Nie możemy udawać, że nie ma w Polsce Grzegorza Brauna i wyborców Grzegorza Brauna – stwierdził kilka dni temu w wywiadzie prezydent Karol Nawrocki. To ważne słowa wypowiedziane rok przed wyborami parlamentarnymi jedynego zdolnego do sklejenia pokłóconej i zwalczającej się nawzajem centroprawicy polityka w Polsce. Cóż z tego, że od miesięcy po dnie szoruje akceptacja dla premiera Tuska i jego gabinetu. Cóż z tego, że partie współtworzące zaplecze dla rządów centroprawicy mają łącznie nieco ponad 40 proc. wskazań, skoro dla liderów i polityków centroprawicowej opozycji, którzy deklarują jak najszybsze odsunięcie Tuska od władzy, główna ich aktywność sprowadza się do batalii z tymi, z którymi można rzeczonego wysadzić z siodła. Wspólnie i tylko wspólnie. W ostatnich miesiącach o konieczności zawiązania prawicowego paktu senackiego mówiono i pisano wiele. Mieliśmy i wciąż mamy do czynienia z dwugłosem.
Proamerykańskie wazeliniarstwo Nowogrodzkiej
Jedni, mający problem z odnalezieniem się w świecie rzeczywistym, jak liderzy i wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości, przebąkiwali o konieczności porozumienia, ale od razu wyłączali z niego Koronę Brauna. Słowem – Bosak tak, bo coraz bardziej nasz, czyli PiS-owski, Mentzen od biedy, Morawiecki – chociaż zdrajca – niech się dołoży ze swoim skromnym poparciem. A Braun? Skoro głos zabrał ambasador USA w Polsce Tom Rose, wydał wytyczne do działania Jarosławowi Kaczyńskiemu, to należy to potraktować jako przeniesiony z Watykanu dogmat o nieomylności. Zastąpić papieża dyplomatą i zakomunikować ludowi na centroprawicy: Rose locuta, causa finita. Tyle tylko, że to mogłoby zadziałać jeszcze kilka lat temu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
