To jedna z najbardziej szokujących historii dotyczących służby zdrowia w ostatnim czasie. 3-letni Kacper jeszcze we wtorek bawił się w przedszkolu, a dwa dni później już nie żył. Sprawę opisano w programie "UWAGA" TVN.
Nie chciano przysłać karetki
Adam, ojciec zmarłego chłopca, stwierdził, że sytuacja od początku była podejrzana, gdyż jego syn nigdy nie narzekał na bóle brzucha. Kacper obudził się w nocy z ostrym bólem brzucha i wymiotował. Następnego dnia, gdy leki nie przyniosły poprawy, jego tata zadzwonił po karetkę. Wówczas jednak dyspozytor nakazał mu samodzielnie przewieźć dziecko do szpitala. Adam ze względu na pogarszający się stan dziecka ponownie zadzwonił i dopiero wówczas karetka przyjechała na miejsce.
Chłopiec trafił do Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim. Przydzielono mu kolor żółty, który wskazuje na stan pilny, wymagający diagnostyki, ale niezagrażający życiu. Kacper czekał około 40 minut na lekarza.
Lekarze nie chcieli wykonać nawet USG
Lekarze uznali, że dziecko ma prawdopodobnie infekcję meningokokową. Z relacji Adama, ojca zmarłego chłopca, wyłania się szokujący obraz dotyczący zachowania medyków. Lekarze w ogóle mieli nie być zainteresowani szukaniem innych przyczyn. Jamę brzuszną oceniono jako "w normie", nie zdecydowano się nawet na przeprowadzenie badań USG i RTG. Uznano, że stan chłopca nie zagraża jego życiu i podano mu antybiotyk oraz kroplówkę.
Przez chwilę wydawało się, że stan chłopca stabilizuje się, a około godz. 3 nad ranem przeniesiono go na oddział pediatrii. Już na oddziale pediatrii synek miał poprosić tatę, aby ten go przytulił i pocałował.
– Chwilkę przed tym, jak zaczęła się reanimacja, to Kacper zapytał, czy go przytulę i dam buziaka. Wyprzytulałem go mocno i dałem mu buziaka. I to był ten ostatni buziak. Ostatnie słowa. Na szczęście byłem obok niego. Chciałem, żeby wiedział, że jestem przy nim. I byłem. Tylko co to dało? Nic nie dało – mówi zrozpaczony ojciec.
Chwilę później Kacper stracił przytomność, a lekarze rozpoczęli reanimację. Anestezjolog miał wówczas zwrócić uwagę, że brakuje sprawnego sprzętu na sali. Reanimacja trwała dwie godziny, a następnie lekarze stwierdzili zgon chłopca.
Ordynator: Przyjechano za późno, lekarze nic nie mogli zrobić
Lekarze stwierdzili, że Kacper zmarł z powodu sepsy. Wkrótce okazało się jednak, że ta wersja jest nieprawdziwa. Przedszkole przekazało, że nie stwierdzono bakterii u żadnego z dzieci. Sekcja zwłok ostatecznie dowiodła, że przyczyną śmierci była niedrożność jelita, która doprowadziła do zadzierzgnięcia jelita cienkiego. Martwica tego odcinka przełożyła się na wstrząs i doprowadziła do śmierci.
Ordynator szpitala ocenia, że działania lekarzy były bez znaczenia, gdyż chłopiec trafił do placówki za późno i nie dało się go uratować. Ojciec jednak podkreśla, że od początku informował lekarzy o silnych bólach brzucha, ale nikt nie chciał wykonać nawet podstawowych badań, które w tej sytuacji mogły okazać się bezcenne.
Czytaj też:
Następny skandal w Szpitalu Południowym. Nie żyje dziecko Czytaj też:
Lekarz-milioner z KO w końcu usłyszał zarzut. "Przez 113 dni robił, co chciał"
