Francuzi lubią być rycerzami spraw przegranych. Mimo klęski, którą w wojnie o kulturę zadali im Anglosasi, stawiają opór ekspansji cyfrowych gigantów z USA. Tak samo zaciekle bronią przed zapomnieniem własnych luminarzy. Urodzoną 400 lat temu madame de Sévigné tytułują gigantem literatury, choć owa dama nie popełniła żadnej powieści ani poematu. Zostały po niej jedynie listy.
Rękopisy też płoną
Nie oszukujmy się, ten jubileusz może być pożegnaniem. Sztuka epistolarna odeszła do lamusa, podobnie jak sztuka pięknej konwersacji. Przepadły razem z salonem, snobizmem oraz innymi reliktami epoki poprzedzającej triumf demokratycznego chamstwa. Dziś en vogue są internetowe bluzgi tudzież równanie do najniższego poziomu. De Sévigné dla Francuzów jest jednym z symboli wielkiego wieku, jak nazywają XVII stulecie. Współczesna Kartezjusza, Pascala, Moliera, de La Fontaine'a, Lullego, Mansarta, Le Nôtre’a i Le Bruna wywalczyła sobie nieśmiertelność piórem. Jak na ironię, myśl o publikacji listów nigdy nie zaświtała jej w głowie. Stąd swobodny styl, całkiem odmienny od pompatycznej maniery epoki Króla Słońce.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
