Mimo bliskiego położenia Niemiec Polacy mają średnią wiedzę o tym kraju. Po części wywodzi się to z urazu historycznego, niechęci do samego brzmienia języka niemieckiego i wreszcie do dość dużej obojętności obu społeczeństw wobec siebie.
Wielokrotnie w czasie wizyt w Szczecinie – w mieście, od którego centrum do granicy z RFN jest jedynie 15 km – wiele osób mówiło mi, że nigdy za nieodległą granicą nie było. Podobnie jest w wypadku Berlina, który leży raptem 90 km od polskiej granicy. Ogromna większość mieszkańców niemieckiej stolicy nigdy w Polsce nie była.
To zainteresowanie zwykłych obywateli drugą stroną – delikatnie mówiąc, średnie – niwelowane było czy to w czasach NRD, czy to po 1990 r. oficjalną polityką zbliżenia czy nawet przyjaźni. Problem w tym, że tzw. przemysł pojednania skupił bardzo dużą część niemcoznawców czy polonoznawców po obu stronach granicy i jak każde przedsięwzięcie organizowane odgórnie wytworzył coś, co nazwano złośliwie kiczem pojednania.
Na dodatek informacje medialne w polskich mediach są w bardzo dużym stopniu zideologizowane. W przypadku mediów liberalnych w kierunku idealizowania establishmentu politycznego RFN przy jednoczesnym, wręcz przesadnym demonizowaniu Alternatywy dla Niemiec. Po prawej stronie bywa inaczej. Często przesadna jest wizja Niemiec chylących się ku upadkowi, ale z oceną AfD jest jeszcze większy kłopot. Po pierwsze, po prawej stronie brakuje wyspecjalizowanych grup analizujących niemiecką politykę, a w tym i największą partię antyestablishmentową. To z jednej strony wzmacnia obawy, ale z drugiej nie pozwala na zauważanie bardziej niepokojących, a znacznie bardziej subtelnych zjawisk w obozie alternatywy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
