Szymon Nyczke, szerzej znany jako Książulo, znalazł się w centrum gorącej dyskusji w polskim internecie. Powodem jest jego najnowszy biznesowy projekt – autorska mrożona pizza, która pojawiła się w sklepach sieci Żabka.
Produkt szybko stał się przedmiotem krytyki. Część internautów oraz osób związanych z gastronomią zarzuca twórcy, że wejście na rynek produktów dostępnych masowo może podważać wiarygodność, którą budował jako recenzent jedzenia. W komentarzach pojawiły się zarzuty dotyczące nadmiernej komercjalizacji jego działalności, a nawet oskarżenia o "sprzedanie się". Do dyskusji dołączył również jeden z warszawskich lokali specjalizujących się w kebabie. Jego przedstawiciele w demonstracyjny sposób usunęli z witryny naklejkę z napisem "Muala".
Lipińska grzmi ws. afery z Książulem. "To coś, co mnie bardzo wku.."
Nowy biznes Książula skomentowała w mediach społecznościowych Blanka Lipińska.
"Cała ta afera jest dla mnie kompletnie nielogiczna. Książulo nie zaczął brać pieniędzy za pozytywne recenzje restauracji – stworzył własny produkt. "Muala" zawsze znaczyło: jem i mi smakuje, MI KSIĄŻULOWI! A nie: "to jest rzemieślnicze, niemrożone, wyprodukowane w Polsce, bio, eko i pet friendly". Nosz kur… litości" – skomentowała Lipińska.
"Zdejmowanie naklejki "Muala" z lokalu, bo jej autor wypuścił mrożoną pizzę, jest absurdalne. Ta naklejka była oceną jedzenia w tym miejscu, a nie przysięgą, że Książulo do końca życia nie może wykorzystać swojej marki i na niej zarabiać. Swoją drogą to tani i mega słaby chwyt reklamowy, by na fali "afery" jeszcze raz huśtnąć się na jego plecach i o sobie przypomnieć. SŁABE ZAGRANIE BEZ KRZTY GODNOŚCI!" – grzmiała celebrytka.
"Książulo przez lata zbudował zasięgi, zaufanie i własną markę. Teraz próbuje zamienić to w biznes. Naprawdę doszliśmy do momentu, w którym kibicujemy ludziom, dopóki odnoszą sukces, ale kiedy zaczynają na tym sukcesie zarabiać, krzyczymy, że się "sprzedał"? Zbudował zasięgi, zaufanie i markę własną pracą – ma pełne prawo przekuć je w biznes. Oceniajmy pizzę za to, jaka jest, a nie za to, że ktoś odważył się ją sprzedać. (...) Sprzedać się to wziąć pieniądze za zachwalanie czegoś, w co samemu się nie wierzy. Stworzyć własny produkt i wprowadzić go do jednej z największych sieci w Polsce to nie "sprzedanie się", tylko biznes" – oceniła autorka "365 dni".
"Jeżeli współpraca z dużą siecią oznacza sprzedanie się, to Louis Vuitton, Dior, Prada, Gucci, Versace czy Hermès też się "sprzedały". Tylko w normalnym świecie ludzi myślących nazywa się to dystrybucją, co-brandingiem i biznesem. (...) Mam wrażenie, że w każdym innym kraju doceniono by skalę tego, co udało mu się zbudować i odwagę, żeby pójść krok dalej. Ale u nas zamiast "brawo, zrobiłeś coś dużego", natychmiast szuka się powodu, żeby człowieka ściągnąć w dół. Polska specjalność: nie kibicować, tylko czekać, aż będzie za co doj**ać. (...) Głupota i podwójne standardy to coś co mnie bardzo wku..." – podsumowała.
Czytaj też:
"Gów*owacenie w pełnej krasie". Dziennikarka nie wytrzymała Czytaj też:
Przeżyła nieudaną egzekucję. Odzyskała przytomność i mowę
