, czy w tym kraju spory o instytucje rozstrzyga się procedurą, czy siłą? Od tej odpowiedzi zależy, ile państwo zapłaci za pożyczone pieniądze. Pierwsze sygnały już mamy. Zarządzający funduszami zwracają uwagę, że od dwóch tygodni rentowności amerykańskich obligacji spadają, a polskie stoją wyżej, czyli pojawia się premia specyficzna dla Polski. Erste Bank Polska ostrzega, że konflikt o TK dołącza do sporu wokół NBP jako źródło obaw inwestorów o stabilność instytucji. Analitycy XTB, jak i ekonomiści wskazują czerwoną linię, gdzie istnieje ryzyko przeniesienia konfliktu na bank centralny, co byłoby niedopuszczalne, z punktu widzenia ochrony nie tylko naszych portfeli.
Mechanizm jest prosty i warto go zrozumieć, bo od niego zależy reszta tego tekstu. Inwestor kupujący polską obligację porównuje ją z bezpieczniejszą alternatywą, na przykład obligacją niemiecką. Różnica w oprocentowaniu to cena, jaką żąda za ryzyko, że w Polsce coś pójdzie nie tak, jak inflacja, kurs, niewypłacalność albo właśnie chaos instytucjonalny. Gdy rośnie niepewność co do tego, czy państwo działa według reguł, ta cena rośnie. Mierzy się ją w punktach bazowych.
Ile kosztuje jeden punkt bazowy
Punkt bazowy to jedna setna punktu procentowego. Jeśli rentowność obligacji rośnie z 6,00 proc. do 6,01 proc., wzrosła o jeden punkt bazowy. Brzmi jak drobiazg. Przy skali polskiego długu to drobiazg wart setki milionów złotych.
Policzmy to krok po kroku. Dług Skarbu Państwa wynosił we wrześniu 2026 r. ok. 2 269 mld zł. Państwo nie płaci wyższych odsetek od całego długu od razu, bo większość starych obligacji ma stałe oprocentowanie. Wyższa premia dotyka najpierw nowych emisji, a tych w 2027 r. będzie ok. 565 mld zł, na pokrycie deficytu i wykup zapadającego długu. Jeden punkt bazowy od 565 mld zł to 56,5 mln zł dodatkowych odsetek już w pierwszym roku. Z każdym kolejnym rokiem drożej refinansowana jest następna transza długu, a po ok. czterech latach cały portfel. Wtedy ten sam jeden punkt bazowy kosztuje ok. 227 mln zł rocznie, czyli 1 proc. od 2 269 mld zł podzielony przez sto. Sumując pierwsze pięć lat, każdy trwały punkt bazowy premii kosztuje budżet ok. 0,8 mld zł.
Teraz wystarczy pomnożyć. Premia 25 punktów bazowych, scenariusz, w którym spór szybko wygasa, to ok. 1,4 mld zł w pierwszym roku, ok. 5,7 mld zł rocznie po pełnym przeszacowaniu i ok. 20 mld zł w pięć lat. Premia 100 punktów, czyli jeden punkt procentowy, to scenariusz konfliktu ciągnącego się przez wybory 2027 r., to ok. 22,7 mld zł rocznie i ok. 79 mld zł w pięć lat. Premia 200 punktów, to scenariusz eskalacji na bank centralny, to ok. 45 mld zł rocznie od czwartego roku, gdy drożeje już cały dług, tj. 159 mld zł w pięć lat.
Żeby te liczby nabrały kształtu, trzeba dodać, że wszystkie odsetki od długu Skarbu Państwa zaplanowane na 2027 r. to 107 mld zł (!). W najczarniejszym scenariuszu, gdy po czterech latach droższy będzie już cały dług, dodatkowe odsetki sięgną ok. 45 mld zł rocznie. To mniej więcej ćwierć korekty finansów publicznych, którą Polska i tak musi stopniowo przeprowadzić w najbliższych latach, której docelową skalę szacuje się na ok. 160 mld zł. Każda czwarta zaoszczędzona złotówka szłaby więc nie na zmniejszenie deficytu, tylko na opłacenie chaosu TK.
Na tym rachunek się nie kończy, z dwóch powodów. Po pierwsze, rentowność obligacji skarbowych jest fundamentem oprocentowania w całej gospodarce. Od niego liczą się kredyty inwestycyjne, obligacje firm i hipoteki. Premię nałożoną na państwo zapłaci każdy, kto pożycza w złotych. Po drugie, państwowy dług publiczny ma sięgnąć 2,51 bln zł w 2027 r., a Ministerstwo Finansów samo prognozuje przekroczenie progu ostrożnościowego 55 proc. PKB w 2028 r. Każdy dodatkowy miliard odsetek przybliża automatyczne cięcia, jak zamrożenie płac w sferze budżetowej i ograniczenie waloryzacji. Spekulantom zależy na chaosie, bo wtedy premia za ryzyko gwałtownie rośnie i zarabiają na nim znacznie więcej, więc burdy i bijatyki na ulicy byłyby w interesie spekulantów. Bolesną korektę i wyższe koszty obsługi długu płacimy jednak my wszyscy.
Dziś nie da się dokładnie oddzielić premii za ryzyko związane z Trybunałem od czynników globalnych. Część długu ma zmienne oprocentowanie i drożeje szybciej, a część jest denominowana w walutach obcych. Ale reguła pozostaje prosta i warto ją zapamiętać. Każde 0,25 punktu procentowego trwałej premii za ryzyko w Polsce, to ok. 20 mld zł dodatkowych odsetek w pięć lat, których nikt nie uchwalił w żadnej ustawie budżetowej, a które i tak trzeba będzie zapłacić.
Pierwszy wzmacniacz to sąd, na który czeka się latami
Premia za ryzyko byłaby mniejsza, gdyby kryzys wokół Trybunału spadał na zdrowy wymiar sprawiedliwości. Tak nie jest. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości, opisanych przez „Rzeczpospolitą”, średni czas postępowania w pierwszej instancji w sądach okręgowych wydłużył się w 2025 r. do 12,1 miesiąca. Sprawy gospodarcze trwały tam 13,1 miesiąca, cywilne procesowe blisko 15 miesięcy, a sprawy po ogłoszeniu upadłości, rekordowe 50 miesięcy. Procesy w sądach okręgowych trwają o 73 proc. dłużej niż w 2011 r., a liczba uwzględnionych skarg na przewlekłość wzrosła ponad dwukrotnie.
Dla gospodarki to bezpośredni koszt. Przedsiębiorca, który nie może wyegzekwować zapłaty przez ponad rok, finansuje nieuczciwego kontrahenta z własnej kieszeni. Państwo, które nie gwarantuje szybkiego dochodzenia roszczeń, staje się mniej atrakcyjne dla inwestorów. Prawnicy z różnych środowisk wskazują tę samą przyczynę w postaci wieloletniego sporu ustrojowego. Nowi sędziowie nie trafiają do sądów, składy są wyłączane z powodu kwestionowanych powołań, a nawet prawomocny wyrok może zostać podważony, ponieważ zapadł z udziałem sędziego, którego status jedna ze stron uznaje za wadliwy.
W takim systemie powstaje niebezpieczna asymetria, w której zarzut można postawić w jeden dzień, a oczyszczenie się z niego trwa latami. Za to sam sędzia, który latami przetrzymuje sprawy, w praktyce nie płaci za to niczym. Bezkarność sędziowska ma jednak swoją księgowość. W 2025 r. sądy zasądziły 7,5 mln zł odszkodowań za przewlekłość, a liczba uwzględnionych skarg wzrosła ponad dwukrotnie. Płaci Skarb Państwa, czyli podatnik, a nie sędzia. Jak to wygląda w praktyce, pokazuje sprawa sędziego, który przez dwa lata rażąco opóźniał 17 spraw. Skarb Państwa wypłacił stronom 41 tys. zł. Krajowa Rada Sądownictwa zaskarżyła wyrok dyscyplinarny na korzyść obwinionego, a Sąd Najwyższy złagodził karę z obniżenia pensji o 40 proc. do 30 proc. na dwa lata, uznając pierwotną za rażąco surową. Ten sam Sąd Najwyższy orzekł, że 13 miesięcy oczekiwania bez wyznaczenia nawet pierwszej rozprawy nie jest przewlekłością (!). Sędziowie osądzają sędziów i za każdym razem znajdują okoliczności łagodzące. Spór o status sędziów dokłada do tego ostatni element, gdy sama ocena, czy sędzia złamał prawo, zależy od tego, którą stronę sporu się przyjmie, odpowiedzialność rozpływa się całkowicie.
To trzeba zmienić bezwzględnie. Brak wiedzy nie jest okolicznością łagodzącą u lekarza, czy inżyniera i nie może nim być u sędziego. Usłużność polityczna wobec którejkolwiek władzy jest okolicznością obciążającą, a nie usprawiedliwieniem. Sędzia, z którego winy państwo wypłaca odszkodowanie za przewlekłość, powinien zwracać jego część z własnego wynagrodzenia, a stwierdzona przewlekłość powinna automatycznie uruchamiać postępowanie dyscyplinarne. Wyroki uchylane z powodu rażącego naruszenia prawa powinny być liczone w ocenie i awansie sędziego, a statystyki czasu orzekania i uchyleń jawne dla każdego sądu. Odpowiedzialność nie może dotyczyć każdej różnicy ocen, bo od tego są apelacje, i nie może być narzędziem w rękach polityków, inaczej powtórzymy błąd, przed którym ostrzega ten tekst. Ale za zwłokę i za rażące łamanie prawa sędzia musi odpowiadać wprost. Dziś obywatel i firma zostają z podwójną niepewnością, gdyż nie wiedzą, kiedy zapadnie wyrok, czy przetrwa on zmianę władzy. Stawka jest ogromna, gdyż według Banku Światowego gdyby polskie sądy rozstrzygały spory gospodarcze tak szybko jak przeciętne efektywnie państwo na świecie, przyniosłoby to po przeliczeniu ok. 700 mld zł dodatkowego PKB w ciągu dziesięciu lat. Dziś obywatel i firma zostają z podwójną niepewnością, nie wiedzą, kiedy zapadnie wyrok, czy przetrwa on zmianę władzy.
Ustawa, której można użyć przeciw każdemu
Z tego wynika wniosek, który wykracza poza Trybunał. W państwie, w którym na wyrok czeka się latami, a zarzuty stawia się łatwo, nie wolno uchwalać przepisów dających władzy wykonawczej narzędzia, które można wymierzyć w każdego. Takim narzędziem jest rządowy projekt ustawy o środkach ograniczających (druk nr 3003).
Jego deklarowany cel jest uzasadniony. Projekt ma uporządkować rozproszone przepisy o sankcjach i z ponad 15-miesięcznym opóźnieniem wdrożyć unijną dyrektywę o karaniu za ich naruszanie. Rosyjskie operacje wpływu są realnym zagrożeniem, ale problem leży w konstrukcji krajowej listy sankcyjnej. Jak wskazywali posłowie podczas pierwszego czytania 3 września 2026 r., wpis na listę może się opierać na nieostrych przesłankach, jak obcej ingerencji i manipulacji informacyjnej, powiązaniu osobistym czy samym prawdopodobieństwie przyszłego użycia majątku. Decyzja ma być wykonalna od następnego dnia po ogłoszeniu w BIP, bez wniosku o ponowne rozpatrzenie, jej uzasadnienie może zostać ograniczone, a skarga do sądu nie wstrzyma automatycznie skutków. W grę wchodzi zamrożenie rachunków, zarząd przymusowy, możliwe przejęcie własności, kara administracyjna do 20 mln zł i do 12 lat więzienia. Prokuratoria Generalna zwracała uwagę na możliwą kolizję części przepisów z konstytucyjną wolnością działalności gospodarczej. Taka konstrukcja otwiera drogę do arbitralnego pozbawienia własności bez realnej i natychmiastowej kontroli sądowej.
Zestawmy to z danymi o sądach, a obraz staje się jasny. Firma, której konta zamrożono decyzją ministra, może czekać na rozpoznanie skargi dłużej, niż jest w stanie przetrwać bez dostępu do pieniędzy. Wygrana po latach nie przywróci jej kontraktów, kredytu ani pracowników. Prawo do sądu staje się w takiej sytuacji prawem do sekcji zwłok. Do tego dochodzi efekt, którego ustawodawca nie widzi, a który zna każdy bankowiec. Banki, które muszą wykonywać zamrożenia i odpowiadają za błędy, będą bronić się nadgorliwością, zamykać rachunki i odmawiać finansowania każdemu, kto mógłby zostać uznany za „powiązanego”. Najmocniej uderzy to w małe firmy, które nie mają działów zgodności.
Najważniejszy argument jest ponadpartyjny. Narzędzie zbudowane przez jedną władzę przeciw „wrogom państwa” przejmie następna, z własną definicją wroga. Nieprzypadkowo te same zastrzeżenia zgłaszali w Sejmie zarówno przeciwnicy projektu, jak i poseł, który poparł skierowanie go do prac w komisji, zastrzegając, że sankcje nie mogą uderzać rykoszetem w uczciwych przedsiębiorców. Projekt jest nadal w pracach komisji. Jeśli ma zostać uchwalony, musi zawierać uprzednią i bezwzględną kontrolę sądu przed zamrożeniem majątku krajowego podmiotu, skutek zawieszający skargi, zamknięty katalog przesłanek bez „powiązań osobistych” oraz klauzulę wygaśnięcia wymagającą ponownej decyzji parlamentu.
Jeden rachunek, wiele frontów
Najdroższy nie jest sam spór o Trybunał, lecz jego przewlekłość i ryzyko, że metoda faktu dokonanego obejmie kolejne instytucje. Widać to, gdy prześledzimy, jak koszt przechodzi od państwa do każdego z nas. Zaczyna się od budżetu. Państwo z deficytem 7,1 proc. PKB i progiem ostrożnościowym 55 proc. w zasięgu ręki nie ma żadnego bufora. Każda premia za chaos od razu staje się wydatkiem, którego nikt nie uchwalił, od 20 mld zł do 159 mld zł w pięć lat. Dlaczego rynek miałby tę premię żądać? Bo inwestor nie wycenia ustaw, tylko instytucje, które je stosują. Laureaci Nagrody Nobla z 2024 r., Acemoglu, Johnson i Robinson, pokazali, że bogactwo narodów budują instytucje przewidywalne i niezależne od bieżącej władzy. Precedens rozstrzygania sporów siłą obniża ich jakość bez względu na to, kto po niego sięgnął i w jakim celu. Rynek już dziś wycenia polskie ryzyko osobno. Od dwóch tygodni rentowności polskich obligacji nie spadają razem z amerykańskimi. Ta rozbieżność zaczęła się jeszcze przed 30 października, na tle deficytu i sporu o NBP, więc nie jest skutkiem samego kryzysu w TK. Pokazuje jednak, że kryzys ten trafia na już podwyższoną wrażliwość inwestorów. Za każdą kolejną różnicę zapłacą nie tylko Skarb Państwa, lecz także firmy emitujące obligacje i banki finansujące się na rynku. Granicę, za którą premia przestaje być umiarkowana, wyznacza bank centralny. Niezależność NBP jest kotwicą nie tylko złotego i tak musi pozostać, bez względu na to, czy ktoś lubi personalnie prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego. Turcja pokazała, że gdy ta kotwica puszcza, rachunek liczy się w dziesiątkach punktów inflacji. Polska ma przy tym szczególną pozycję, jako państwo frontowe NATO, gdzie finansuje zbrojenia długiem, więc wiarygodność jej instytucji przekłada się wprost na cenę własnego bezpieczeństwa. Każdy punkt premii to mniej pieniędzy na obronność albo więcej długu. Nieprzypadkowo ambasador USA w Polsce Tome Rose słusznie ostrzegł, że konfrontacja to ostatnie, czego Polska potrzebuje. Na końcu tego łańcucha stoi przedsiębiorca. Firma rodzinna nie czyta orzeczeń TK, ale płaci droższy kredyt, czeka ponad rok lub kilka lat na wyrok w sporze z kontrahentem i nie wie, które prawo będzie obowiązywać po wyborach 2027 r. W takich warunkach odkłada inwestycję, a odroczona inwestycja to utracony wzrost, którego nie widać w żadnej statystyce. Suma takich decyzji to właśnie te setki miliardów złotych, o które toczy się gra.
Wnioski: Rachunek, który można jeszcze zmniejszyć
Premia za chaos jest dziś niewielka. Od decyzji z najbliższych tygodni zależy jednak, czy zatrzyma się na 25 punktach bazowych, czy urośnie do 200. Różnica między tymi scenariuszami to ok. 140 mld zł w pięć lat, więcej niż roczne odsetki od całego długu Skarbu Państwa. Polska nie może sobie pozwolić na połączenie deficytu 7,1 proc. PKB, szybko rosnących kosztów obsługi długu, sądów orzekających coraz wolniej i konfliktu ustrojowego rozstrzyganego przy użyciu policji. Każdy z tych elementów osobno da się udźwignąć. Razem tworzą mieszankę, którą rynki znają z historii innych państw i wyceniają z wyprzedzeniem.
Pierwszym krokiem musi być powrót do procedur, wycofanie policji z roli arbitra i rozstrzygnięcie sporu o kierownictwo TK w trybie, którego legalności nie kwestionują Pierwszy Prezes SN, prezes NSA i prezes NRA. Drugim, trudne, ale konieczne porozumienie konstytucyjne ponad podziałami, o które apeluje adwokatura, gdyż trwała naprawa Trybunału wymaga rozwiązania, które przetrwa zmianę władzy w 2027 r. Trzecim, publiczna gwarancja nienaruszalności NBP ze strony rządu. To najtańszy instrument, jakim państwo dysponuje, by odłączyć spór o Trybunał od wyceny złotego.
Równie ważne jest to, czego nie robić. Dopóki sądy orzekają latami, a status sędziów pozostaje sporny, parlament nie powinien uchwalać ustaw o nieostrych przesłankach i natychmiastowej wykonalności, takich jak projekt o środkach ograniczających w obecnym kształcie. Każda władza, która uważa takie narzędzie za bezpieczne, gdyż trzyma je we własnych rękach, powinna zapytać, jak użyje tego prawa jej następca. Potrzebny jest też wiarygodny plan zejścia z deficytu. Ministerstwo Finansów powinno co kwartał publikować, o ile zmieniła się różnica między oprocentowaniem polskich obligacji a obligacji niemieckich i czeskich, czyli dodatkowa cena, jakiej rynek żąda za ryzyko specyficzne dla Polski oraz ile ta zmiana kosztuje budżet w złotych przy obecnym planie emisji długu. Wtedy każda strona sporu musiałaby się tłumaczyć nie tylko z intencji, ale i z rachunku, a debata publiczna znałaby cenę konfliktu w złotych, a nie tylko w przymiotnikach i politycznych inwektywach.
Spór o Trybunał nie zaczął się 30 października. Ale tego dnia dostał cenę, od 20 mld zł do 159 mld zł w pięć lat, czyli od ok. 530 do ok. 4 200 zł na każdego mieszkańca Polski. Tego rachunku nie zapłacą politycy. Zapłacą podatnicy, kredytobiorcy i przedsiębiorcy, niezależnie od tego, po której stronie sporu stoją. Walka polityczna nie może na lata rujnować polskiej gospodarki i zdobywanego przez ostatnie 37 lat zaufania międzynarodowego.
Prof. dr hab. Konrad Raczkowski
Instytut Ekonomii i Finansów UKSW
Centrum Gospodarki Światowej UKSW
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
