Ustawa z dnia 30 listopada 2016 r. o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego stanowi jasno, że osoba wybrana na stanowisko sędziego Trybunału składa ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
W art. 5 tej ustawy czytamy, że stosunek służbowy sędziego Trybunału nawiązuje się po złożeniu ślubowania. Sędzia po złożeniu ślubowania stawia się niezwłocznie w Trybunale w celu podjęcia obowiązków, a Prezes Trybunału przydziela mu sprawy i stwarza warunki umożliwiające wypełnianie obowiązków sędziego.
Rząd Tuska doprowadził do tego, że prawo w Polsce przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Od tej pory o obsadzie stanowisk w państwie może decydować jedynie brutalna siła i to kogo będzie słuchać Policja oraz służby bezpieczeństwa. Do Donalda Tuska doskonale pasują słowa Friedricha Nietzschego „kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przy tym nie stał się potworem”. Tyle tylko, że Tusk walczył z demonami pozostającymi wyłącznie w jego politycznej wyobraźni, zaś tyranem stał się zupełnie realnym.
Niemniej wszystkim, którzy posiadają jeszcze jakieś złudzenia trzeba wyjaśnić kilka kwestii. Po pierwsze Konstytucja nie reguluje wszystkich spraw w niej poruszonych w sposób wyczerpujący. Większość zagadnień dotyczących obsady najważniejszych stanowisk w państwie regulują ustawy, które muszą być przestrzegane tak samo jak Konstytucja. Przykładowo sposób przeprowadzenia wyborów parlamentarnych szczegółowo reguluje Kodeks wyborczy i trudno zakładać, aby np. senatorem mógł zostać ktoś, kto nie dopełnił wymogów wynikających z tej ustawy, bez względu na to co na temat wyborów do Senatu stanowi w sposób ogólny Konstytucja.
Po drugie domniemywa się zgodność ustaw z Konstytucją. Czyli tak długo jak ustawa nie została zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny wiąże ona wszystkich swoich adresatów, w tym w szczególności inne organy Państwa zobowiązane do działania na podstawie i w granicach prawa, o czym wprost stanowi art. 7 Konstytucji.
Po trzecie ustawowy wymóg złożenia ślubowania wobec prezydenta nie oznacza, że można je złożyć ślubując wobec marszałka Czarzastego, kolumny Zygmunta, czy w toalecie w pociągu relacji Poznań – Wrocław. To jasne dla wszystkich za wyjątkiem niektórych przedstawicieli postkomunistycznej profesury prawniczej, którzy chyba tylko po to zostali w przeszłości oddelegowani na odcinek kariery naukowej, aby w potrzebie swój autorytet rozmienić na drobne w upokarzający dla siebie sposób. Parafrazując klasyka, nie ma w słowniku ludzi przyzwoitych słów dostatecznie obelżywie określających postawę niektórych bliźnich, omyłkowo tylko nazywanych profesorami prawa. Swoją drogą naprawdę doceniam niemającą co prawda żadnego oparcia w literze prawa, lecz mimo to powabną językowo „konstrukcję stanu wyższej konieczności konstytucyjnej”. W odróżnieniu od bełkotu pseudo-prawniczego wydawanego przez ewidentnie wygłupione osoby będące figurantami w całym przedsięwzięciu, które w niezborny sposób usiłowały wykazać nieistniejącą przecież podstawę prawną usunięcia prezesa i wice prezesa Trybunału, ten związek frazeologiczny ma wydźwięk doprawdy poetycki. Przynajmniej do czasu, gdy ktoś nierozumiejący zasad pokojowego obywatelskiego protestu nie wystrzela ministrów rządu Tuska twierdząc, że działał w stanie wyższej konieczności konstytucyjnej ratując Rzeczpospolitą przed zamachem stanu. Jednak ukuwając to pojęcie jego autor zapewne mimo woli udowodnił, że można skundlić się z klasą, co samo w sobie jest w tej sytuacji pewnym osiągnieciem.
Po czwarte ustawa stanowi, że stosunek służbowy z Trybunałem nawiązuje się dopiero po złożeniu ślubowania wobec Prezydenta. Zatem przed złożeniem ślubowania stosunek ten nie jest nawiązany, a sytuacja osoby wybranej przez Sejm na stanowisko sędziego sądu konstytucyjnego jest podobna do osoby wybranej na posła przed rozpoczęciem nowej kadencji Sejmu, czy osoby wybranej na prezydenta przed objęciem urzędu. Czyli jest wybrana ale nie pełni jeszcze wynikającej z wyboru funkcji. Wynika to wprost z art. 5 ustawy o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, który stanowi, iż osoba wybrana na stanowisko sędziego Trybunału składa wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej ślubowanie. Nie „sędzia” tylko „osoba”. Gdyby chodziło wyłącznie o kwestie ceremonialne, ustawodawca napisałby, że „sędzia Trybunału składa wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej ślubowanie”. Ale użył słowa „osoba”, a nadto wyraźnie określił skutki złożenia ślubowania, co przesądza, że status sędziego nabywa się dopiero wraz ze złożeniem ślubowania.
To wszystko obecnie nie ma znaczenia, ale należy żywić nadzieję, że uzurpatorzy zostaną w przyszłości osądzeni i wtedy okaże się, że te oczywiste argumenty dotyczące ich obecnego statusu pozwolą na skazanie przynajmniej z art. 227 kodeksu karnego. Zgodnie z tym przepisem kto, podając się za funkcjonariusza publicznego albo wyzyskując błędne przeświadczenie o tym innej osoby, wykonuje czynność związaną z jego funkcją, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Dla wzmocnienia efektu dołożyłbym jeszcze udział w zorganizowanej grupie przestępczej, czyli czyn opisany w art. 258 kodeksu karnego. Zgodnie z tym przepisem kto bierze udział w zorganizowanej grupie albo związku mających na celu popełnienie przestępstwa lub przestępstwa skarbowego, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Jak dla mnie wystarczy choćby wyrok z tych paragrafów, choć są tacy, którzy grzmią o zamachu stanu i innych zbrodniach, co oczywiście należy również zbadać.
Popołudnie i wieczór 30 października 2026 r. skrywa liczne tajemnice. Przede wszystkim należy wyjaśnić, jak to się stało, że akurat tego dnia pod nieobecność prezydenta i legalnego prezesa Trybunału Konstytucyjnego Bogdana Święczkowskiego pani Korwin Piotrowska z grupą samo-identyfikujących się jako sędziowie osób miała oddane do dyspozycji narzędzia służące do siłowego przejęcia siedziby sądu konstytucyjnego, a zwłaszcza wsparcie setek policjantów. Oczywiście można się spodziewać tłumaczenia w stylu, że akurat przechodziła obok budynku Trybunału z tragarzami, ale dla każdego średnio inteligentnego człowieka jest jasne, że była to operacja planowana od dawna na najwyższych szczeblach rządowych, zapewne pod ścisłym nadzorem premiera Tuska. Nie to jest jednak najważniejsze. Chodzi o to, że przebieg akcji wskazywał również na udział służb specjalnych, w tym bardzo prawdopodobne wykorzystanie informacji uzyskanych w drodze inwigilacji prezesa Trybunału i być może również prezydenta. Gdyby te podejrzenia okazały się prawdą sankcje muszą być drakońskie, choćby na wymierzenie sprawiedliwości trzeba było czekać 20 lat. O ile do usunięcia pani Korwin Piotrowskiej et consortes z budynku przy al. Szucha prawdopodobnie wystarczą sanitariusze z kaftanem bezpieczeństwa, o tyle ustalenie, że do przejęcia Trybunału wykorzystano operacyjnie służby, których działania były wymierzone w prezydenta i legalnego prezesa TK będzie oznacza w istocie zastosowanie przez rząd instytucjonalnego terroru. Tu akurat art. 128 kodeksu karnego może okazać się bardzo przydatny. Zgodnie z tym przepisem kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności od lat 3 do 20.
Tajemnicą owiane są także wydarzenia z nocy z 30 na 31 października, kiedy to do budynku Trybunału wkroczył prezydent Karol Nawrocki. Prawdę powiedziawszy bardzo się dziwię, że nikt do tej pory nie postawił w tej sprawie pytań. Wiemy, że prezydent dowiedziawszy się o zajściach natychmiast przerwał podróż do Senegalu i powrócił do Warszawy, kierując się pilną potrzebą i odpowiedzialnością za państwo. Wejście prezydenta do budynku Trybunału również ma swoje oczywiste uzasadnienie. Zgodnie z art. 126 ust. 2 Konstytucji Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa. Zatem jako akt osobistej odwagi prezydenta należy uznać samo wejście do budynku przy al. Szucha w sytuacji, gdy właśnie tam w brutalny sposób łamana była Konstytucja. Prezydent zmuszony był przedzierać się przez kordon Policji, posiadał niewystarczającą i skandalicznie reagującą ochronę oraz znalazł się bezpośrednio w sytuacji zagrożenia. Pomimo to wszedł do budynku przy al. Szucha i to w towarzystwie swoich ministrów, współpracowników oraz pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Nie było z nim jednak prezesa Święczkowskiego. O tym co się działo potem nie wiemy prawie nic. Pojawia się pytanie, dlaczego skoro tylu osobom udało się wejść do budynku korzystając z osobistej prezydenckiej osłony niezwłocznie nie przywrócono w Trybunale legalnego porządku. Dlaczego Bodgan Święczkowski nie wszedł tam razem z głową państwa i nie usunął uzurpatorów. Nie chodziło nawet o to, aby kogoś siłą przepychać. Wystarczyło aby Bogdan Święczkowski tej nocy faktycznie objął budynek w posiadanie i został tam w towarzystwie legalnych sędziów. Pani Korwin Piotrowska nie ma przecież żadnej władzy. Jej pozycja sprowadza się wyłącznie do okupacji budynku przy al. Szucha. Prezydent mógł przecież wprowadzić do środka również członków Straży Trybunalskiej, którzy mają obowiązek słuchać rozkazów legalnego prezesa, a których zawczasu Policja usunęła z budynku. Od dłuższego czasu było prawdopodobne, że reżim Tuska będzie chciał dokonać jakiejś prowokacji wobec Trybunału zatem na taką okoliczność powinny być przygotowane odpowiednie scenariusze, logistyka, drugie komplety kluczy itp. Krótko mówiąc przynajmniej dla części opinii publicznej sprawa wygląda tak, że ten kto przebywa w budynku jest Trybunałem. A dziś to prezes Święczkowski stoi pod płotem Trybunału nie wpuszczany do środka przez nielegalnie działającą Policję. A mógł być w środku. Nie jestem przekonany, czy Policja zdecydowałaby się na siłowe usunięcie prezesa po opuszczeniu budynku przez prezydenta. Czymś innym jest zablokowanie drzwi, otoczenie budynku kordonem, czy ustawienie policyjnych barierek, a czymś innym fizyczna napaść na sędziego chronionego immunitetem. W tym przypadku policjanci zapewne nie wytrzymaliby ciśnienia i odmówili wykonania rozkazu, podobnie jak odmówili wykonania polecenia rozpędzenia protestujących przed siedzibą Trybunału.
Jedyne czym można wytłumaczyć nieobecność prezesa Święczkowskiego to polityczna kalkulacja. Być może te kilka godzin, które prezydent spędził w budynku Trybunału było potrzebne do oceny skutków jakie akcja reżimu Tuska będzie miała w dłuższej perspektywie dla życia politycznego w Polsce. Dość szybko okazało się, że poza grupą twardogłowych większość komentatorów, środowisk prawniczych oraz Internet potępia działania rządu i nie uznaje uzurpatorów za legalne władze Trybunału. Poza pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego obecnym na miejscu, uzurpatorów nie uznał prezes NSA, prezes Naczelnej rady Adwokackiej, a nawet zarząd Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Nawet tradycyjnie prorządowe media zaczęły sprawę opisywać w duchu symetrycznym co dla obozu Tuska samo w sobie jest klęską. Zapewne zakładano też, że grupa uzurpatorów nie będzie w stanie skutecznie realizować swoich zamierzeń, a tłum przed budynkiem będzie gęstnieć. Nie jestem pewien czy to była słuszna kalkulacja. Kiedy dzieje się bezprawie konstytucyjne, gdy popełniane są przestępstwa nie można snuć planów politycznych. Prezydent jako najwyższy przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej osobiście utorował drogę do przywrócenia legalnego działania Trybunału, zachował się odważnie dając przykład troski o państwo… po czym się wycofał. Przed Trybunałem stali obywatele narażeni na szykany, zdeterminowani by wspierać prezydenta. Ludzie co najważniejsze z najróżniejszych środowisk, zjednoczeni w oporze przeciw bezprawiu reżimu Tuska. Choć niewątpliwie reżim poniósł straty ostatecznie całe wydarzenie potraktowano w kategoriach taktycznej potyczki. Oby się to nie zemściło w niedalekiej przyszłości.
