W czasach lockdownu, gdy niejeden aktor czy celebryta epatował w mediach społecznościowych swoimi domowymi cierpieniami na pluszowym krzyżu (och, jak żyć bez restauracji i bez ukochanej stylistki!), Patrick Stewart wychodził codziennie do ogródka, siadał na krzesełku i czytał na głos sonety Szekspira. Czasem przeszkadzał mu ktoś z sąsiadów. Ludzie z całego świata słuchali.
Kiedy Gene Roddenberry, twórca oryginalnego serialu „Star Trek”, narzekał na Stewarta obsadzonego w roli głównej w serialu „Star Trek: Następne pokolenie”, sir Patrick odczekał kilka lat i zaśpiewał mu urodzinową piosenkę. Wykon był zarówno przezabawny, jak i odrobinę złośliwy: Stewart jako kapitan Jean-Luc Picard śpiewa i tańczy wodewilowy numer na mostku statku kosmicznego Enterprise.
Gdy świat obiegła wiadomość o śmierci aktora (zmarł 28 października), w sieci zaroiło się, oczywiście, od rozmaitych pożegnań i hołdów. Nie to było dziwne, lecz to, że tak wiele z nich nagrali konserwatywni influencerzy i krytycy popkultury, dla których Stewart był „mocno czerwony”, a może nawet „po prostu komuchem”.
Ani przystojny, ani ładny
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
