Dziki biegające na skrzyżowaniu ulic Targowej i Alei Solidarności w Warszawie to Praga-Północ, praktycznie środek miasta i jedno z największych stołecznych skrzyżowań. Dziki w Alei Waszyngtona, również na wschodnim brzegu Wisły, spacerujące jezdnią równoległą do głównej ulicy, którą oddziela od niej jedynie wąski trawnik. Dzik potrącony przez samochód na ulicy Wąwozowej, na Ursynowie. To już nie są pojedyncze przypadki, ale norma.
Mnie samemu większa wataha przeszła niedawno przed maską w peryferyjnej warszawskiej Radości, obok lasku sąsiadującego z kościołem pw. Matki Bożej Anielskiej. Dziki wyszły z zagajnika, służącego mieszkańcom jako miejsce codziennych spacerów, i wbiegły truchcikiem w sąsiadującą z nim wąską uliczkę pomiędzy domami jednorodzinnymi. Był wczesny wieczór, tuż obok przechodzili ludzie.
To tylko Warszawa, a takich sytuacji w całym kraju są już tysiące. Niektóre kończą się niebezpiecznie. Najtragiczniejsze było zdarzenie, do którego doszło wiosną tego roku na Białołęce w stolicy. Kobieta w ciąży, zaatakowana przez dzika, schroniła się w taksówce, ale w konsekwencji poroniła.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
