Czy Tusk może jeszcze oddać władzę? Liberałowie kroczą drogą Carla Schmitta
  • Jan FiedorczukAutor:Jan Fiedorczuk

Czy Tusk może jeszcze oddać władzę? Liberałowie kroczą drogą Carla Schmitta

Dodano: 
Donald Tusk w rządowym samolocie czyta numer "Kronosa" poświęcony Carlowi Schmittowi
Donald Tusk w rządowym samolocie czyta numer "Kronosa" poświęcony Carlowi Schmittowi Źródło: X / Zdjęcie z profilu rzecznika rządu Adama Szłapki (domena publiczna).
Piątkowe wydarzenia pokazują, że reset konstytucyjny jest już niemożliwy. Zasadne jest zatem pytanie, czy w obecnej sytuacji Donald Tusk może w ogóle sobie jeszcze pozwolić na oddanie władzy? Potwierdza się bowiem to, co pisałem w "Do Rzeczy" w 2022 roku - lider polskich liberałów kroczy drogą Carla Schmitta i wprowadza nam polską wersję "stanu bez nazwy" (Ausnahmezustand).

Donald Tusk wysyłając policję na Trybunał Konstytucyjny i de facto podejmując próbę siłowego przejęcia sądu przekroczył przysłowiowy Rubikon. Do wczoraj bowiem można było dywagować nad projektem tzw. resetu konstytucyjnego. Wymagałoby to zapewne zmiany konstytucji i ponadpartyjnego porozumienia, co wydawało się być scenariuszem stosunkowo mało prawdopodobnym, ale jednak możliwym. Dzisiaj reset możliwy już nie jest.

Nie chodzi nawet o to, że taki reset jest niepożądany, tylko że rząd przekroczył czerwoną linię. Wejście i policji, uzurpacja sędzi Korwin-Piotrowskiej i atak na Prezydenta RP stanowią point of no return. Bez względu na to, czy reset jest rozwiązaniem korzystnym czy nie, to nie ma go już po prostu z kim zrobić. Obrazki prawicowych liderów na wspólnej manifestacji nie muszą świadczyć o jakimś wielki zjednoczeniu, ale dobrze oddają pewien nastrój polityczny jaki zapanował po stronie opozycyjnej. Porozumienie jest już niemożliwe.

Tusk już nie może oddać władzy?

Zawsze z rezerwą podchodziłem do zapowiedzi, że Tusk nie odda władzy, że wyprowadzi czołgi na ulicę i anuluje wybory. Uznawałem to za przejaw histerycznego, spiskowego myślenia obecnego na prawicy, które było odpowiednikiem teorii ze stajni „Gazety Wyborczej” i Jana Pińskiego z lat 2022-2023. Ostatnie wydarzenia każą jednak zrewidować mój zdystansowany pogląd.

Uporządkujmy jednak chronologię, gdyż kryzys nie zaczął się wczoraj. Pamiętajmy, że zarzewiem kryzysu była decyzja koalicji PO-PSL z 2015 roku o wyborze dwóch nadmiarowych sędziów do TK. To ważne wydarzenie, gdyż to ono ustaliło dynamikę całego sporu.

Już jako premier, Tusk patronował kolejnym bezprawnym działaniom ministra Bodnara oraz Żurka. Mam na myśli przede wszystkim trzy sprawy: zmiany w kierownictwie prokuratury, przejęcie mediów publicznych oraz niepublikowanie wyroków TK. Każdy kolejny krok udowadniał, że Donald Tusk zamierza grać ostro z opozycją i nie będzie się bawił w legalizm. Każdy taki krok delikatnie, ale stopniowo oddalał go od pokojowego oddania władzy w 2027 roku, a wczorajsze wydarzenia wydają się być przysłowiową kropką nad i.

Odłóżmy bowiem emocje na bok. Perspektywy sondażowe są bardzo nieprzychylne dla KO. Sondaże pokazują, że i Hołownia i PSL i Porozumienie Centrum i nawet partia Razem prawdopodobnie nie wejdą do Sejmu. Jedyną szansą pozostaje Nowa Lewica, jednak jej notowania regularnie plasują się poniżej 10 proc., co ewidentnie nie daje szans na utrzymanie władzy.

Skoro Tusk ma perspektywę przegranych wyborów i wrogo nastawionego wobec siebie prezydenta, a także społeczeństwo zirytowane rosnącymi podwyżkami i kolejnymi aferami, to jakie perspektywy ma premier po 2027 roku? Jedynym wyjściem wydaje się kontynuacja obecnego twardego podejścia, czego ekstremalnym, ale logicznym, dopełnieniem byłaby próba anulowania wyborów, albo delegalizacja niektórych partii opozycyjnych. Sam wiem, jak nieprawdopodobnie to brzmi, i dwa dni temu zapewne bym wyśmiał takie dywagacje, jednak trudno znaleźć inne rozwiązanie działań szefa rządu.

Chyba że premier liczy, że po 2027 roku obronią go unijne macki, a on sam będzie odstawiał teatrzyk „premiera na uchodźstwie”. Dynamika europejskiej polityki jest jednak obecnie tak niestabilna, że wydaje się być to bardzo ryzykownym zagraniem. A o Tusku można mówić różne rzeczy, ale ryzykantem na pewno nie jest.

Tusk idzie drogą Carla Schmitta

Wydaje mi się, że byłem pierwszą osobą, która w Polsce wiązała postać Donalda Tuska z naukami Carla Schmitta. Pisałem o tym w 2022 roku w tekście "Czas brunatnych liberałów", gdy antypisowska opozycja dopiero się radykalizowała i jedynie przebąkiwała o planach na przyszłe rządy.

Schmitt to niemiecki teoretyk prawa, który zasłynął z rozważań nad politycznym decyzjonizmem oraz teologią polityczną. Sam Tusk chwalił się niegdyś, że zna jego myśl, a kilka miesięcy temu wrzucił zdjęcie z archiwalnym wydaniem czasopisma „Kronos” (jednego z najlepszych na rynku, swoją drogą), który był poświęcony właśnie Schmittowi. Czy Tusk faktycznie zna myśl niemieckiego filozofa, to wątpliwe, ale nie ma to żadnego znaczenia. Wątpię by był on świadomą inspiracją dla polskiego premiera. Faktem jest jednak, że porównanie rządów Tuska do myśli Schmitta jest uderzające.

Schmitt wprowadził do nauk o państwie i prawie pojęcie „stanu bez nazwy” (Ausnahmezustand). Jest to szczególna forma stanu wyjątkowego, w którym pierwiastek decyzyjny całkowicie dominuje aspekty prawne. Chodzi o to, że „stan bez nazwy” nie ma żadnego prawnego umocowania, a jego źródłem i legitymizacją jest sama polityczna decyzja suwerena.

W „stanie bez nazwy” nie obowiązują ustawy, nie ma prawnych ograniczeń – liczy się naga siła. Oczywiście koncepcja Schmitta była nieco bardziej subtelna, jej rolą było – paradoksalnie – powstrzymanie faszyzacji Republiki Weimarskiej i próba ocalenia państwa przed nazistowskim i komunistycznym radykalizmem, a sam Ausnahmezustand miał być jedynie krótkotrwałym stanem, a nie trwałym porządkiem. Koncepcje filozofów rzadko jednak przekładają się 1:1 na rzeczywistość.

Co zrobią Hołownia i Kosiniak-Kamysz?

Jakie mamy teraz opcje? Albo Donald Tusk jest idiotą, który dał się ponieść emocjom i nie przemyślał, że robiąc zamach na TK, może przekroczyć pewną czerwoną linię, po której czekają go więzienne kraty, albo idiotą nie jest i doskonale wykalkulował, że trzeba grać na ostro i eskalować spór, gdyż uczciwie nie jest już w stanie wygrać wyborów. Za idiotę nigdy go nie uważałem.

Stosunkowo najmniej destrukcyjnym dla państwa wyjściem byłby scenariusz, w którym Szymon Hołownia oraz Władysław Kosiniak-Kamysz zebraliby się na odwagę, by postawić się swemu szefowi, grożąc zerwaniem koalicji, jeśli nie wycofa się z prób przejęcia TK. Tak, jak odwagę miał Jarosław Gowin, gdy w 2020 roku sprzeciwił się Jarosławowi Kaczyńskiemu ws. organizacji wyborów kopertowych.

Szymon Hołownia zresztą już raz potrafił zbuntować się wobec premier, gdy wbrew namowom antypisowskich radykałów zaprzysiągł nowo wybranego prezydenta Karola Nawrockiego. Może zatem wiara w te dwie postaci nie jest aż tak naiwna, jak można by początkowo przypuszczać. Dla obu polityków jest to zresztą ostatnia chwila, by wysiąść z tego pociągu, który jedzie prosto w przepaść. Szalony maszynista już dawno stracił kontakt z rzeczywistością.

Czytaj też:
Hołownia przerwał milczenie. "Przynoszą Polsce wstyd"
Czytaj też:
Siłowe przejęcie TK. Poczobut o "wybuchu radości" w Rosji i na Białorusi

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także