Wybiła już godzina uznania przez mainstream. Biografia, którą kończycie czytać, jest tego przejawem” – napisał Emmanuel Carrère w posłowiu do napisanej przez siebie biografii Philipa K. Dicka. Był rok 1993, mijało lat 11 od przedwczesnej śmierci autora „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Jeśli wtedy wybiła godzina, to dziś, trzymając się metafory, biją dzwony w kościołach całego świata. Dick jest autorem uznawanym za jednego z najważniejszych amerykańskich twórców XX w., a to, że sławę zdobył najpierw wśród czytelników fantastyki, ma znaczenie drugorzędne.
Faktem potwierdzającym tę tezę jest przecież także i to, że książka „Ja żyję – a wyście pomarli. Biografia Philipa K. Dicka” ukazuje się w Polsce nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, obok biografii takich twórców jak Orwell, Huxley i Camus. Niedawno pojawił się na rynku specjalny numer literackiego pisma „Elewator”, poświęcony w całości twórczości Dicka. I nikogo to nie zdziwiło, ot, raz analizuje się Yeatsa czy Norwida, innym razem Płatonowa, Mishimę czy Joyce’a.
Ciekawym przemianom podlega też recepcja dorobku amerykańskiego pisarza wśród czytelników.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
