Tuskmenistan: reżim faktycznego stanu wyjątkowego

Tuskmenistan: reżim faktycznego stanu wyjątkowego

Dodano: 
Premier Donald Tusk
Premier Donald Tusk Źródło: Flickr / Kancelaria Premiera
Prof. Jacek Zaleśny Mimo, że formalnie w Polsce wciąż obowiązuje Konstytucja z 2 kwietnia 1997 r., to w stanie faktycznym w szerokim zakresie obóz władzy wyłączył jej stosowanie. Bez formalnego proklamowania stanu wyjątkowego, ale za to z powołaniem się na nadzwyczajne okoliczności prawne tak, jak rozumieją je ludzie władzy, ordynowany jest w Polsce faktyczny stan wyjątkowy i wyłączane są kolejne instytucje państwa demokratycznego i prawnego.

Klasycznie, stan wyjątkowy/stan oblężenia jest ustanowionym przez organ władzy wykonawczej reżimem prawnym, w którym zawieszeniu podlega normalne funkcjonowanie władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Ma miejsce koncentracja władzy w rękach egzekutywy, ograniczeniu podlegają wolności i prawa człowieka, a wszystko po to, aby ochronić egzystencję państwa i jego obywateli przed obiektywnie grożącym niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwo ma charakter nadzwyczajny, którego nie da się przezwyciężyć zwyczajnymi, właściwymi dla demokratycznego państwa prawnego, środkami. Zarazem, co kluczowe, wprowadzanie stanu wyjątkowego odbywa się w obowiązującym reżimie demokratycznego państwa prawnego, a podejmowane środki działania są proporcjonalne do grożącego niebezpieczeństwa.

Szczególne regulacje bez stanu wyjątkowego

W Polsce współczesnej, chociaż stan wyjątkowy nie został proklamowany, tym niemniej obóz władzy działa tak, jakby faktycznie on obowiązywał. Ma miejsce „wyłączanie” kolejnych instytucji państwa prawnego i demokratycznego.

Swoje działanie poza obowiązującym reżimem prawnym ludzie władzy uzasadniają nadzwyczajnymi okolicznościami. Tymi nadzwyczajnymi okolicznościami ma być niwelowanie negatywnych skutków działalności poprzedniego rządu, wybranego w demokratycznych wyborach i który w kolejnych demokratycznych wyborach odnowił swój mandat do rządzenia; zakłócenie/uniemożliwienie działalności legalnie działających partii politycznych i innych zrzeszeń obywateli, wojna za wschodnią granicą Rzeczypospolitej (której Polska nie jest stroną) czy zagrożenie rosyjskie.

W tak zakreślonym anturażu, w celu przezwyciężenia czy odparcia grożącego zła, zwolennicy nadzwyczajnych działań twierdzą, że nadzwyczajne czasy, wymagają nadzwyczajnych działań. Będziemy działać zgodnie z prawem tak, jak my je rozumiemy – proklamuje premier. Trzeba wyrwać się z pułapki prawniczego formalizmu – apeluje były prezes Trybunału Konstytucyjnego. To nie jest ten czas, aby ściśle, w sposób pozytywistyczny trzymać się litery prawa – przekonuje prokurator, która – zgodnie z art. 2. Prawa o prokuraturze – „stoi na straży praworządności”. Podobnie przekonują kolejni ludzie władzy. Ta argumentacja w szerokim zakresie nawiązuje do argumentacji znanej z historii. Z niechęci do pozytywizmu prawniczego i z działań na rzecz wyrwania się z niego, znani są tak grabarze Republiki Weimarskiej, jak i twórcy reżimów komunistycznych.

„Demokracja walcząca”

Szukając jakiegoś uprawomocnienia dla realizowanego przez siebie faktycznego stanu wyjątkowego, uzasadniając powody „wyrywania się z pułapki prawniczego formalizmu” rządzący sięgają do różnych ustaleń teoretycznych. W szczególności, nawiązują do opracowanej przez Karla Loewenstein’a koncepcji „demokracji walczącej” (militant democracy). Jako niemiecki emigrant 1933 r. dowodził on, że w celu obrony demokracji, ze sfery publicznej można wykluczyć niektóre poglądy i zrzeszenia polityczne tak, aby siły zdolne do zniszczenia konstytucyjnego/demokratycznego ustroju państwa, nie stały się formacjami rządzącymi. „Demokracja walcząca” jako konstrukt teoretyczny cechuje się walorami poznawczymi, natomiast wykazuje głębokie deficyty aplikacyjne. Może prowadzić do dowolnego stygmatyzowania przez rządzących oponentów politycznych czy nielubiane przez nich poglądy. Sama wskazuje i definiuje wroga oraz sama go eliminuje. Widok nominatów partii władzy („naszych sędziów”, jak to ujął premier Donald Tusk) przebranych w togi sędziów Trybunału Konstytucyjnego i orzekających o delegalizacji konkurencyjnej partii politycznej pokazuje, jak łatwo „demokracja walcząca” może ukazać swoje zamordystyczne oblicze.

Realizacja konceptu „demokracji walczącej” w szerokim zakresie miała miejsce w państwach komunistycznych i znane są jej owoce. Zgodnie z Manifestem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 22 lipca 1944 r., PKWN przystępując do odbudowy państwowości polskiej deklarował uroczyście „przywrócenie wszystkich swobód demokratycznych, równości wszystkich obywateli bez różnicy rasy, wyznania i narodowości, wolności organizacji politycznych, zawodowych, prasy, sumienia”. W duchu „demokracji walczącej” zarazem dodawano w Manifeście, że „demokratyczne swobody nie mogą jednak służyć wrogom demokracji. Organizacje faszystowskie, jako antynarodowe, tępione będą z całą surowością prawa”. Taki charakter miały też chociażby wybory do Sejmu Ustawodawczego w 1947 r. Zgodnie z art. 2 ustawy z 22 września 1946 r. o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego, biernego prawa wyborczego zostały pozbawione m.in. osoby współdziałające z „bandami, dążącymi do obalenia demokratycznego ustroju Państwa”. Przy tym rządzący sami ustalali, kto dane cechy posiada, a kto nie. Jak widać, chociaż nie obowiązywała wtedy wprowadzana przez rząd Donalda Tuska na wybory parlamentarne 2027 r. tarcza wyborcza „Bezpieczne Wybory” to już odpowiednio zabezpieczono „demokratyczny” charakter wyborów, wolnych od udziału w nich antydemokratów, propagatorów „mowy nienawiści” czy „dezinformacji”. Jak też widać, skoro ukształtowana po wyborach 2023 r. większość parlamentarna, w nawiązaniu do starego nazewnictwa nazywa siebie „obozem demokratycznym” (echo kominiternowskich frontów antyfaszystowskich i „obozów demokratycznych” tworzonych po 1945 r. w państwach komunistycznych) to kim są jej oponenci polityczni dążący do ukształtowania po kolejnych wyborach parlamentarnych innej większości sejmowej, jak nie przeciwnikami „obozu demokratycznego”? Czy w demokratycznym państwie prawnym tak, jak rozumieją je ludzie władzy, przeciwników „obozu demokratycznego” w ogóle można tolerować w sytuacji, gdy już radziecka psychiatria oficjalnie stwierdziła, że „myślenie opozycyjne” jest chorobą psychiczną? Jak zauważa Stanisław Filipowicz w Przechadzka na gruzach liberalizmu, „tam, gdzie umiera różnica zdań, umierać też będą ludzie”.

Trzeba też mieć na uwadze, że Karl’a Loewenstein’a koncepcja „demokracji walczącej” już została ujęta w obowiązującej Konstytucji z 1997 r., w szczególności – w jej art. 13. Zgodnie z nim, zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania narodowego socjalizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa. Skoro zatem rządzący wciąż wskazują na potrzebę zaordynowania „demokracji walczącej” to najwyraźniej mają na myśli jakiś inny stan niż ten, który jest dopuszczony art. 13 i innymi przepisami Konstytucji – stan konstytucyjnie nieakceptowalny. Najwyraźniej ich rozumienie „demokracji” nie mieści się w konstytucyjnym rozumieniu demokracji, a bliższe jest temu, co stwierdzał Józef Stalin, że nie ma takiej demokracji, jak nasza.

Dialektyka „wyjątkowości” sytuacji

Co charakterystyczne i co wykracza poza ramy państwa prawnego i demokratycznego (art. 2 Konstytucji), o tym, że ma miejsce sytuacja wyjątkowa, w sposób arbitralny, aktem własnej woli, poza obowiązującym porządkiem konstytucyjnym, przesądzają rządzący. Arbitralnie stwierdzają, że sytuacja jest nadzwyczajna i arbitralnie nie stosują obowiązującej Konstytucji i ustaw. Nadzwyczajny charakter okoliczności wymusza na nich samodzielne ustalenie, co można robić, a czego czynić nie wolno.

Gdy powołane do tego organy władzy publicznej, jak Trybunał Konstytucyjny czy sądy orzekają o niezgodności z prawem ich działania, to – decyzją wodza lub członków jego drużyny – stwierdzają nieistnienie, nieważność danego orzeczenia i nie uznają ani orzeczenia ani skutków prawnych z nim związanych, a – zarazem arbitralnie mogą różnicować swój pogląd na sprawę. Na przykład twierdzą, że „Trybunał Konstytucyjny nie istnieje”, a zarazem do niego kandydują i wybierają sędziów TK. W tym ostatnim, ontologicznym zakresie, kandydowania do czegoś, co nie istnieje (bytu nieistniejącego – niebytu), ocena mającej miejsce percepcji rzeczywistości wymyka się ustaleniom nauk prawnych i jako taka nie jest przeze mnie podnoszona.

Wygaszanie instytucji państwa demokratycznego i prawnego

W oderwaniu od obowiązującej Konstytucji i obowiązujących ustaw, prawo stosowane przez obóz władzy staje się prawem faktycznego stanu wyjątkowego. To, co łączy zaordynowaną w Polsce po 2023 r. technologię władzy to faktyczne wygaszanie instytucji państwa demokratycznego i prawnego. Władza rządu nie jest już oparta na założeniu, że w uczciwych, demokratycznych wyborach Naród wybiera władzę rozliczalną i odpowiedzialną, której akty działania podlegają kontroli zgodności z prawem, władzę sprawowananą w ramach władzy podzielonej i zrównoważonej, ale, że ma być tak, jak władza polityczna chce, aby było. Tak, jak Hermann Göring decydował o tym, kto jest Żydem, a kto Żydem nie jest, tak i w Tuskmenistanie (chociaż w ustawie dokładnie ustalono, jakie warunki obowiązany jest spełnić kandydat na sędziego Trybunału Konstytucyjnego) to premier arbitralnie decyduje o tym, czy jego najbliższy współpracownik spełnia warunki formalne kandydata na sędziego TK i ma orzekać, czy to, co robi jego dotychczasowy pryncypał jest zgodne z Konstytucją czy jest z nią sprzeczne. To rządzący, aktem swojej woli przesądzają, że ślubowanie złożone wobec Marszałka Sejmu wyczerpuje dyspozycję art. 4 ustawy z 30 listopada 2016 r. o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, zgodnie z którym, osoba wybrana na stanowisko sędziego Trybunału składa wobec Prezydenta RP. To Minister Sprawiedliwości-Prokurator Generalny w social mediach osądza, czy dany sędzia jest godny orzekania i z jakim skutkiem. Jeśli orzeka po myśli Ministra-Prokuratora Generalnego to jest sędzią niezawisłym (w szczególności, gdy orzeka prawomyślnie w prywatnej sprawie Ministra), a gdy orzeka nie po myśli Ministra Sprawiedliwości-Prokuratora Generalnego, to może zostać uznany za niespełniającego przesłanek niezawisłego sędziego i może podlegać represjom. Czy to może zostać objęty tzw. sędziowskim apartheidem czy też wydawane przez niego wyroki mogą być uznawane za „nieistniejące”.

W miejsce uchwalonych przez Sejm ustaw, które jako sprzeczne z obowiązującą Konstytucją nie weszły do porządku prawnego, ministrowie wydają rozporządzenia, faktycznie o mocy ustawodawczej, chociaż takiej kompetencji, na mocy obowiązującej Konstytucji, nie posiadają. Zarazem, chociaż zgodnie z obowiązującym prawem Prezes Rady Ministrów jest zobowiązany do niezwłocznego ogłaszania wyroków Trybunału Konstytucyjnego we właściwym dzienniku urzędowym, to premier ich nie publikuje i wraz z innymi członkami obozu władzy nie uznaje ich istnienia, jak też nie uznaje skutków prawnych wywołanych tymi wyrokami, chociaż zgodnie z art. 190 Konstytucji orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego są ostateczne i mają moc powszechnego obowiązywania. Jednocześnie pracownicy biura Trybunału Konstytucyjnego poddawani są wielogodzinnym przesłuchaniom prokuratorskim, obejmowani dozorem policyjnym, poręczeniem majątkowym czy zakazem obecności w miejscu pracy.

Kiedy rodzice powszechnie nie wyrazili zgody na proponowaną przez Minister Edukacji Narodowej kolejną dawkę ideologizacji ich dzieci to w kolejnym roku Minister już ich o zgodę nie pytała. W ramach standardów państwa demokratycznego, w którym – zgodnie z art. 48 Konstytucji – „rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”, rozporządzeniem wymusiła swoją wolę tak, aby w szkole dzieci były indoktrynowane zgodnie z jej wolą.

Kiedy rządzącym nie udało się przejęcie mediów publicznych na podstawie przepisów ustawy z 22 czerwca 2016 r. o Radzie Mediów Narodowych to „zawiesili” jej stosowanie i przejęli media publiczne poprzez ich postawienie w stan likwidacji (permanentnej).

Dowodząc, że skoro ani w art. 47 przepisów wprowadzających ustawę Prawo o prokuraturze z 2016 r. ani w żadnym innym przepisie nie jest poddane, jak długo obowiązuje ten art. 47, to znaczy, że obowiązuje 60 dni, Prokurator Generalny uznał, że prokurator sprawujący urząd Prokuratora Krajowego nigdy skutecznie nie został Prokuratorem Krajowym. W ten sposób ustalony „wakat”, Prezes Rady Ministrów, wydając stosowny „dekret” obsadził stosownym nominatem. Pomimo orzeczenia zarówno Sądu Najwyższego (I KZP 3/24), jak i Trybunału Konstytucyjnego (SK 13/24) o błędności zastosowanej „interpretacji”, rządzący nie uznają tych orzeczeń i związanych z nimi skutków. Uznają natomiast premierowego nominata i jego akty działania.

Rządzący nie uznają około 1/3 sędziów i wydawanych przez nich wyroków (nie dotyczy wyroków dla rządzących korzystnych), nie uznają niektórych jednostek organizacyjnych Sądu Najwyższego i podejmowanych w nich orzeczeń (chyba że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego akurat orzeka o ważności wyborów do Sejmu i Senatu, w których rządzący uzyskali większość).

Chociaż prezesi sądów powszechnych są powoływani na okres kadencji i zgodnie z art. 27 ustawy z 27 lipca 2001 r. – Prawo o ustroju sądów powszechnych mogą zostać odwołani przez Ministra Sprawiedliwości w toku kadencji jedynie w przypadkach enumeratywnie wyliczonych w tym przepisie (rażące lub uporczywe niewywiązywanie się z obowiązków służbowych; gdy dalszego pełnienia funkcji nie da się pogodzić z innych powodów z dobrem wymiaru sprawiedliwości; stwierdzenie szczególnie niskiej efektywności działań w zakresie pełnionego nadzoru administracyjnego lub organizacji pracy w sądzie lub sądach niższych; złożenia rezygnacji z pełnionej funkcji) to po 2023 r. Minister odwołał kilkudziesięciu z nich.

Jak wiemy, w Polsce nieuznawanie obowiązującej konstytucji już miało miejsce. Już w Manifeście PKWN z 22 lipca 1944 r. proklamowano nieuznawanie emigracyjnego „rządu“ w Londynie i jego delegatury w Kraju jako „władzy samozwańczej, władzy nielegalnej, opierającej się na bezprawnej faszystowskiej konstytucji z kwietnia 1935 roku” i w to miejsce proklamowano władzę „wolną, silną, niepodległą, suwerenną i demokratyczną” tak, jak były one rozumiane przez twórców Manifestu.

Nieuznawanie przez rządzących Trybunału Konstytucyjnego i znacznej części sądów to zasadniczo nieuznawanie przez nich nie tylko podziału i rozdzielenia władz, ale przede wszystkim – nieuznawanie przez nich niezależnej i odrębnej od rządzących, sądowej kontroli legalności ich działalności. Do tego bowiem sprowadza się trybunalska kontrola zgodności z Konstytucją ustaw i innych aktów normatywnych czy też sprawowana przez sądy administracyjne kontrola legalności rządowych aktów stosowania prawa. W stanie faktycznym, który nie ma umocowania w Konstytucji, rządzący wygenerowali sobie faktyczny reżim nadzwyczajnych, niekontrolowanych uprawnień legislacyjnych, reżim, w którym wola wodza staje się prawem. Jedyne, co zakresowo powstrzymuje ich w działaniu, to Prezydent RP. Jako organ władzy państwowej powołany do czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji (art. 126 ust. 2 Konstytucji), wypełniając swoje kompetencje (jak na przykład uczestnika procesu ustawodawczego) pełniąc funkcje katechonalne, powstrzymuje najbardziej destrukcyjne dla ustroju Rzeczypospolitej Polskiej i jej obywateli, ustawodawcze akty działania większości sejmowej.

Chociaż każdy ma prawo do udziału w pokojowych zgromadzeniach publicznych (art. 57 Konstytucji), to gdy przed siedzibą Trybunał Konstytucyjnego strażak Piotr z tego prawa skorzystał to wkrótce potem został skatowany przez policję, duszony. Szczęście dla niego, że byli świadkowie zdarzenia, bo nie wykluczone, że mógłby skończyć, jak George Floyd w Stanach Zjednoczonych, po czym został wywieziony i przez kilkadziesiąt godzin ani rodzina ani adwokat nie mieli z nim kontaktu. Parę dni później do mieszkania obrońcy Pana Piotra, pod pretekstem, że w mieszkaniu może dojść do pozbawienia życia bliskiej mu osoby, weszła policja.

Szczęścia zabrakło powiązanej z opozycją Barbarze Skrzypek, która po wielogodzinnym przesłuchaniu w charakterze świadka przez prokurator z udziałem dwóch mężczyzn, wkrótce później zmarła. Przy tym prokurator zadbała, aby świadek nie mogła skorzystać z pomocy prawnej towarzyszącego jej prawnika, aby nie było nagrania z przesłuchania, a wkrótce później jej ciężka praca na rzecz praworządności została doceniona i awansowała do samego Biura Ministra Sprawiedliwości. W Tuskmenistanie ceni się fachowców.

Dla przeciwników policja i areszty „wydobywcze”, dla swoich – doktryna Neumanna i VIP SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie

W państwie faktycznego stanu wyjątkowego z Sejmu usuwani są posłowie opozycyjni, mimo że Sąd Najwyższy uchylił wydane w tym zakresie postanowienie Marszałka Sejmu o wygaśnięciu ich mandatu poselskiego. Inny poseł opozycji, mimo że podlegał ochronie immunitetowej członka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, to do jego mieszkania weszli funkcjonariusze władzy, mieszanie został przeszukane, a sam poseł wyprowadzony. W Tuskmenistanie motyw funkcjonariuszy władzy wchodzących do mieszkań osób politycznie niemiłych władzy, powtarza się. Pod jakimś pretekstem, że niby w mieszkaniu ktoś próbuje popełnić samobójstwo, lub jakimś podobnym, funkcjonariusze władzy wchodzą do mieszkań opozycyjnych dziennikarzy. Funkcjonariusze władzy weszli też do siedziby Trybunału Konstytucyjnego, chociaż – zgodnie z art. 173 Konstytucji – jest on władzą niezależną od innych władz.

W systemie KSEF na spółkę lidera opozycyjnej partii wystawiana jest wielomilionowa faktura z tytułu, który w stanie faktycznym nie miał miejsca.

Kapłan, niosący pomoc potrzebującym, skuty kajdanami zespolonymi, wyszydzany i jak groźny przestępca prowadzony przez funkcjonariuszy władzy oraz prewencyjnie zamknięty za kratami, podobnie, jak kojarzone z poprzednim ministrem pracownice ministerstwa.

Dziennikarz śledczy niemiło piszący o ludziach władzy jest zamykany za kratami w celi z pluskwami, bo w państwie prawnym – zdaniem Minister Sprawiedliwości – taka jest specyfika takich obiektów, a gdy wychodzi zza krat to już nie ma do czego wracać, bo jest objęty zakazem wejścia do swojego domu i zostaje bezdomny.

W Tuskmenistanie strach nawet wyjść Polakom na ulicę z dziećmi, bo można spotkać Rzecznik Praw Dziecka, która naśle na rodzinę policję, wywoła wejście policji do mieszkania i jego przeszukanie, odebranie dzieciom rodziców, odesłanie dzieci do bidula, a mama dostanie zakaz wejścia do swojego mieszkania.

Jak wskazuje Franciszek Ryszka analizując reżim stanu wyjątkowego w III Rzeszy, reżim nie może przy każdym postawić strażnika-władcy, ale może wzbudzić strach jako poczucie bezpośredniego zagrożenia. Pozbawia obywatela elementarnego bezpieczeństwa i poddaje arbitralnej decyzji. Wywołuje w nim przeświadczenie, że jak napisze na social mediach coś niemiłego to może spodziewać się reakcji władzy – władzy bezwzględnej i nieobliczalnej. W państwie faktycznego stanu wyjątkowego nie wiadomo, w kogo uderzy decyzja władzy. Nie wiadomo, do czyjego mieszkania wejdzie policja.

Inaczej jest, jeśli chodzi o ludzi władzy. W państwie faktycznego stanu wyjątkowego wobec nich ma zastosowanie tzw. doktryna Neumanna i VIP SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie. Można być podejrzewanym o przywłaszczenie pieniędzy, czy skazanym przez sąd za nadużywanie władzy będąc prezesem NIK czy przyjmowanie korzyści materialnych będąc ministrem, ale jak jest się z obozu władzy to zasiada się w parlamencie, a nawet kieruje senacką Komisją Ustawodawczą.

W państwie faktycznego stanu wyjątkowego władza dba też o życiowy komfort swoich ludzi. Chociaż (zgodnie z art. 68 ust. 2 Konstytucji) obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych, to – z jednej strony – miliony obywateli czekają nawet latami na dostęp do lekarza, a z drugiej strony – dla ludzi władzy – czeka VIP SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie.

W miejsce formalnie obowiązującej Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 r. – faktyczna „konstytucja sankcyjna”

Chociaż formalnie wciąż obowiązuje Konstytucja z 2 kwietnia 1997 r., zgodnie z którą własność podlega ochronie i tylko wyrokiem sądu można być jej pozbawionym czy też, że Polska jest państwem prawnym i demokratycznym, tym niemniej 6 sierpnia bieżącego roku Rada Ministrów wniosła do Sejmu projekt ustawy o środkach ograniczających (druk nr 3003), w uzasadnieniu do projektu ustawy nazwany „swoistą konstytucją sankcyjną”. Zgodnie z nim, rząd chce, aby pod pretekstem „poważnego zagrożenia dla demokracji” lub „praworządności” (art. 4 pkt 2a projektu), tak jak rozumieją ją rządzący, Minister Spraw Wewnętrznych z urzędu lub na wniosek któregoś z 15 organów wyliczonych w projekcie ustawy, mógł zamrażać osobom fizycznym, osobom prawnym albo innym jednostkom organizacyjnym nie mającym osobowości prawnej, wszystko to, co mają (gotówkę, depozyty, papiery wartościowe, mienie ruchome, mienie nieruchome itp. itd.). Taka decyzja Ministra podlegałaby natychmiastowemu wykonaniu (art. 8 ust. 7 projektu). Zainteresowany o tym, że Minister zamroził mu cały dorobek życia miałby dowiedzieć się z ministerialnego Biuletynu Informacji Publicznej (art. 9 ust. 1 projektu), bo – jak w „Procesie” Franza Kawki – nawet nie jest stroną toczonego przeciwko niemu postępowania. Nikomu nie trzeba udowodnić w procesie karnym popełnienia przestępstwa. Wystarczy, że Minister Spraw Wewnętrznych powie: „mrozić” i osoba ma stracić dostęp do całego dorobku życia i zostać bezdomną.

Podobne wyzucie z dorobku całego życia Rada Ministrów proponuje stosować wobec osób bezpośrednio powiązanych z osobami lub podmiotami „poważnie zagrażającymi dla demokracji” lub „praworządności”, czy też wobec osób, które „bezpośrednio lub pośrednio wspierających obcą ingerencję i manipulację w środowisku informacyjnym wymierzoną w bezpieczeństwo narodowe, nienaruszalność granic, interesy i pozycję międzynarodową Rzeczypospolitej Polskiej” (art. 4 pkt. 2 b i d projektu).

Zamrożenie własności przez Ministra Spraw Wewnętrznych to pierwsze – przewidziane w rządowym projekcie ustawy o środkach ograniczających (druk nr 3003) – stadium walki z wrogami „bezpieczeństwu państwa” lub „demokracji”. Stadium drugie walki to ustanowienie zarządu w celu przejęcia własności. Zgodnie z art. 24 ust. 1 projektu, w przypadku zastosowania krajowego środka ograniczającego, może zostać ustanowiony zarząd w celu przejęcia własności, „jeżeli jest to niezbędne dla ochrony ważnego interesu publicznego, ochrony interesu ekonomicznego państwa lub ze względu na zapewnienie bezpieczeństwa państwa”. Nie ma chyba wątpliwości, że w sytuacji, kiedy rząd zadłuża Polaków tak intensywnie, jak mało gdzie w UE i w bieżącym roku rząd realizuje strategię zwiększenia państwowego długu publicznego o kolejne ok. 282 mld zł to zarówno „ochrona ważnego interesu publicznego”, jak i „ochrona interesu ekonomicznego państwa” uzasadniają konieczność ustanowienia takiego zarządu.

Już Adolf Hitler walczył z „mową nienawiści” i „dezinformacją”

W państwie faktycznego stanu wyjątkowego, gdy Ministrowi Cyfryzacji nie podobają się posty publikowane na platformie „X” (jak mówi: kłamliwa, bezczelna platforma, która nie chce współpracować z państwem) to zapowiada właścicielom platformy, że jeśli okaże się, że platforma jest „zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa”, „zagrożeniem dla demokracji”, to po prostu może zostać wyłączona.

Podobnie jego zastępca (szef rządowego Centrum Walki z Dezinformacją) zapowiada operację „Bezpieczne Wybory” 2027, w ramach której obóz władzy planuje „zabezpieczyć” wybory pod względem przestrzeni informacyjnej, aby były wolne od „dezinformacji” tak, jak ją rozumie obóz władzy. Obóz władzy planuje zabezpieczyć „bezpieczeństwo informacyjne” i blokować „ruskie narracje”, które godzą w bezpieczeństwo. Zabezpieczenie „demokratycznego” charakteru wyborów czy referendów ma w Polsce swoje tradycje, że wspomnę lata 1946 czy 1947.

W demokratycznym państwie prawnym z okazji wyborów nie przeprowadza się operacji typu „Bezpieczne Wybory”. W demokratycznym państwie prawnym wybory są zdarzeniem naturalnym, oczywistym, cyklicznie powtarzającym się. Są zdarzeniem niewymagającym specjalnych operacji rządowych. Przeprowadzanie przez rząd operacji wyborczych czy tworzenie różnego rodzaju centrów walki z dezinformacją to znak rozpoznawczy państw innych niż demokratyczne państwo prawne.

Tam, gdzie granice debaty publicznej wyznacza Centrum Walki z Dezinformacją czy Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, tam nie ma wolności debaty publicznej. Na tym właśnie polega demokratyczna debata, że wolni ludzie w wolny sposób prezentują swoją wiedzę i swoje poglądy na rzeczywistość, na pożądany układ stosunków społecznych, że debata publiczna dotyczy zagadnień, których nie można ustalić z całą pewnością, jako prawdę ostateczną, jako prawdę przez rząd akceptowaną.

Ograniczeniu wolności słowa służy też już przywołany rządowy projekt ustawy o środkach ograniczających (druk nr 3003). Taki charakter ma uznaniowe uznawanie przez Ministra Spraw Wewnętrznych, że działalność danej osoby stanowi poważne „zagrożenie dla praworządności lub demokracji” czy też bezpośrednio lub pośrednio wspiera obcą „ingerencję i manipulację w środowisku informacyjnym” wymierzoną w”bezpieczeństwo narodowe” czy „interesy i pozycję międzynarodową Rzeczypospolitej Polskiej”, skutkujące zamrożeniem jej własności i możliwością przejęcia. Jak w opinii do tego projektu ustawy wskazuje Przewodnicząca KRRiTV, w debacie publicznej odnotowywane są poglądy, że za „wspieranie i dezinformację” można uznawać poglądy sceptyczne wobec kierunków polityki dotyczącej współpracy z Ukrainą czy UE, polityki migracyjnej czy wypowiedzi dotyczące zmiany klimatu czy zagadnień światopoglądowych.

Od wprowadzającego cenzurę dekretu o prasie, zaczęły się rządy bolszewików w Rosji. Od wyłączenia wolności słowa zaczęły się też rządy Adolfa Hitlera. Wyłączenia wolności słowa dotyczyło wydane 28 lutego 1933 roku przez rząd Rzeszy rozporządzenie „O ochronie narodu i państwa” (ogłoszone jako rozporządzenie prezydenta Rzeszy). Penalizację „mowy nienawiści” Adolf Hitler uzasadniał w sposób podobny, jak czynią to władze Tuskmenistanu. Jak podkreśla się w nauce, bez ograniczenia wolności słowa trudno byłoby Adolfowi Hitlerowi zrealizować plany dalej idące. Jak pisał Franciszek Ryszka w Państwie stanu wyjątkowego, niemieckie bezprawie zaczęło się od łamania praworządności, a system przemocy i gwałtu mógł działać in continuo tylko w warunkach państwa stanu wyjątkowego. Skoro nie można odnieść się krytycznie do tego, co robi władza, a sama władza dysponuje machiną propagandy i odhumanizowania osób przez siebie nielubianych, to przekraczane są kolejne granice niszczenia ludzi.

Gorącymi orędownikami penalizacji „nienawistnych” wypowiedzi czy „dezinformacji” były państwa komunistyczne. ZSRR intensywnie zabiegał o wprowadzenie zakazu propagowania „nienawiści” już podczas prac nad Powszechną Deklaracją Praw Człowieka z 10 grudnia 1948 r. Argumentacja, którą dzisiaj przedstawia Minister Cyfryzacji i inni przedstawiciele reżimu jest podobna do tej, którą wtedy przedstawiał delegat radziecki Aleksander Bogomolov: wolność prasy i wolność słowa nie mogą służyć za pretekst do propagowania poglądów zatruwających opinię publiczną. Wówczas państwa wolnego świata odrzuciły radzieckie uroszczenia.

Kto kogo rozlicza ze sprawowanej władzy?

Wyłączając sądowniczą kontrolę aktów swojego działania, rządzący zarazem zmarginalizowali demokratyczne mechanizmy rozliczalności władzy z rządzenia. Rządzący uchylają się spod faktycznej demokratycznej i prawnej rozliczalności. To oni rozliczają. Parlamentarną kontrolę nad działalnością Rady Ministrów większość sejmowa zamienia w faktyczną kontrolę nad opozycją i czyni wysiłki, aby zamienić też w faktyczną kontrolę nad Prezydentem RP, który – zgodnie z Konstytucją – nie podlega ani Sejmowi ani rządowi. W tym ostatnim zakresie obóz władzy próbuje uczynić to, co w 1933 r. kanclerz Rzeszy uczynił z prezydentem Paulem von Hindenburgiem – zmarginalizować go w państwowym procesie decyzyjnym.

Gaszenie światła państwa prawnego i demokratycznego

Jak w Tak umierają demokracje zauważają Steven Levitsky i Daniel Ziblatt, autorytarne tendencje bardzo często rozpoczynają się od przekonywania społeczeństwa, iż obowiązujące reguły można zawiesić, ponieważ sytuacja jest wyjątkowa. Rządzący informują, że wyjątkowe okoliczności usprawiedliwiają stosowanie wyjątkowych środków.

Faktyczne wyłączanie kolejnych instytucji państwa prawnego i demokratycznego, ograniczanie indywidualnych i kolegialnych wolności i praw Polaków, operacje wymierzone przeciwko opozycji politycznej czy właśnie uruchamiana antydemokratyczna operacja „Bezpieczne Wybory” 2027, to wszystko sprawia, że po 2023 r., za fasadą Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 r. tak demokracja, jak praworządność, dogorywają. W miejsce wielości barw stosunków demokratycznych zaczyna dominować kolor brunatny. W miejsce debaty publicznej ludzi wolnych i równych – bagażnik samochodu, który (zgodnie z zapowiedzią Ministra Sprawiedliwości-Prokuratora Generalnego) może być przeznaczony dla opozycyjnego posła czy policyjne duszenie strażaka Piotra, tuż po tym, jak przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego skorzystał z konstytucyjnego prawa do udziału w pokojowym zgromadzeniu publicznym, a przynajmniej wydawało mu się, że ma takie prawo.

Jacek Zaleśny
profesor prawa konstytucyjnego

Tekst wyraża poglądy Autora.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także