Jak ustaliła Wirtualna Polska, dr Sylwester Gładyś miał wątpliwości dotyczące dokumentów związanych z roszczeniami do nieruchomości przy ul. Pańskiej. Sprawa jest związana z aferą reprywatyzacyjną. Dzień przed zniknięciem został przesłuchany przez CBA. Czy jego zaginięcie miało związek z prowadzonym postępowaniem?
Nowe ustalenia WP ws. zaginięcia Sylwestra Gładysia
24 lutego 2026 roku 71-letni naukowiec wyszedł ze swojego mieszkania w Warszawie na spacer do Parku Młocińskiego. Od tamtej pory nie było z nim kontaktu. Kamery monitoringu zarejestrowały, jak Gładyś wchodzi do parku, jednak na żadnym z przeanalizowanych nagrań nie widać, aby z niego wyszedł. Ostatni sygnał z jego telefonu komórkowego odnotowano o godz. 17.28 w rejonie parku.
W reportażu przygotowanym przez dziennikarza Wirtualnej Polski Mateusza Baczyńskiego wskazano, że dzień przed zaginięciem Gładyś stawił się w warszawskiej delegaturze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Przedmiotem przesłuchania było wątki ze śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Regionalną we Wrocławiu w sprawie warszawskiej reprywatyzacji. Naukowiec miał odpowiadać na pytania dotyczące pełnomocnictw związanych z roszczeniami do nieruchomości przy ul. Pańskiej 80 i 82 w Warszawie. Z relacji przekazanej bliskim funkcjonariusza CBA szczególnie interesowało, czy mężczyzna podpisał określone pełnomocnictwo przed konkretnym notariuszem. Po powrocie do domu Gładyś przeglądał swoje zapiski. W kalendarzu pozostawił krótką notatkę: "Ja tego nie podpisywałem".
W tle afera reprywatyzacyjna w Warszawie
Wirtualna Polska ustaliła, że dr Gładyś miał niewielkie udziały w roszczeniach do nieruchomości przy ul. Pańskiej, odziedziczone w związku z rodzinnymi sprawami spadkowymi. W latach 90. sprawami nieruchomości zajmował się Jacek Ż., krewny byłej żony naukowca. Portal dowiedział się, że Gładyś udzielił mu ograniczonego pełnomocnictwa, które nie pozwalało na sprzedaż należących do niego praw.
Mimo później okazało się, że roszczenia zostały sprzedane. Część z nich trafiła do słynnego Marka M., przedsiębiorcy określanego w mediach jako "kolekcjoner kamienic" i "czyściciel kamienic", znanego z działalności na warszawskim rynku nieruchomości. Z dokumentów przeanalizowanych przez dziennikarza WP wynika, że prawa do wspomnianej nieruchomości przechodziły przez kolejne transakcje, w których uczestniczyli m.in. Jacek Ż., jego żona oraz Marek M.
Wątpliwości dotyczą przede wszystkim pełnomocnictwa na podstawie którego miało dojść do sprzedaży udziałów Gładysia. Wykładowca Poltechniki, według relacji bliskich, zaprzeczał, aby podpisał taki dokument.
Prokuratura wyklucza związek zeznań z zaginięciem
Wirtualna Polska skierowała do Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu pytanie, czy podpis naukowca na kwestionowanym pełnomocnictwie został zbadany przez biegłego. Śledczy wskazali, że "okoliczności sprawy tego nie wymagały". Prokuratura potwierdziła także, że przesłuchanie Gładysia dotyczyło pełnomocnictw związanych z nieruchomościami przy Pańskiej. Prokuratura wykluczyła na podstawie dotychczasowych ustaleń związek jego zeznań z późniejszym zaginięciem.
"Treść zeznań świadka oraz okoliczności sprawy nie wskazują, by mogły pozostawać w jakimkolwiek związku z jego zaginięciem" – odpowiedziała prokuratura Wirtualnej Polsce.
Policja rozważa samobójstwo. Co na to rodzina?
Według ustaleń portalu policja od początku brała pod uwagę możliwość samobójstwa. Psy tropiące doprowadziły funkcjonariuszy do skarpy nad Wisłą, gdzie ślad się urwał. Bliscy naukowca nie podzielają takiej wersji wydarzeń. Jak poinformowali, Gładyś pozostawił w mieszkaniu włączony komputer, przygotowane rzeczy oraz leki, które regularnie przyjmował. Ponadto nie było żadnych sygnałów na to, aby planował dłuższą nieobecność.
Jak informuje Wirtualna Polska, bliscy dr. Gładysia mają poważne zastrzeżenia do działań policji po zaginięciu naukowca. Twierdzą, że początkowo przeszukiwali park jedynie z samochodów, poruszając się głównymi alejkami. Według rodziny zorganizowanie łodzi z sonarem zajęło policji kilka tygodni. Rodzina mówi, że jeśli naukowiec mógł wpaść do Wisły, a jego ciało mogło w tym czasie zostać zniesione przez nurt wiele kilometrów dalej. Policja zapewnia, że wykorzystała w poszukiwaniach m.in. psy, drona i e-sonar, jednak nie chce ujawnić szczegółów prowadzonych działań.
Sprawa pozostaje niewyjaśniona. Policja kontynuuje poszukiwania, a śledztwo dotyczące roszczeń do nieruchomości przy ul. Pańskiej nadal trwa.
Czytaj też:
Minęła dekada, afera reprywatyzacyjna powróciła. "Absolutny skandal"
