Wkrótce pojawią się na niej dziesiątki nieczytelnych podpisów, potwierdzających odbycie przedwyjazdowych szkoleń, dot. między innymi: BHP, PPOŻ, procedur antymobbingowych, zasad gospodarki materiałowej, zasad współżycia na placówce, ochrony informacji niejawnych, udzielania pierwszej pomocy, równości płci, protokołu dyplomatycznego, organizacji kancelarii tajnej, spraw obronnych oraz a jakże ochrony kontrwywiadowczej. W związku z wakującymi w przedstawicielstwie stanowiskami, przyszły rezydent przejdzie kilkutygodniowe szkolenie z zakresu czynności konsularnych. Pod nieobecność Konsula będzie prowadził sprawy wizowe, paszportowe, z zakresu obywatelstwa polskiego i aktów stanu cywilnego, udzielał pomocy konsularnej i pomagał w organizacji głosowania w wyborach. Gdy zbierze wszystkie niezbędne podpisy otrzyma mianowanie na stanowisko III sekretarza, choć de jure nie będzie ani członkiem służby zagranicznej ani służby cywilnej. W kadrach placówki będzie figurował jako EKK, czyli etat krajowy kierowany. Zanim jednak przejmie obowiązki kierownika w jednoosobowym referacie, nowy pracodawca ustali wysokość wynagrodzenia delegata z „instytucji zewnętrznej”. Takim enigmatycznym mianem określa się w MSZ staff zaciężny. Prawie wszyscy w biurze kapitału ludzkiego wiedzą skąd ten pan jest. Pozostali się domyślają. Uposażenie oraz wysokość innych świadczeń rezydenta oblicza się przy pomocy tzw. mnożnika, który uwzględnia różne zmienne, w tym koszty życia w kraju urzędowania. Wszystkie wydatki związane z funkcjonowaniem stanowiska przykrycia będą refundowane przez macierzysty zakład pracy delegata. I tak wywiad zapłaci za wino wypite przez III sekretarza w trakcie okolicznościowego przyjęcia, pranie dywanów w części reprezentacyjnej przedstawicielstwa oraz wymianę spłuczki w mieszkaniu służbowym szpiega.
Pomimo zaangażowania w organizację wyjazdu na misję dwóch centralnych organów administracji rządowej, jedna kwestia wymyka się drobiazgowej biurokracji. Systemowy błąd dosięgnie rezydenta, gdy po latach ryzykownej służby będzie podopiecznym ZER-u, czyli Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA. Zgodnie z przepisami, regulującymi kwestie zabezpieczenia emerytalnego funkcjonariuszy służb mundurowych, ich składki finansowane są budżetu państwa. Za rezydenta na przykryciu dyplomatycznym składkę zapłaci pracodawca, czyli MSZ. Hybrydowość w socrealu (soc od socjalny).
Mission: impossible
Główny cel misji to rozpoznanie środowiska islamskich integrystów oraz ich relacji z władzami kraju przyjmującego. „Nasz” człowiek w Maghrebie skoncentruje się na penetracji ich intelektualnego, politycznego i finansowego zaplecza. Konkretne cele mają w miarę możliwości wskazywać alianci, którzy w tym rejonie wcześniej zainstalowali swoje operacyjne sensory.
Przed przystąpieniem do realizacji zadań, powinien zgodnie z zaleceniami centrali przejść powolny proces adaptacji. Gromadzenie wiedzy o SWT (środowisko wywiadowcze terenu) to faza pierwsza. Zanim jednak się tym zajmie musi załatwić sprawy egzystencjalne. To wyłączna domena KAF-a, czyli kierownika administracyjno-finansowego przedstawicielstwa. Bez jego poplecznictwa żaden rezydent nie ma szans na przetrwanie nawet kilku godzin w nieznanym otoczeniu. Jest jeszcze kierownik całej placówki, czyli ambasador lub chargé d’affaires, zwany w operacyjnej gwarze „Gospodarzem”, ale w przypadku spraw bytowych nie ma nic do powiedzenia. Rozmowa z PIN-em (od pełnomocny i nadzwyczajny) ma na ogół dość standardowy przebieg: „Nie interesuje mnie, po co Pana tu wysłali i co Pan będzie tu robił, bo kto za wami trafi”. Sugerował przy tym, że dla podtrzymania tradycyjnie poprawnych relacji między obiema centralami, należy robić to, co kierownik placówki uzna za dobre dla realizacji celów polskiej polityki zagranicznej. Dał w ten sposób jasno do zrozumienia, kto tu dowodzi i co z tego wynika dla powodzenia jego tajnej misji. „Ma być comme il faut”, testując w ten sposób rezydenta ze znajomości języka dyplomacji.
Spośród kilkuosobowego personelu ambasady, wszyscy bez wyjątku wiedzieli, że III sekretarz ma jeszcze inny etat. Jak zwykle w takich przypadkach byli pewni, że będzie węszył także w placówce, więc trzeba na niego uważać. Konsul zapoznał go z okienkiem konsularnym, gdzie pod jego nieobecność będzie wykonywał czynności konsularne. Przedstawił mu grafik dyżurów na najbliższe miesiące, w których rezydent będzie partycypował. Dyżur generalnie polega na odbieraniu telefonów od obywateli polskich, proszących, a częściej żądających natychmiastowej pomocy ze strony ambasady. „Szkolili Pana w lesie, więc da Pan sobie radę”, mrugnął porozumiewawczo okiem doświadczony konsularnik. Rezydent nie dal się sprowokować.
Szyfrant formalnie przekazał mu tę część kancelarii, która będzie stanowić wyposażenie techniczne rezydentury, czyli szafę pancerną, referentkę, kapsel i paczkę plasteliny. Omówili zasady wzajemnej współpracy, czyli w jakiej porze dnia pracy może wysyłać meldunek do centrali. Rezydent zapoznał się z harmonogramem poczty kurierskiej i miejscem przechowywania niezbędnych akcesoriów do jej technicznej obsługi, czyli lakiem i palnikiem gazowym. Przypomniał mu przy okazji, że aby stalowa pieczęć ambasady dobrze odbiła się na roztopionym laku, trzeba ją wcześniej schłodzić w lodówce. O tym aspekcie lakowania, w trakcie zajęć praktycznych w lesie nie wspomniano.
Z punktu widzenia komfortu realizacji misji najważniejsza była konfrontacja z KAF-em. Przejął mieszkanie służbowe o przewidzianym w regulaminie metrażu wraz z rudymentarnym inwentarzem, którego stan techniczny potwierdził własnoręcznym podpisem. Został pouczony nt. zasad korzystania z przydzielonego lokalu oraz o algorytmie obliczania wysokości opłat za poszczególne media i usługi. Kwoty te będą potrącane z jego comiesięcznego wynagrodzenia, wypłacanego w walucie dotacji, czyli USD. Podpisał karty inwentarzowe bardzo skromnego pokoju służbowego, który będzie pełnić funkcję drugiej części rezydentury. Podpisał kilkadziesiąt innych dokumentów, konstytuujących go jako pełnoprawnego członka personelu placówki. Zdał paszport dyplomatyczny do depozytu, a kasjer wypłacił mu środki na tzw. zagospodarowanie zwane zasiłkiem adaptacyjnym.
Pracownik miejscowy, zatrudniony od x lat w przedstawicielstwie na stanowisku sekretarki przygotował notę informującą protokół dyplomatyczny o dacie przyjazdu III sekretarza, który stanie się członkiem akredytowanego w kraju urzędowaniu korpusu. Kilka tygodni później z protokołu przyszła legitymacja gwarantująca mu nietykalność. W języku francuskim, w jakim sporządzono dokument, będzie od teraz „agent diplomatique”.
Zgodnie z sugestią centrali, którą szyfrówką poinformował o inauguracji rezydentury, zaczął proces aklimatyzacji. Na początek seria rozmów w MSZ oraz w korpusie. Generalnie zdawkowo, nie na temat, ale sympatycznie. Pytali o Polskę i perspektywy drużyny narodowej w zbliżającym się Mundialu. Odpowiadał, że „nasi chłopcy” są dobrze przygotowani, ale się niestety nie zakwalifikowali. Rozmówcy wyrażali smutek i ubolewanie. Rytualne small talks. „Gospodarz” od samego początku dbał, aby miał sporo zajęć, więc zasypywał go poleceniami związanymi z obowiązkami stanowiska przykrycia. Analizy, wizyty studyjne, spotkania dwustronne, seminaria, konferencje, składanie wiązanek, koncerty i wieczorki poezji. Wszystko po to aby wzmacniać „naszą obecność”.
Po tym, jak sam uznał, że proces adaptacji dobiegł końca, postanowił zrobić coś dla centrali, czyli zbliżyć się do środowisk, podejrzewanych przez sojusznika o sprzyjanie światowemu kalifatowi. Niestety KAF zarządził, na polecenie drugiej centrali inwentaryzację majątku placówki. To gigantyczna, choć prozaiczna praca, wymagająca powołania stosownej komisji, z przewodniczącym na czele. Z racji braków kadrowych, rezydent znalazł się w jej składzie. Protestował, ale na próżno. Przez najbliższe pół roku nie będzie robił nic innego tylko spisywał z natury sztućce, meble, firany, obrazy, kandelabry, narzędzia ogrodnicze, ogumienie do aut służbowych i setki innych drobiazgów, stanowiących zewidencjonowane wyposażenie budynku przedstawicielstwa, mieszkań służbowych i rezydencji. Takiego obrotu sprawy nie przewidziała nawet centrala, która jednak w imię dobrych relacji z MSZ specjalnie nie protestowała. W ten sposób szpieg zdobył kolejną sprawność.
Później rezydent brał czynny udział w innych tego typu przedsięwzięciach, w tym ad hoc kontroli finansowej placówki, kontroli konsularnej, procedurach przetargowych oraz kontroli zasobów bibliotecznych. Co trzeci dzień miał dyżur konsularny, co także ograniczało możliwości realizacji tajnej części jego powinności. Przygotował zatwierdzony przez centralę plan poczynań na najbliższy rok, ale ze względu na logistyczne problemy ambasady, nie zrobił prawie nic w kierunku ich realizacji. „Gospodarz” coraz częściej powierzał mu dodatkowej obowiązki, peryferyjnie związane z tym, co miał faktycznie robić jako III sekretarz ds. polityczno-ekonomicznych. I tak udzielał się w sprawach dotyczących pomocy rozwojowej, praw człowieka, wymiany kulturalnej i dyplomacji publicznej. Od czasu do czasu, dla poprawy operacyjnego samopoczucia uprawiał biały wywiad czytając lokalne media, aby wysnuć jakąś konkluzję na temat stosunku władz do zagrożenia ze strony ISIS, ale nie było to nic odkrywczego.
KAF też nie oszczędzał rezydenta. Konwojował pieniądze z banku do placówki, brał regularny udział w kontroli kasy, asystował przy drobnych naprawach i przygotowaniach do imprez okolicznościowych, organizowanych przez placówkę. „Gospodarz”, aby uzupełnić zakres obowiązków III sekretarza wystąpił o zgodę do centrali o ich drobną korektę. Zgodę otrzymał i tak rezydent miał zająć się fizycznym bezpieczeństwem przedstawicielstwa, przygotowywaniem sprawozdań z zakresu ochrony informacji niejawnych i prac obronnych. Ze względu na przedłużające się zwolnienie lekarskie konsula, rezydent regularnie pojawiał się w okienku. Nabierał w tej materii coraz więcej wprawy i niewiele brakowało, żeby udzielił ślubu. Na szczęście nie miał do takiej czynności formalnego umocowania. Nowożeńcy mieliby co wspominać, gdyby z ujawnionych przez IPN dokumentów okazało się, że w roli urzędnika stanu cywilnego wystąpił funkcjonariusz służb specjalnych na przykryciu.
Kiedy pewnego dnia przypomniał sobie jak bardzo sojusznikom zależało na wypracowaniu operacyjnego styku ze środowiskiem muzułmańskich integrystów znalazł ciekawego rozmówcę. Gdy po sprawdzeniu pojemności baterii w mini rejestratorze dźwięku szykował się do wyjazdu na spotkanie okazało się, że kasjer odstawił właśnie oba służbowe pojazdy na przegląd. Taksówką pojechać nie mógł, bo to w tym rejonie świata przedsięwzięcie obciążone sporym ryzykiem.
Coraz bardziej sfrustrowany jakością swojej tajnej misji, poprosił centralę o konsultacje. Wyrazili zgodę, pod warunkiem, że wyjazd do kraju połączy z przysługującym mu urlopem wypoczynkowym. W tej sytuacji III sekretarz wystąpił z wnioskiem o zgodę do „Gospodarza”, który go zaakceptował. Następnie KAF wystąpił ze stosownym wnioskiem do biura kapitału ludzkiego i departamentu terytorialnego MSZ. Sukces. I kiedy wszystko zmierzało do grande finale, okazało się, że do kraju urzędowania wybiera się w tym czasie duża delegacja polskich przedsiębiorców. Rezydent i centrala musieli zmienić plany.
Tak mniej więcej wyglądała jego tajna misja przez dwa pierwsze lata. Owszem kilka razy zaciągnął języka, ale ze względu na obowiązki służbowe stanowiska przykrycia niewiele zrobił, aby tą wiedzę pogłębić, nie mówiąc o ewentualnej próbie werbunku. Sondował stosunek władz do integrystów i ich planów, ale był to tylko sondaż. Trochę wiedzy na ten temat dostarczyło mu kilkoro gadatliwych III sekretarzy innych placówek, czym podzielił się z centralą. Miał wrażenie, że przynajmniej trzech III sekretarzy, tak jak on mieli jeszcze drugi etat.
W założeniu czteroletni pobyt w rezydenturze skończył się dwa lata przed terminem. Przyspieszona rotacja rezydenta związana była bezpośrednio z rotacją, jaka miała w miejsce w polskim parlamencie. Rząd PO-PSL zdecydował, że aby zrealizować doniosłe cele polityki zagranicznej trzeba to zrobić nowymi kadrami. III sekretarza odwołano i to pomimo interwencji ze strony sojuszników, którzy ciągle wierzyli w sens wspólnego przedsięwzięcia. Niestety nie po raz pierwszy okazało się, że nawet walka z terroryzmem to wynik politycznych, zjełczałych kompromisów, których w tym przypadku nie udało się osiągnąć.
Rozliczenie z placówką trwało trzy długie miesiące. Zostawił za sobą wakat i niedosyt. Doszedł do wniosku, że biurokracja w wydaniu niewielkiej misji dyplomatycznej stanowi perfekcyjne przykrycie dla działalności wywiadowczej. Nawet dla bardzo skrupulatnego kontrwywiadu aktywność III sekretarza placówki nie mogła mieć nic wspólnego z działalnością szpiegowską. Może nie było w tym aż tyle chaosu, o jakim mówiono w ośrodku kształcenia kadr wywiadu, ale wrażenie przypadkowości było nieodparte. Skrzętnie zatarł za sobą ślady i zawiesił działalność rezydentury.
Być może aktywność rezydenta wiązała jakieś siły lokalnego kontrwywiadu, co mogło ułatwić realizację innych operacji wywiadowczych w tym rejonie. Być może miejscowy kontrwywiad nabrał przekonania, że III sekretarz tak perfekcyjnie wykonał zadanie, że nie byli w stanie go na niczym przyłapać. Może mieli do czynienia z prototypem agenta w technologii staelth?
W samolocie do Warszawy niedoszły szpieg obejrzał ekranizację powieści Roberta Ludluma „Tożsamość Bourne’a”. Bohater klasyka nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego miał pięć paszportów, kiedy nauczył się wspinaczki bez asekuracji i kto za tym stoi. Sfrustrowany III sekretarz też momentami zapomniał po co go tam wysłali.
Premier Winston Churchill mawiał, że z względów estetycznych ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę. W służbach specjalnych mówią to samo o wywiadzie.
